R-Type na rynku pojawiło się w 1987 roku i przez całe swoje życie trafiło aż na 17 platform. Dla wielu jest to jedna z legend side-scrollowanych kosmicznych strzelanek, stojąca na równi z Gradiusem. Ja sam pierwszy raz z tym tytułem spotkałem się na C64 i zapamiętałem ten tytuł głównie przez niesamowicie wysoki poziom trudności. Z jego powodu w głowie mam ciągle utwór z pierwszej planszy. Teraz, po 27 latach, gra nadal daje w kość i karze za każdy, nawet najmniejszy (liczony w milimetrach!) błąd. Podobnie jest z R-Type II, które wydano dwa lata później na sześć platform.

R-Type Dimensions składa się właśnie z tych dwóch pozycji, które postanowiono odświeżyć graficznie, muzycznie i poniekąd lekko pod względem rozgrywki. Sama mechanika jest identyczna jak ćwierć wieku temu. Lecimy naszym statkiem R-9a "Arrowhead" (lub R-9C w kontynuacji) w prawo, strzelając do wyłaniających się zza ekranu wrogów. Naszym przeciwnikiem jest pochodzące z niezbadanej części kosmosu cesarstwo Bydo. Siły Bydo atakują Ziemię i naszym celem jest odparcie ich ofensywy. Fabuły, tak szczerze, nawet można było nie wrzucać, bo kompletnie nikt na nią nie zwraca uwagi. To, co jest najmocniejszym punktem gry, to niesamowicie wysoki poziom trudności. Tak jak wspomniałem wcześniej, liczy się każdy nasz ruch. Opanowanie, przewidywanie wydarzeń i dobra pamięć to najważniejsze aspekty „walki z grą”. Nie jest to poziom trudności powodujący frustrację, bo kilkukrotne ukończenie gry (kilkadziesiąt minut każda) powoduje, że z automatu zapamiętujemy rozkład wrogów.

Można zarzucić produkcji Tozai Games, że jest wtórna i nudna, kiedy już ukończymy R-Type i R-Type II. Bo siłą rzeczy – ciężko uniknąć nudy, gdy dostępny jest jeden tryb gry dla jednego gracza oraz opcja współpracy kanapowej, w której razem z towarzyszem przechodzimy kolejne poziomy. Jednak tak jak każda gra z lat '80, R-Type stawia na kręcenie coraz to lepszych wyników, którymi możemy dzielić się w rankingach sieciowych. To, za co muszę pochwalić najbardziej, to opcja włączenia klasycznych gier R-Type i R-Type II tak, jak wyglądały na automatach w kolejno '87 i '89 roku. I zmienia się nie tylko grafika na „retro”. Powraca także warstwa audio, więc automatycznie fundujemy sobie zastrzyk nostalgii wprost w krwiobieg. Co ważnie, możemy to zmienić zarówno przed rozpoczęciem gry jak i w locie, jednym przyciskiem. Wtedy całość płynnie przechodzi z „nowoczesnej” grafiki w klasyczne 2D oparte na pikselach.

Dla jednych będzie to tytuł pozbawiony wad, dla innych – brakować będzie większej ilości trybów gry. Żadnych wyzwań czasowych czy trybu przetrwania. Postawiono na zupełną oszczędność. Poza klasyczną grą, w której mamy 3 życia (i po ich utracie - Game Over) jest także tryb „Nieskończony”, w którym tracić życia możemy na potęgę. Jest to o wiele łatwiejsze do okiełznania gry, więc spełnia to rolę samouczka, który przy okazji i tak skopie nam tyłek. Tutaj, jak zawsze, nasuwa się pytanie – czy warto wydawać 39 złotych na odnowioną składankę dwóch produkcji sprzed dwudziestu lat? Odpowiem tak – jeśli grałeś w oryginał to jak najbardziej. W innym przypadku poczujesz znaczący niedosyt po 2-3 godzinach. Niemniej ja, jako oddany fan z czasów C64, wystawiam znak retro-sentymentalnej jakości.