Mamy klasycznego madafakera o posturze małego czołgu, asteroidę wypchaną cennym minerałem zwanym Promethium, na której rozpanoszyli się obcy i misję siłowego wyperswadowania im dalszej egzystencji na jej powierzchni. Fabuła prosta niczym konstrukcja cepa, ale nikt nie oczekuje od nastawionego na wygrzew shootera głębszej rozkminy. Przynajmniej nie powinien. Obrazu całości dopełniają silące się na humor i przesiąknięte jakże pięknym słowem "fuck" dialogi z dwójką nadzorujących misję kosmicznego herosa ludków. Tak jest, przeciwko całej armii ufoków wysłano trójkę ludzi, przy czym rolę bojową spełnia jedynie oddany pod naszą komendę zabijaka. Kanon gatunku rzeczą świętą.

Rozpierducha ponad wszystko, ale gdzie ten oldschool?

Zabawa z Alien Rage zasadniczo skupia się na dwóch elementach - parciu do przodu i namiętnego pieszczeniu spustu, gdy tylko na ekranie pojawią się krzywe ryje jak zwykle nikczemnych ufoków. Nosić przy sobie możemy naraz trzy spluwy. Dwa sloty zapełniamy wedle własnego uznania, trzeci zaś okupuje równie wierny, co bezużyteczny pistolet. Żeby nie było nudno, każda z fuzji ma dwa tryby strzału, gdzie ten alternatywy zawsze oznacza srogie pierdolnięcie, które jak ulał pasuje do masowgo okaleczania i zabijania przeciwników. Uczciwie należy przyznać, że samo wymiatanie z dostępnych gnatów (karabiny, shotguny i nieodzowny minigun) sprawia całkiem niezłą frajdę... przez jakąś godzinę. 

Odbiór gry bardzo mocno psuje maksymalnie liniowy charakter poziomów i ich pozbawione ikry projekty. Ot, szablonowe sci-fi w industrialnym wydaniu towarzyszy nam nieustannie przez te kilka godzin, które zajmuje przebicie się przez czternaście przygotowanych przez twórców leveli. Zniszczalność otoczenia ogranicza się do strzelania w wybuchowe ładunki Promethium co może, ale wcale nie musi wywołać jakiejś reakcji typu zwalenie się mostu albo zmiażdżenie mordziatych wrogów dużym i ciężkim elementem otoczenia. Unreal Engine 3 generuje całkiem przyzwoitą grafikę, ale nie załatwia sprawy za projektantów poziomów, o czym zdaje się ci w swym roztargnieniu chyba zapomnieli. Sprawy nie ratują także upierdliwe respawny obcych, którzy nie wiedzieć czemu lubią pojawiać się za naszymi plecami. Już średni poziom trudności potrafi dać nieźle w kość, ale tanie sztuczki w stylu strzałów w grzbiet to ostre przegięcie. Podobnie zresztą jak pojedynki z bossami, którzy łykają pociski niczym uczestnicy imprezy rave tabletki extasy, samemu potrafiąc zabić jedną serią. Dodać należy, że sukinsyny chybiają jedynie od święta. 

Z drugiej strony pochwalić należy patent z premiowaniem różnych form zabijania (m.in. headshoty, wysadzanie w powietrze, seria zabójstw) punktami, których ciułanie odblokowuje kolejne perki - większą pojemność magazynka, zmniejszenie podatności na ogłuszenie itd. Jednocześnie aktywowane mogą zostać trzy atuty, które możemy dowolnie zmieniać w trakcie gry z poziomu menu pauzy. Szkoda tylko, że kolejne modyfikacje nie pojawiają się w rozsądnym tempie, przez co trochę siada radocha z ich pozyskiwania. Bądź co bądź, kręcący się na ekranie licznik, wyskakujące za konkretne zabójstwa odznaczenia i głęboki głos czytający ich nazwy to zawsze dodatkowa łycha miodu.

W rozkroku

Największy problem Alien Rage leży w totalnym rozdarciu, braku jednolitej tożsamości. Gra zdaje się krzyczeć "patrzcie, stara szkoła FPS-ów wróciła, jest zajebiście!" po czym rozkosznie obnaża się tylko po to, by przestraszyć okrutną liniowością, często tanimi zagraniami i brakiem tego nieuchwytnego pierwiastka, który bez pardonu chwyciłby za mordę i usadził przed telewizorem na dłużej niż kilkadziesiąt minut. Odpowiednio dawkowany, towar od CI Games potrafi bawić. Uważajcie jednak, żeby nie przedawkować - konkretny zjazd gwarantowany.