Artystyczne platformówki bronią się wyjątkowym designem, przemyślanymi zagadkami czy nietypową narracją, lecz większość z nich jest zdecydowanie zbyt łatwa. W końcu sam fakt bycia „czymś innym” często odpycha graczy, więc przynajmniej zachowują przystępny poziom trudności dla ciekawskich niedzielniaków. Dobrze, że w ten sposób nie myśleli twórcy Teslagrad, bowiem ginie się tu często, a na zagadkach łatwo się zaciąć. I najwyraźniej właśnie takie podejście procentuje, bo dostępna od roku na pecetach produkcja studia Rain Games utrzymuje bardzo wysokie oceny i zalicza kolejne platformy. Jak wyszła konwersja na PS4?

Królestwo Eletrotopii najeżdżali barbarzyńcy, a nieradzący sobie z problemem król zasięgnął pomocy mędrca-wynalazcy. Ten, z wykorzystaniem elektryczności, uporał się z zagrożeniem, co zostało wynagrodzone stworzeniem miasta Teslagrad z ogromną wieżą jako symbolem zwycięstwa technologicznego postępu. Utworzony tam zakon popleczników wynalazcy stał się jednak obiektem paranoi króla, który… no, tyle wystarczy. Ciężko pisać o fabule, na poznawaniu której opiera się produkcja. Tutaj zresztą posłużono się ciekawym zabiegiem – w grze nie uświadczymy cienia dialogów czy tekstu pisanego (a przynajmniej nie w zrozumiałym języku). Mamy jedynie okazjonalne scenki z kukiełkami oraz zwoje (jako znajdźki) z obrazkiem i tytułem-wskazówką, tak więc moja interpretacja historii Elektrotopii może nie być zbytnio dokładna.

Zaczynamy jako młody chłopiec goniony przez królewską straż. Nie wiemy dlaczego, nie wiemy dokąd, ale trzeba uciekać. Bohater znajduje schronienie we wspomnianej wieży i błądząc po jej poziomach odkrywa mroczną historię królestwa, nabywając przy tym pomysłowe gadżety. Zapomnijcie o podwójnych skokach czy innych wyświechtanych umiejętnościach specjalnych – tutaj wszystko opiera się na magnetyzmie.

Pierwsze, co dostajemy, to rękawica magnetyzująca obiekty. Możliwość nadawania wybranego ładunku pozwala sprawić, że wybrane przedmioty będą się przyciągały lub odpychały. Później sami będziemy się mogli namagnesować wybranym biegunem i dochodzą do tego buty teleportacji. Nie jest tego specjalnie dużo, lecz sposób, w jaki zaprojektowano poziomy i zagadki, wymaga od nas nieustannego żonglowania zdobytymi mocami.

Tutaj należą się brawa dla twórców – nie stworzyli kilkunastu jednorazowych gadżetów, a rzeczywiście użyteczne, mające wiele zastosowań moce. Zdarzało się, że nie wszystkie z nich od razu zauważałem - niby moja postać ma te dwie-trzy możliwości na krzyż, a jednak – zagwozdka. Inna sprawa, że nawet jeśli już odgadniecie, co zrobić, wykonanie często wiąże się z długimi seriami zgonów. Nie tylko szare komórki, ale też zręczność decyduje o naszym powodzeniu. Szczególnie podczas niebywale pomysłowych walk z bossami, chociaż tu ginie się jeszcze łatwiej. Dawno już się tak nie kląłem z padem w rękach, a wszyscy wiemy, że w połączeniu z późniejszą satysfakcją to największa zaleta dla prawdziwego gracza.

Oprawa graficzna, a w szczególności projekty postaci przypominają nieco wczesne bajki Disneya i w myśl tego pomysłu animacje umyślnie nie uczyniono zbytnio płynnymi. Jeśli zwykliście wykłócać się o brakujące kilka wyświetlanych klatek na sekundę, zabieg taki może działać Wam na nerwy. Całość jednak pasuje do ogólnego zamysłu estetycznego, więc nie ma co na siłę szukać wad. Ścieżka dźwiękowa także idealnie się wpasowuje, pomagając niemej narracji nakreślić straszliwe dzieje Elektrotopii i samej teslagradzkiej wieży. Zwiastujące zagrożenie partie smyczkowe to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tytułu.

Nie zaskakuje jak BRAID, nie rozwala szarych komórek jak Fez, lecz zdecydowanie może stanąć z nimi w szeregu. Teslagrad jest na tyle unikatową produkcją, by ta pozorna nieprzystępność nie zniechęciła nikogo w trakcie zabawy. 3-5 godzin wymagającej rozgrywki w całkiem kuszącej cenie (63 zł, edycja pudełkowa na początku przyszłego roku). Najwyższa półka gatunku.