Produkcja pojawiła się w 1998 roku na komputery stacjonarne. Docelowo była robiona na konsolę PlayStation One, ale z powodu problemów LucasArts pojawiła się tylko na PC. Spadkiem po konsolowym rodowodzie było nienadające  się do gry na klawiaturze i myszy sterowanie. Okazało się to jednym z gwoździ do trumny tytułu, jak i zresztą całego gatunku gier przygodowych. Gra w Stanach Zjednoczonych sprzedała się w zaledwie 95 tysiącach egzemplarzy. Nie pomogły dziewiątki i dziesiątki od recenzentów. Konsumenci zagłosowali portfelami, a Grim Fandango właściwie zniknęła ze świadomości graczy.

Nagle, 16 lat później, następuje zapowiedź remasteringu, a po paru miesiącach ma miejsce premiera. Bardzo ucieszyłem się z tej decyzji, bo uwielbiałem oryginał na PC i miałem nadzieję, że tytuł zostanie wreszcie doceniony. Był tylko jeden warunek: remaster musi być dobry. Deweloperzy z Double Fine Productions zrobili wszystko, co mogli, aby tak się stało, ale, niestety, zawiedli.

Najpierw należy jednak wyjaśnić, co właściwie w oryginale było takiego wspaniałego. Odpowiedź na to jest prosta: humor, fabuła i samo założenie gry. W Grim Fandango wcielamy się w mieszkającego w Krainach Zmarłych Manuela Calaverę. Manny jest agentem turystycznym, potocznie zwanym „Śmiercią”. Ktoś umiera, Manny przychodzi i proponuje mu podróż na dziewiąty poziom Podziemia. Problem polega na tym, że metoda transportu zależy od tego, ile dobrych uczynków zrobiliśmy w trakcie życia. Jeśli byliśmy dobrymi osobami, zostaniemy na miejsce dostarczeni błyskawicznie. Jeśli zaś złymi… przy odrobinie szczęścia wytargujemy rower. Manny niestety ma pecha. Ciągle dostaje kiepskie zlecenia, a jego klienci nie byli grzecznymi osobami za życia. Sam zresztą marzy o tym, aby wydostać się z Krainy Zmarłych i przedostać się na dziewiąty poziom. By to uczynić, musi pracować jak najciężej, ale dostając ciągle słabe zlecenia, nigdy nie wyrobi wymaganego przez firmę „targetu”. Wszystko się zmienia, kiedy dzięki małej intrydze udaje mu się wreszcie znaleźć idealnego „klienta premium”, który jest jego gwarancją na opuszczenie Krainy Śmierci. Niestety, żeby nie było za łatwo, klient, czy raczej klientka, w pewnym momencie znika, a Manuel w celu jej znalezienia rozpoczyna podróż swojego nieżycia.

Grim Fandango chwalono między innymi za sam świat i humor. Czytając powyższy opis fabuły, zapewne poczuliście absurd całej sytuacji. Śmierć jako agent turystyczny? Dlaczego nie! A teraz dodajmy do tego meksykański folklor, piniatę i hiszpański akcent u większości postaci. Potem stwórzmy atmosferę opartą o klimat neo-noir, nawiązujący do klasyków gatunku takich jak „Sokół Maltański”. Kto w końcu powiedział, że Kraina Zmarłych nie może być równie skorumpowana jak prawdziwy świat? Całość została okraszona wspaniałym i naprawdę zabawnym humorem i niezwykle dobrymi dialogami oraz jeszcze lepiej napisanymi postaciami.

Za samą rozgrywkę służy rozmawianie z BN-ami i zbieranie oraz wykorzystywanie przedmiotów w celu rozwiązywania zagadek. Część z nich jest naprawdę trudna, nieoczywista i nie zawsze do końca logiczna, ale przygodówki z lat 90 w dużej mierze takie były. Niekiedy potrzebowaliśmy popróbować łączyć wszystko ze wszystkim, licząc na ruszenie zabawy do przodu. Na szczęście wystarczy mieć choć trochę oleju w głowie, aby w końcu wpaść na rozwiązanie lub, jeśli nie mamy ochoty główkować, zwyczajnie zajrzeć do solucji. Nikt nie powiedział, że będzie prosto, a już na pewno nie było tak w tamtej epoce. Prawdopodobnie gdybym mógł zatrzymać się w tym miejscu, z czystym sumieniem wystawiłbym produkcji dziewiątkę, a może nawet i dziesiątkę.

Niestety mamy do czynienia z remasterem. I to dość kłopotliwym. Twórcy odświeżonej edycji mieli ogromny problem, aby w ogóle pozyskać oryginalne pliki gry, gdyż te nie zachowały się w zasobach firmy. Efektem tego było zjechanie połowy świata i gonienie za byłymi pracownikami LucasArts, którzy mogli mieć gdzieś schowaną kopię kodu źródłowego. W końcu się udało, czego efektem jest odświeżona wersja Grim Fandango. Odświeżenie niestety jest porównywalne z użyciem gumy do żucia zamiast umyciem zębów. Niby oddech świeży, ale brud wciąż zalega. Z dobrych rzeczy zremasterowano całą ścieżkę dźwiękową. W trakcie gry usłyszymy zupełnie nowe jazzowe i popowe kawałki, które świetnie pasują do całej atmosfery. Zmieniono też sterowanie, ale tu pojawiają się pierwsze zgrzyty. Oryginalne, które wymagało obrócenia się niczym „czołg” w miejscu i dopiero pójścia do przodu, było niegrywalne. W wersji odświeżonej po prostu poruszamy się gałką, jak w każdej innej grze. Tam, gdzie ją popchniemy – tam postać idzie.

Problem polega na tym, że gra nie została zaprojektowana z myślą o takim sterowaniu. W szczególności widać to w trakcie poruszania się pomiędzy planszami. Jeśli na jednej planszy idziemy w dół i przejdziemy na drugą, a na drugiej kamera zmieni perspektywę, to postać niespodziewanie na niej zawróci, bo dół będzie znaczył na drugiej planszy górę. Efektem tego jest, że będziemy co jakiś czas wpadali w pętle, krążąc pomiędzy dwoma etapami. Da się to przeżyć, ale niesmak pozostaje.

Inną kłopotliwą kwestią jest grafika. Rozdzielczość tekstur kanciastych modeli została rzeczywiście podniesiona. Modele dalej, jak na dzisiejsze czasy, są brzydkie, ale to nie jest remake, tylko remaster. Zadanie zostało osiągnięte, a modele, bez zmieniania oryginalnej koncepcji, straszą tylko kwadratami, a nie pikselami. Zupełnie inna sytuacja ma się jednak z tłami, których nie zmieniono wcale! Przy ekranach mających więcej niż 20” straszą swoim wyglądem i zwyczajną nieczytelnością, co przy grze przygodowej sprawia masę problemów. Twórcy starali się uratować sytuację, umieszczając pod R3 zdolność przełączania się pomiędzy trybem oryginalnym a odświeżonym. Efektem końcowym dla mnie było to, że po godzinie przełączyłem się na dużo jaśniejszy oryginał, co stawia pod znakiem zapytania cały sens procesu remasteringu tej gry. Warto jeszcze dodać, że tytuł domyślnie działa w proporcjach ekranu 4:3, mając po bokach wielkie pasy. Można przełączyć się na 16:9, ale prowadzi to tylko i wyłącznie do rozciągnięcie wszystkiego, więc polecam zostawić ustawienia oryginalne.

Najgorsze zostawiłem na sam koniec. Po wyjściu z gabinetu Manny’ego pojawił się komunikat informujący, że produkcja nie posiada zdolności auto-zapisu. Z początku pomyślałem „Że co?”, ale po chwili stwierdziłem „W sumie po co mi w przygodówce auto-zapis?”. Nagle zbladłem, przypominając sobie coś jeszcze. W Grim Fandango jest kilka miejsc, w których możemy całkowicie zawiesić grę! Ocierając twarz z potu, doszedłem do wniosku, że to niemożliwe. Że na pewno musieli to poprawić! Nie poprawili. Niedowiarkom dedykuję poniższy nakręcony przeze mnie materiał wideo

Jak nietrudno się domyślić, to jest przerywnik filmowy, w którym nie mamy żadnej kontroli nad postacią. Potrzebny jest restart całej gry. Będąc bardziej szczegółowym - błędy tego typu w Grim Fandango wywołuje niewłaściwe podejście do miejsca, gdzie powinien rozpocząć się przerywnik. Jeśli podejdziemy od złej strony – skrypt się zawiesza. Takich miejsc w całej grze spotkamy około pięciu. Metodą prób i błędów w końcu dojdziemy do tego, jak należy wykonać akcję, ale oznacza to dla nas częste robienie zapisów gry, a te robią się długo. Na każdy zapis poświęcimy około pół minuty.

Podsumowując, Grim Fandango samo w sobie jest wspaniałą przygodówką. Fantastyczny klimat, fenomenalne dialogi, świetna atmosfera, ciekawe (choć trudne) zagadki logiczne. Gdybym miał oceniać tę grę tylko pod tym względem, rozważyłbym dziesiątkę. Niestety boję się, że gra technologicznie nie przetrwała próby czasu. Remastering Resident Evil pudrował coś, co było już dobre samo w sobie w formie remake’a. Grim Fandango niestety było w oryginale trapione przez masę problemów i większość z nich pojawia się także w remasterze. Jeśli jesteście fanami przygodówek i dacie rade wybaczyć wspomniane wyżej niedoskonałości techniczne – brać i się nie zastanawiać. Jeśli jednak nie jesteście przekonani do tego tytułu lub wahacie się… sugeruję odpuścić.

Ponure Fandango to wspaniała przygoda, ale żeby jej doświadczyć, będzie trzeba mieć trochę zaparcia i czuję, że produkcja przez swoje niedoskonałości zrazi do siebie wielu nowych graczy. Tytuł oceniam jako całość i kolejne punkty nabijała przede wszystkim warstwa fabularna. Ta jest na tyle dobra i przemyślana, że wciąż mogę wystawić produkcji stosunkowo wysoką ocenę. Tytuł „najlepszej gry przygodowej” nie wziął się znikąd. Gdyby jednak nie to, to po dodaniu licznych problemów technicznych ocena końcowa byłaby dużo niższa.