Między premierami dwóch rozgrywających się pod powierzchnią oceanu minęły ponad 4 miesiące. Co prawda twórcy przygotowali filmik wprowadzający. Niestety koncentruje się on jedynie na wydarzeniach z pierwszego Bioshocka. Jest to o tyle sensowne, że faktycznie nawiązań do hitu z 2007 roku jest w omawianym DLC nie miara, ale w efekcie ponowne zagranie w Burial at Sea Episode One jest niezbędne, aby cieszyć się w pełni fabułą.

http://irrationalgames.com/files/2014/03/LizMirror_WEB.jpg

Co gorsza pierwszy kontakt z grą nie jest pozytywny, ponieważ oprawa graficzna, już nie topowa rok temu, zestarzała się jeszcze bardziej. Martwe, poruszające ustali i oczami jak mechaniczne lalki postaci (w trakcie gry, na filmikach wygląda to lepiej), mocno sterylne, plastikowe otoczenie to najsłabsze elementy. Razi także problem, który wydawało mi się został przez duże studia całkowicie wyeliminowany z gier AAA kilka lat temu, czyli rozdzieranie ekranu. Na szczęście design miejscówek (Paryż z wprowadzenia jest prześliczny, podobnie niektóre brudne i podniszczone lokacje w podwodnym więzieniu) oraz przeciwników ratuje sytuację.

Ogromnym zaskoczeniem, jeśli ktoś nie oglądał zwiastunów, jest fakt, że tym razem sterujemy Elizabeth. Booker się co prawda pojawia, ale tak… nie do końca (spoilerów sprzedawał nie będę, spokojnie). Bohaterka nie jest już twardą femme fatale z pierwszego epizodu, tym razem jest zdana sama na siebie. Musi więc skradać się, unikać wrogów, zachodzić ich od tyłu i nokautować uderzeniem w głowę. Nie może także, z powodów bardzo dobrze wytłumaczonych w scenariuszu, posługiwać się rozdarciami i pochodzącymi z nich ułatwieniami.

http://irrationalgames.com/files/2014/03/MotherMayI_WEB.jpg

Ma za to do dyspozycji 4 plazmidy. Jedyny nowy, Peeping Tom, doskonale wpisuje się w całkowicie inny od znanego z wcześniejszych odsłon gameplay. Pozwala on, gdy pozostajemy w bezruchu, widzieć przeciwników przez ściany, a także samemu przez chwilę pozostać niewidzialnym. Nowa broń, kusza, jest również bardzo przydatna. Możemy dzięki różnym rodzajom bełtów m.in. usypiać wrogów czy przyklejać do ścian urządzenie wywołujące dźwięk, który ściąga w dane miejsce wszystkich splicerów z danej lokacji.

Mechanika skradania się też jest bardzo dobrze dopracowana. Zadbano m.in. o to, aby różne powierzchnie generowały różny poziom hałasu – woda i szkło są więc naszymi najgorszymi wrogami, natomiast po dywanach poruszamy się bezszelestnie. Jest to co prawda ciut nielogiczne, bo bohaterka mogłaby po prostu zdjąć swoje buty na obcasach, aby zredukować hałas, ale nie bądźmy aż tak drobiazgowi. Splicerzy są całkiem czujni i mimo swojego szaleństwa potrafią zorientować się, że coś złego się przy nich dzieje. Gdy zaatakują, sytuacja staje się dla naszej bohaterki bardzo trudna – Elizabeth ma znacznie krótszy pasek życia niż Booker, a dodatkowo jej uderzenia w otwartym starciu są w stanie jedynie odepchnąć przeciwnika, ale nie powodują u obrażeń. Wtedy trzeba zdać się na broń palną lub ładować ponownie ostatni punkt kontrolny.

Cieszy także to, że grę można ukończyć nie zabijając nikogo. W DLC umieszczono nawet dodatkowy poziom trudności – tryb 1998 (jest to oczywiście aluzja do pierwszego Thiefa, który wyszedł właśnie w tym roku), w którym każde morderstwo powoduje porażkę i konieczność przechodzenia etapu od nowa. Dotarcie do napisów końcowych zajmuje 4-5 godzin, co stanowi znacznie lepszy wynik niż ten z pierwszego epizodu. Co więcej, dzięki temu, że kampania jest dłuższa, ma się też uczucie, że jej tempo zostało lepiej przygotowane. W poprzedniej odsłonie miałem wrażenie, że ciągle gra mnie poganiała, akcja toczyła się od starcia do starcia i nagle się skończyła. Tym razem autorzy udostępnili nam więcej miejscówek w ramach głównego wątku (oraz kolejną pulę poza wytyczoną ścieżką), mamy tutaj też do czynienia ze sporą liczbą dłuższych sekwencji, w trakcie których nie jesteśmy niepokojeni przez splicerów i możemy spokojnie przeszukiwać szafki, skrytki czy śmietniki, znajdując ulepszenia, pieniądze i nieodłączny element serii, czyli audiologii.

Szkoda tylko, że jeden z elementów tej eksploracji, czyli otwieranie zamków zostało potraktowane po macoszemu. Umiejętność, z której Elizabeth była tak dumna w Bioshock: Infinite sprowadza się do prostackiej minigierki z różnymi kolorami zapadek. Niektórzy gracze będą też pewnie narzekać na składające się na kampanię questy. Zdecydowana większość z nich to standardowe zadania zadania „kurierskie” polegające na poszukiwaniu przedmiotów, a następnie przenoszeniu ich we wskazane miejsca.

Ja byłem to jednak w stanie szybko wybaczyć, ponieważ opowiedziana w Burial at Sea historia jest doskonała. W mojej opinii jest to druga najlepsza historia opowiedziana w tym uniwersum, zaraz po szokującym i zaskakującym (szczególnie w finale) scenariuszu pierwszego Bioshocka. W trakcie kampanii dowiemy się m.in. trochę więcej na temat konfliktu Andrew Ryana z Atlasem i czynników, które wpłynęły na późniejszy upadek Rapture, spotkamy zwariowane, mówiące w enigmatyczny sposób, rodzeństwo Lutece. Uważnie analizując informacje odnalezione w lokacjach i słuchając audiologów dowiemy się także sporo na temat rywalizacji dwóch wynalazców – Jermiaha Finka z Columbii i Yi Suchonga z Rapture. Najważniejszym elementem jest jednak to, że pod koniec dowiadujemy się nowych szczegółów na temat roli Elizabeth dla całego uniwersum Bioshocka.

http://irrationalgames.com/files/2014/03/DeluxeGuitarist_WEB.jpg

Burial at Sea Episode Two w efekcie okazuje się pozycją obowiązkową dla każdego fana serii, który doskonale dopełnia fabułę pozostałych odsłon, łatając kilka wcześniej nie wyjaśnionych luk. Jeśli posiadacie już przepustkę sezonową dla Bioshock: Infinite to wręcz nie rozumiem dlaczego nie macie go już zaliczonego! W przeciwnym wypadku zdecydowanie warto zainwestować kilkadziesiąt złotych w zakup pakietu złożonego z tego DLC, epizodu pierwszego (oraz nieistotnego zestawu wyzwań, którym jest trzeci dodatek z season passa).

Swoją drogą Pogrzeb na Morzu to także bardzo adekwatny tytuł dla tego tekstu z zupełnie innego powodu. Recenzja, którą czytacie jest moim ostatnim tekstem na pssite.com. Przez prawie 2 lata pisania na tym portalu (to był mój debiut w „dziennikarstwie” growym) bardzo dużo się nauczyłem, miałem też sporo przyjemności z czytania komentarzy i dyskutowania z wami pod artykułami. W związku z tym chciałbym podziękować Musiolowi za danie mi w 2012 roku szansy oraz wam za wszystkie uwagi, szczególnie te konstruktywnie krytyczne. Do zobaczenia w innych miejscach w sieci i w realu, trzymajcie się ciepło!