19 lat minęło od premiery Duke'a. Gra wtedy robiła ogromne wrażenie, nawet gdy ktoś zestawiał ją z Doomem, który, powiedzmy sobie szczerze, oferował dosyć monotonne lokacje do zwiedzania. Duke był powiewem świeżości, zabierając nad do terenów miejskich, bazy obcych czy klubów ze stripteasem, gdzie chyba każdy dawał napiwki tancerkom, by zobaczyć ich dorodne piksele. Tak, „szlachcicowi” trzeba oddać co królewskie, ale nie zapominając, że mamy 2015 rok. Czy Duke Nukem 3D zestarzało się godnie? O dziwo – nie jest aż tak źle.

Nie to, że grafika została jakkolwiek poprawiona. Jest brzydko jak na dzisiejsze standardy. Gdy widzimy, jakich sztuczek łapali się deweloperzy w tamtych czasach, by z płaskich sprite'ów zrobić iluzję trójwymiaru – śmiejemy się pod nosem. Tyle dobrze, że przez 99% czasu gra działa płynnie w 60 klatkach na sekundę (a spróbowałaby nie!). Jeśli gramy na Vicie (i tak radzę grać z racji znacznie mniejszego ekranu niż ten w TV), to bardzo szybko przestaniemy zwracać uwagę na prostą grafikę, słabej jakości sprite'y i animację składającą się z kilkunastu klatek na krzyż. Siłą Duke'a jest coś zupełnie innego.

To, jak w niego się gra. A raczej to, jak większość na początku nie będzie potrafiła w niego grać. Nie, gra nie jest trudna. Ona jest po prostu...inna. Taka, jakimi były FPS-y kilkanaście lat temu. Rozbudowane lokacje z kilkoma ścieżkami do celu i mnóstwem poukrywanych sekretów, które, wierzcie, zasługują na swoją nazwę. Spędzałem w niektórych planszach nawet trzydzieści minut (mimo że uśredniony czas powinien zamknąć się w sześciu) na szukaniu sekretów. I co? Znalazłem połowę. Jeśli coś jest sekretem, to faktycznie nim jest. Iluzoryczne, niczym nie wyróżniające się ściany? Przyciski? Wszystko na miejscu.

Sam schemat rozgrywki na papierze nie wygląda na nic rozbudowanego. Znajdź jeden klucz, otwórz drzwi, znajdź kolejny, otwórz kolejne drzwi, po drodze zabij kilkudziesięciu różnie uzbrojonych wrogów, a na końcu lokacji sklep gębę bossowi, który w łapach nosi wyrzutnie rakiet. Do tego pojedynki z bossem danej kampanii (jest ich sześciu), który nie dość, że wytrzymały, to jego szlagi szybko nas wykończą. Duch retro jest tak mocny, że szybko nim przesiąkniemy i się przyzwyczaimy, chociaż większość graczy bez wspomagania w celowaniu sobie nie poradzi (mimo dobrego przeniesienia sterowania na konsolę). No, chociaż kucanie na trójkącie czasami doprowadza do szału. Z drugiej strony – zmiana broni przy pomocy klepnięcia w ekran dotykowy sprawdza się bardzo dobrze.

Samej rozgrywki, za pierwszym razem, gdy nie znamy lokacji, wystarczy na kilkanaście godzin. Do tego trzy dodatkowe kampanie, które można liczyć na godzinę, maksymalnie dwie (na kampanię), co da sensowne kilkanaście godzin materiału dla osób grających samotnie. Jest także tryb kooperacji w misjach single'owych, a dla spragnionych wrażeń – tryb dla wielu graczy. Tylko z nim jest taki problem, że z reguły nie chce działać. Jeśli już wyszuka nam graczy, to bardzo często rozłącza nas z innymi, zanim runda wystartuje. Na kilkanaście prób, raz udało się odpalić rozgrywkę, która jednak została zamknięta przez problemy sieciowe po stronie hosta. Ot – tyle z grania przeciwko innym.

Jako że Duke jest dostępny nieodpłatnie dla posiadaczy Plusa, napiszę wprost – warto poświęcić mu te kilkanaście godzin, zwłaszcza jeśli ktoś ma Vitę. A czy warto płacić kilkadziesiąt złotych, jeśli Plusa nie mamy? Starsi, pamiętający tamte czasy gracze powinni, bo to przyjemny sposób odświeżenia sobie pamięci, jak wtedy wyglądały FPS-y i dlaczego były takie dobre. Świeży gracz poczuje się jak w skansenie oddalonym od cywilizacji na głębokim Śląsku. Jest ciekawie, ale...no właśnie. Nie każdego kręcą starocie.