Blisko trzy lata po premierze przeniesionej w trzeci wymiar i wzbogaconej o voice acting czwartej, dziś już absolutnie kultowej, odsłony Final Fantasy na DSie, PSP dostaje swój remake krucjaty Cecila Harveya – cofnięty znów do archaicznej oprawy, pozbawiony ludzkich „płuc”, a jednak „complete”, jak informuje nas podtytuł pozycji, bowiem poszerzony o wcześniej ekskluzywną wyłącznie dla telefonów komórkowych i Wii Ware kontynuację The After Years i króciutkie interludium spajające obie gry. No tak, przecież dwie pierwsze części również pozostawione zostały na płaskiej planszy małobitowej generacji. W takim świetle PSP stanowi ostatnie schronienia dla finalowych purystów, fanatyków mających zdanie, że tego, co było „boskie”, ruszać już w żaden sposób się powinno. A jednak (ponieważ „jednak” być musi) „trójka” na starszej kieszonsolce Sony miała wyjść w swojej odświeżonej, przestrzennej wersji z DSa. Gdzie tu logika? Dlaczego zatem w The Complete Collection nie usłyszymy złowieszczego warkotu Kaina (gwoli ciekawostkości – ten sam aktor, znany chociażby z roli Wojny w Darksiders, przemawia ustami głównego antagonisty Final Fantasy XIII-2. I co będzie, gdy obaj panowie wystąpią w trzeciej lub czwartej Dissidii? Zaginione rodzeństwo z innych wymiarów?), nie zobaczymy mgły spowijającej zupełnie nieświadome nadchodzącej anihilacji miasteczko Mist? Jedyną sensowną odpowiedzią wydaje się The After Years – gracz nie powinien spędzać blisko czterdziestu godzin w dwuwymiarowym świecie zaraz po skończeniu jego piękniejszej, „wypukłej” wersji. Dzięki temu Complete Collection oferuje grube dziesiątki godzin zabawy w nostalgicznym, dla niektórych nawet dzisiaj odstraszającym sosie minionej epoki. I mnie to nie przeszkadza. Ja samą grą chciałbym się zająć.

 

MAGIA WSPOMNIEŃ

 

Wydana pierwotnie w 1991 roku czwarta część Final Fantasy doczekała się tylu remake’ów (chronologicznie: PlayStation, Gameboy Advance, DS, a teraz PSP) nie bez powodu – jako pierwszy tytuł w serii (a być może nawet jrpg w historii) plotła opowieść pełną zwrotów akcji, roszad w składzie, śmierci postaci (zarówno drugoplanowych, jak i tych z naszej grupki) oraz wprowadziła dziś już tak banalny, że oczywisty system Active Time Battle (bohater wykonuje ruch dopiero wtedy, gdy wypełni się paseczek przy jego imieniu). O ile druga z tych nowości wciąż sprawdza się świetnie, to fabuła trąci dzisiaj myszką. Twisty bawią raczej zamiast zaskakiwać, bo jak inaczej zareagować na ciągłe pranie mózgów i nagłe powroty świadomości lub zaginione rodzeństwo? Dobrym motywem do dziś pozostają ciągłe zmiany w składzie (bohaterowie rozchodzą się, zostają porywani, albo – jak wspomniałem wyżej – zaczynają wąchać kwiatki od dołu) oraz sam adwersarz – bezlitosny Golbez (ach, ten jego temat muzyczny!), który staje na naszej drodze wielokrotnie i za każdym podnosi poprzeczkę swojej „czarności” o szczebelek wyżej.

 

Najbardziej oldschoolowy element Final Fantasy IV, czyli niemoralny już dzisiaj poziom trudności, jest wciąż obecny w The Complete Collection. Nie licz na łatwe walki (czasem zwykłe stworki mogą zmieść drużynę z powierzchni ziemi, wystarczy że zaatakują nas od tyłu, co zdarza się nader często), nie licz na szybkie przemierzanie dungeonów (gra potrafi inicjować walki dosłownie co dwa, trzy kroki), nie licz na zobaczenie napisów końcowych bez żmudnego grindowania – główny boss za pierwszym razem zapewne rozprawi się z Tobą w trzech pierwszych turach), ba! – bez zwiedzenia wszystkich „bonusowych” miejscówek i zdobycia „dodatkowych” Eidelonów (tutejsza nazwa Summonów) przejście ostatniego lochu to najzwyklejsze szaleństwo. Należy lubić hardcore. Ja lubię.

 

Oprawa, choć pozostawiona w drugim wymiarze, została podbita do rozdzielczości PSP oraz lekko podretuszowana, zupełnia jak wydane wcześniej remake’i „jedynki” i „dwójki” (gdzie FF V i VI, no gdzie?!), dzięki czemu nie odrzuci starszych graczy (jak wiadomo, growe wspomnienia o ścianę dzisiejszej rzeczywistości potrafią gruchnąć z łoskotem). To samo z muzyką – klasyczny soundtrack Nobuo Uematsu poddano operacji plastycznej, by w końcu dało się domyślić, jakie instrumenty miał na myśli kompozytor. Odpowiedni respekt, rzecz jasna, zachowano i wszystkie utwory są na swoich miejscach. Jak jednak Final Fantasy IV może dziś zostać odebrane przez młodszego doświadczeniem i wiekiem użytkownika? Bądźmy szczerzy – pacjent nie zniesie tego dobrze. Jeżeli do szesnastu bitów nie żywisz sentymentu, lepiej sięgnij po wersję na dwóch ekranach Nintendo.

 

POTENCJAŁ WSPOMNIEŃ

 

Do The After Years podchodzić można na dwa sposoby: jako typowego dla Square-Enix wyciągacza mamony od żyjących przeszłością graczy, świetnie zaplanowanego, podzielonego na kilkanaście osobnych epizodów (ściąganych za opłatą) marketingowego potworka lub na chwilę zapomnieć o finansowych kombinacjach firmy i sprobówać zobaczyć sequel klasyka jako prezent dla fanów, zwłaszcza że dostajemy go niejako gratis w zestawie.

 

A jest to pod kilkoma względami rzecz odważna. Po pierwsze: ma miejsce szesnaście lat po zakończeniu „czwórki”, niektórzy bohaterowie mają dzieci (główny bohater, Ceodore, to syn Cecila), Palom i Porom dorośli, Edward zmądrzał, Cid stoi nad grobem, Kain wraca ze swojego pustelniczego życia, żywiąc głęboką nienawiść do starych przyjaciół. Sentymentalne struny brzmią pełnią sił, wspaniale się do tych postaci wraca i odkrywa je na nowo. Fanservice podany z szacunkiem dla inteligencji odbiorców. Po drugie – zaszalano z narracją. Obserwujemy kilka dni w kółko, za każdym razem z innej perspektywy. Zbierając poszlaki, coraz bardziej zaintrygowani jesteśmy nowym kryzysem, przed którym staje Niebieska Planeta. Gdy dzieje się źle (czasem bardzo źle), widzimy Tajemniczą Dziewczynę (bez żartów, tak się nazywa przez 97% gry), której potęga zdaje się nie mieć końca i jeżeli zaliczymy już chociaż połowę epizodów, dociągniemy do końca, choćby tylko po to, aby w końcu dowiedzieć się, kim to dziewczę jest i skąd tak naprawdę pochodzi. Square zdaje się znowu dobrze planować czarne charaktery swojej flagowej marki – seledynowowłosa antagonistka wyszła rewelacyjnie. Jest bezwględna w swoich działaniach, stąd nie powinno dziwić kilka śmierci (w tym jedna bardzo poważna, dodająca do uniwersum głębi) i posępny charakter ostatnich aktów. No i nowe motywy muzyczne z nią związane wręcz elektryzują. Zdecydowanie na plus.

 

Kilka nowości pojawiło się w systemie walki. Dodano fazy księżyca, które siłą wpływają na nasze planowanie pojedynków (podczas pełni ataki fizyczne są osłabione, kopa dostaje za to czarna magia) oraz Bandy, czyli ataki grupowe, które odkrywamy własnoręcznie lub dostajemy wraz z rozwojem historii i rosnącą sympatią między postaciami (rzecz znana z Chrono Trigger). Nowości wyszły całkiem korzystnie. Gorzej z elementami, które były bolączką oryginału, a których, czy to z szacunku, czy też przez złośliwość, nikt nie usunął – walki wciąż trafiają się co dwa kroki, co wkurza o wiele bardziej, ponieważ biegamy często po starych, nietkniętych lokacjach (nowe miejsca policzyć można na palcach jednej ręki, chociaż ostatni dungeon to mistrzostwo świata w dziedzinie psychodelii i hardcore’u), a gnamy na złamanie karku, żeby po raz kolejny spotkać Tajemniczą Dziewczynę. Pełna irytacja. Dobrze chociaż, że możemy ustawić opcję Auto i pozwalać bohaterom machać mieczami na własną rękę.

 

WSPOMNIEŃ WARTOŚĆ

 

Co nie zmienia faktu, że The After Years jest jednym z lepszych dokonań Square-Enix w kontynuowaniu i poszerzaniu swoich uniwersów. Interlude zaś, o którym wspominałem na początku, wydaje się w tym zestawie nietrafiony – trwa około trzech godzin, a i tak nie zapowiada w pełni tego, co nastąpi w sequelu. Jeżeli już padło słowo „godzina”, cała kolekcja oferuje ich od 60 do 100, w zależności od naszych sił i chęci zwiedzania lokacji z wyzwaniami. Ja po skończeniu fabularnych ścieżek czuję absolutną sytość. Tak intensywnego zestawu nie miałem przyjemności ogarnąć od bardzo długiego czasu. Jeżeli nie znasz czwartej części Final Fantasy i nie straszny Ci „tamten” poziom trudności – atakuj śmiało. Jeżeli zależy Ci na samym The After Years, również nie będziesz zawiedziony. The Complete Collection na półce budzi dumę fana japońskiego grania.