Na początku warto nadmienić, że to twór Platinum Games – ludzi od Bayonetty, Metal Gear Rising czy Vanquish. Wiadomo więc czego się spodziewać: szybkich i widowiskowych walk oraz wysokiego poziomu trudności. Pod tym względem The Legend of Korra jest naprawdę udane, ale jednocześnie zmniejsza grono odbiorców. Animacja przypomina bajkę dla dzieci, a sama gra ma inny target. No, chyba że ograniczymy się tylko do najłatwiejszego poziomu trudności.

Na przestrzeni ośmiu krótkich rozdziałów rozprawiamy się z dziesiątkami przeciwników, wykonując szalone kombinacje ciosów, które wyglądają lepiej niż w serialu. Mechanika jest bardzo angażująca, dzięki czemu trudno się nudzić. Normalny poziom trudności jest na tyle trudny, że bez wracania do poprzednich lokacji i ulepszania mocy żywiołów, będziemy mieli dość duży problem podczas wielu walk, a tym bardziej w trakcie ostatniej, kiedy korzystamy z każdego żywiołu. Gra naprawdę potrafi sfrustrować, gdy po raz kolejny podchodzimy do jakiejś walki i popełniamy znów te same błędy albo najzwyczajniej w świecie nie dajemy sobie rady. Człowiek chce iść naprzód, ale musi się wrócić i trochę doszkolić. Jednak pokonanie jakiegoś wrednego bossa daje ogromną ilość satysfakcji. Mimo iż finalna scena nie robi szczególnego wrażenia, ja byłem bardzo zadowolony i z wielkim podziwem obserwowałem kolejne wyczyny bohaterki wykańczającej antagonistę.

Szkoda, że poza walką gra ma w zasadzie niewiele do zaoferowania. Pomimo, że jest rozszerzeniem dość bogatego uniwersum, treści tu niewiele – nie mamy dobrze wykreowanych postaci, z którymi w jakiś sposób moglibyśmy się zżyć, nie ma również okazji do głębszego poznania tego świata – przez większość czasu biegniemy i likwidujemy każdego napotkanego osobnika. Tymczasem serialowa fabuła potrafi zaciekawić od samego początku, pozwala zapoznać się z bohaterami i otoczeniem, w jakim żyją. Przerywniki w grze wyglądają jak zapychacze, które mają po prostu doprowadzić do kolejnej walki. Jest to tym bardziej dziwne, że scenariusz gry napisał człowiek zajmujący się tym samym przy animacji. Wydarzenia w grywalnej odsłonie mają miejsce pomiędzy drugim, a trzecim sezonem serialu, więc często spotykamy się z jakimiś znanymi postaciami, a o niektórych tylko słyszymy. Wciąż jednak treści jest na tyle mało, że nieznajomość dwóch pierwszych sezonów jakoś szczególnie nie przeszkadza, ale zdecydowanie lepiej być w temacie. Jednak mnie to nie zraziło – z podobnymi scenariuszami spotkałem się już niejeden raz. Nie mówiąc już o tym , że historia w "Platynowych" grach nigdy nie była specjalnie dobra.

Poza krótkim czasem gry i kiepskawą fabułą, najbardziej boli oprawa graficzna. Szczególnie w drugiej lokacji, kiedy to przemierzamy Miasto Republiki. Grafika wygląda tam jak z ery PlayStation 2. Mamy brzydkie tekstury, mgłę i ogólnie biedne wykonanie. Nie wszystkie lokacje są tak brzydkie, ale grafika jest po prostu średnia. To samo tyczy się animowanych przerywników, które są odtwarzane w niskiej rozdzielczości oraz ogólnie jakościowo wypadają wypadają gorzej od oryginału. Muzyka prezentuje się bardzo fajnie, ale są to motywy znane z serialu, nie ma więc tutaj niczego nowego.

System kombinacji ciosów jest nieco uproszczony. Całość polega na łączeniu słabszych, ale szybszych ciosów z mocniejszymi, ale wolniejszymi. Cały schemat walki opiera się więc na zadaniu kilku ciosów, zrobieniu uniku bądź bloku i powtórzeniem wszystkiego od nowa. Ciekawie prezentują się cztery żywioły z jakich korzysta Awatar i ich funkcjonalność. Woda najbardziej przydaje się do likwidowania odległych przeciwników, ogień to szybkie ataki z umiarkowaną siłą, powietrze jest szczególnie przydatne do walki z wieloma przeciwnikami naraz, a ziemia to mocarne uderzenia których nie można zablokować. Żonglujemy więc żywiołami na okrągło i wszystkie wyglądają bardzo efektownie. Zwłaszcza, gdy przyjmujemy specjalną formę, w której Korra używa wszystkich naraz. Denerwowało mnie natomiast to, że niektóre ruchy naszej bohaterki są koślawe lub totalnie niepotrzebne. Jako najbardziej działający na nerwy  przykład podam fakt, że po serii uników, Korra ląduje na ziemi w specjalnej pozie i przez chwilę przestaje się ruszać . Może i fajnie to wygląda, ale przez ten czas ktoś zdążył mnie zaatakować i głupio traciłem punkty życia. Najbardziej bolało to w trybie Meczów Profesjonalistów Tkania.

Wspomniane mecze to najsłabszy element tego tytułu, ale wciąż dobrze oddaje to, co było w serialu. Po ukończeniu gry odblokowuje się tryb, dzięki któremu możemy brać udział w takich potyczkach. Dostępne są trzy poziomy trudności. Ostatni naprawdę daje w kość, ale ukończenie go udostępnia przydatne przedmioty oraz nowy strój. Poza meczami, w trakcie fabuły wsiadamy również na grzbiet polarnego niedźwiedzio-psa imieniem Naga. Cała sekwencja polega na omijaniu przeszkód, a w późniejszym etapie likwidowaniu ich. Przejażdżki na Nadze prezentują się bardzo fajnie i zgrabnie uatrakcyjniają grę. Szkoda tylko, że tryb fabularny jest tak krótki – gdyby był dłuższy, może mielibyśmy sekwencje, w których biegamy po mieście i pomagamy jego mieszkańcom.

Podsumowując, The Legend of Korra to twór w najlepszym przypadku dobry. Ja bawiłem się naprawdę dobrze i pomimo wielu frustrujących chwil na najtrudniejszym poziomie trybu fabularnego czy meczy, ciągle wracam do gry i próbuję ukończyć dany fragment. Trudno jednak ją komukolwiek polecić. Mimo tematyki, dla dzieci  jest raczej nieodpowiednia. Sięgną po nią oczywiście fani Platinum Games oraz The Legend of Korra. Reszta nie ma tutaj czego szukać.