Gwoli wyjaśnienia – mistrzem bilardu/poola/snookera nie jestem. Oglądałem relacje z turniejów na Eurosporcie, zagrałem parędziesiąt razy w różnego rodzaju pubach i klubach i ograłem parę tytułów na przestrzeni paru generacji. Znam podstawowe zasady, wiem kiedy dochodzi do faulu, co mi wolno, a czego kategorycznie unikać, więc zastanawiałem się, czy kolejna gra z tego gatunku może wnieść do tematu coś nowego. Okazało się, że w przypadku tej dyscypliny, im mniej zmienimy, tym lepiej. Zasad nie ruszono, nadal mamy do czynienia z różnymi odmianami tego samego sportu, ale tym co sprawia największą frajdę są różnego rodzaju wyzwania i wariacje, które mogą wnieść nieco świeżości do sztywnych reguł gry.

Na początku wita nas samouczek wyjaśniający podstawowe zasady gry, ale później tylko i wyłącznie od nas zależy, za co się weźmiemy. Za sterowanie odpowiadają głównie dwie gałki pada, ze sporadycznym użyciem kółka jako nadającego rotacji przycisku, więc nawet ludzie niezaznajomieni z konsolami powinni dać sobie radę. Jako, że startujemy z poziomu żółtodzioba, wbiłem do najniższej poziomem ligi w nadziei na wygranie podrzędnego turnieju stając naprzeciwko samym amatorom. Jak się okazało, byli to amatorzy wyłącznie z nazwy – czasem trafiali tak niemożliwe dla zwykłego śmiertelnika strzały, że usta same się otwierały, a z wnętrza wydostawało się proste – „nie wierzę”. Zaraz potem zdałem sobie sprawę z tego, że gram ze sztuczną inteligencją, która na niskim poziomie trudności posiada jedynie pewien margines błędu, więc po pewnym czasie przestało dziwić mnie wbijanie 5 bil pod rząd – taka specyfika grania przeciwko maszynie. Sytuacja odmieniła się, kiedy gra się z żywym przeciwnikiem – o ile samo oddanie strzału i myślenie człowieka trwa o wiele dłużej, tak prościej tutaj o pomyłki i mecze stają się znacznie ciekawsze. Poza tym lepiej na naszą psychikę działa wygrana z żywym przeciwnikiem, niż z maszyną, a wynika to z wewnętrznej potrzeby udowodnienia drugiej istocie, że tym razem to my dominujemy. Prosta zagrywka psychologiczna, ale motywuje do dalszej gry. Można grać ze znajomym siedzącym obok na kanapie na jednym padzie, więc wystarczy zaprosić kolegę/sąsiada i już można wbijać kolejne bile.

Kiedy znudzą się nam podstawowe tryby [ósemka i dziewiątka], opierające się na wieloletnich, ustalonych regułach i nie mogące nas w niczym zaskoczyć, to warto przyjrzeć się wielu odmianom, które stawiają przed graczem zupełnie nowe wyzwania:

  • Killer – każdy z graczy posiada trzy życia – traci się je jeśli nie trafimy bilą do łuzy. Zyskujemy życie kiedy trafimy do łuzy dwoma bilami pod rząd. Wygrywa ten gracz, który zostanie na polu bitwy jako ostatni.
  • Speed Pool – najprostszy w świecie Time Trial – wbijamy bile na czas.
  • Checkpoint – Bardzo podobny do Speed Pool – wbijamy jak najwięcej bil w danym nam czasie
  • Perfect Potter – Wbijamy bile tak długo, aż nam się to nie uda. Nietrafienie bilą do łuzy kończy grę.
  • Royal Rumble – Najlepszy i najbardziej skomplikowany tryb w Pure Pool (PS4), ale też taki, który sprawia najwięcej frajdy. Po rozpoczęciu rundy mamy cały czas odpalone dwa zegary. Jeden odlicza czas, który upłynął od rozpoczęcia gry, a drugi mierzy czas od ostatniego trafienia do łuzy. Jeśli w ciągu 30 sekund nie wbijemy bili, na stole pojawi się kolejna, bonusowa bila. Gra kończy się dopiero wtedy, kiedy wszystkie bile zostaną wbite do łuz.

Technicznie nie mam się do czego przyczepić – grafika jest schludna, refleksy na bilach robią wrażenia, a fizyka działa bez zarzutu. Do wyboru mamy parę kolorów i rodzajów stołów oraz różne kije. Zachowanie bili było na tyle realistyczne, że na wyższych poziomach, gdzie nie ma pomagających nam linii pokazujących tor bili, trafiałem tyleż samo co w prawdziwym życiu, czyli niezmiernie rzadko. Na szczęście w tle gra uspokajająca, bluesowa muzyka, więc nawet najwięksi furiaci powinni bez problemu skończyć partyjkę bez rzucania padem w telewizor. Próbowałem znaleźć jakieś wady, które dobitnie przeszkadzałyby mi w rozgrywce i oprócz „boskich uderzeń” sztucznej inteligencji i jednej zwieszki - nie byłem w stanie.

To bardzo solidny tytuł, który jest dobrym substytutem bilarda dla tych, którzy nie mają znajomych lub ich najbliższy stół oddalony jest o paręnaście kilometrów.