Powiedzmy sobie wprost – inFamous: Second Son od początku kreowany był jako produkt, który łechtać ma nasze oczy piękną grafiką w otwartym świecie. Nikt nie reklamował gry jako przełomowej, mającej namieszać w gatunku. Ot, solidna kontynuacja, która za pomocą efektów wizualnych będzie cieszyć nasze oczy. I tak dokładnie jest. To, co otrzymujemy w produkcie końcowym, jest pełnią inFamousa w inFamousie. Otwarty, zaludniony świat, reagujący na nasze czyny. Nadnaturalne moce głównego „złego”, którego motywy są z początku jasne, ale im dalej w las tym bardziej się rozmywają, a pośród tego krąży gdzieś wątek „bycia jak starszy brat” w wykonaniu Delsina i Reggiego.

Sucker Punch nie wysiliło się w kreowaniu historii i szkielet zaczerpnęli z poprzednich dwóch gier, dokładając do niego parę elementów czy zmieniając co nieco, ale ostatecznie, przez całą rozgrywkę aż do jej samego końca, towarzyszy nam uczucie deja vu. Szeroko reklamowany wątek relacji Delsina ze swoim bratem-policjantem Reggiem ciekawie się rozpoczyna, ale brakuje czasu w grze by go sensownie rozwinąć. Niby pojawia się on co misję fabularną, ma jakiś tam większy udział fabularny, ale całość potraktowana jest po macoszemu i pozostawia ogromny niedosyt. Także relacje z Przewodnikami, których spotykamy w trakcie naszych wojaży po Seattle, wypadają miernie. Początki są jak najbardziej w porządku, ale później scenarzysta jakby zapomniał, że kogoś poznaliśmy i po 2-3 wspólnych misjach zostają porzuceni. Zakończenia gry są także oklepane i widać, że mocno inspirowane poprzedniczkami. Panowie z Sucker Punch, ja rozumiem, że najłatwiej pokazać to, że w życiu jest wiele odcieni szarości, ale budowanie na tym misternie knutej intrygi jest wałkowane sto razy i można w tym się połapać raz dwa. Na plus wychodzi za to charakter i kreacja Delsina. Wiele osób zarzucało, że mamy do czynienia z mentalnym „gimbusem”, ale to ogromne nadużycie. Delsin jest jak wielu nastolatków lub osób w wieku wczesnostudenckim – nierozgarnięty, nie biorący życia na poważnie i ciągle gryzący się ze swoim starszym bratem, który jest jego przeciwieństwem. Oczywiście młody Rowe z biegiem czasu się zmienia i poważnieje, ale i tak stać go na szczeniackie zachowanie. Pocieszne próby podrywania dziewczyn czy organizowanie pewnemu bohaterowi „lachona do wyrwania” mogą rozbawić, jeśli tylko ktoś nie ma kija w tyłku.

Na szczęście w innych aspektach gry jest znacznie lepiej. Największy postęp oczywiście odnotowało miejsce akcji, czyli w tym przypadku Seattle. Miasto jest bardzo duże i, co ważne, nie ma w nim miejsca, które byłoby wyludnione. Widać tam wszechobecność D.O.Z. napędzającą strach u ludzi, mieszającą w nastrojach społecznych. Są tutaj grupki protestujące przeciw bioterrorystom (jak propagandowo nazywani się Przewodnicy), są handlarze dragami do załatwienia, grupki żołnierzy przy posterunkach, policjanci pilnujący porządku, gangsterzy oraz uciśnieni mieszkańcy niesłusznie osądzeni jako złoczyńcy. Przekrój społeczeństwa, jak widzicie, iście różnorodny, podobnie jak samo miasto. Całość podzielono na dwie części, w które wrzucono kolejne dzielnice – pomysł już nam znany. Każda z nich przechodzi płynnie w inny styl. Spokojniejsze przedmieścia Seattle, gdzie króluje roślinność, centrum z ogromnymi budynkami, a nawet chińska dzielnica, która nocą prezentuje się olśniewająco. Podział na dzielnice jest po to, by, wzorem poprzedniczek, odbijać je z rąk D.O.Z. Wykonując kolejne aktywności, a tych trochę jest, zmniejsza się stopień kontroli i gdy całość dojdzie do odpowiedniego poziomu możemy wywołać rozróbę, po której dzielnica zostaje „wyzwolona” spod panowania D.O.Z. Oczywiście ci nadal mogą co jakiś czas „wbić nam na ośkę i zrobić dym", ale łatwo ich przegonić. Co do aktywności, poza standardowym zbieraniem odłamków w celu ulepszenia naszych mocy mamy tutaj poszukiwanie dzienników audio kreślących szerszy punkt widzenia na fabułę, pogoń za ukrytymi agentami, niszczenie wszechobecnych kamer i przykład najlepiej wykorzystanej funkcji pada PS4 – malowanie graffiti. Oczywiście nie robimy tego od podstaw, ale trzy pierwsze pociągnięcia idą na nasze konto i stanowią miłe urozmaicenie gry.

Zdecydowanym plusem jest obecność aż czterech mocy, którymi może dysponować Delsin. Nie będę zdradzał Wam tej czwartej, o której jeszcze nie wiecie, ale uwierzcie – wątek fabularny z nią powiązany i to, jak wygląda oraz jakie daje efekty to coś niesamowitego, lecz też z jajem. Podoba mi się to, jak rozwiązano przełączanie między poszczególnymi mocami. Nie mamy tutaj żadnego przycisku szybkiej zmiany - musimy wyssać daną rzecz, wtedy dopiero przełączymy się na to, czego chcemy używać. Każda z czterech zdolności daje nam podobny wachlarz ciosów: od zwykłych ataków, przez strzelanie z łap wzmocnionymi atakami, aż po swoisty limit w postaci Przeciążenia Karmicznego, które na małym obszarze anihiluje dosłownie wszystko. Gra jest niesamowicie efektowna w trakcie walki, a to wszystko za sprawą pomysłowych mocy i, oczywiście, grafiki.

Jak na otwarty świat spisano się niesamowicie. Scenariusz umiejętnie zgrywa z sobą nowozdobyte moce z porą dnia. Gdy pierwszy raz możemy użyć neonu to robimy to w nocy i absolutnej ciemności. Efekt „wow” jest obecny co chwilę. Efekty cząsteczkowe stoją na poziomie, do którego nigdy nie byliśmy przyzwyczajeni. Gra świateł jest niesamowita, a gdy zobaczycie pierwszy raz deszczowy wieczór w chińskiej dzielnicy, zaczniecie męczyć przycisk Share jak szaleni. Gra serwuje nam niesamowite widoki. Robi to często, umiejętnie operując ujęciami kamery. Sam model Delsina i innych, głównych bohaterów jest niesamowitym postępem. Zwykli obywatele wyglądają lepiej niż niejeden bohater gier z PS3, a pole widzenia jest ogromne. Wystarczy wspiąć się na najwyższy punkt w mieście, spojrzeć gdzieś i dotrzeć tam za kilka minut pieszej wędrówki. Wszystko to w absolutnie płynnej rozgrywce. Gra ani razu nie spadła mi poniżej 30 klatek na sekundę, niezależnie od robionej rozwałki. Mam nawet wrażenie, że są momenty w których odblokowany licznik FPS-ów podskakuje bliżej 45-50 klatkom na sekundę. Tutaj mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością – deweloper dał radę.

Pochwalić muszę także oprawę dźwiękową i, co dla wielu może być zaskakujące – polonizację. W dobie wszechobecnego licencjonowania wykonanych już raz utworów, stworzenie dobrej ścieżki dźwiękowej nie jest łatwe i wdzięczne. Tutaj główny motyw wchodzi w odpowiednim momencie i jest bardzo dynamiczny, pasujący do tego, co robimy. Dodatkowo polski dubbing wypadł bardzo dobrze. Ciężko przebić oryginalny głos Delsina (podkładał mu go Troy Baker), ale polska wersja Delsina wypada przekonująco. Część dialogów świetnie zgrano z naszym krajem przez odwołania do popkultury i powiedzonka, które wszyscy znamy. Luzackie podejście bohatera znajduje ujście w rodzimym głosie. Oczywiście nie uniknięto drobnych wpadek w tłumaczeniu napisów, które czasami brzmią totalnie inaczej niż w oryginale, ale na szczęście w trakcie gry możemy wybrać sobie, czy chcemy napisy polskie, czy ich brak, czy może zlokalizowaną warstwę audio. Jeśli nie, to spokojnie w opcjach włączymy angielskie głosy. Jedyny minus – gra cofnie nas do ostatniego checkpointu w grze. Niby nic, ale warto o tym pamiętać.

I nie jest też tak, że tytuł pozbawiony jest wad. Te niestety są obecne, ale nie przeszkadzają aż tak w całości. Ciężko jednak przymknąć oko na czasami niewyrabiającą w dynamicznych starciach kamerę. Także detekcja kolizji szwankuje i to już znacznie częściej. Nie to, że możemy gdzieś się zablokować, ale zabawnie wygląda moment, w którym Delsin wbiega w losowego przechodnia, zaczyna w nim „lewitować”, a po chwili wystrzeliwuje kilkanaście metrów w górę. Premierowa łatka miała część błędów naprawić, ale tym się nie zajęła. Z jednej strony ani razu przez to nie zginąłem, ale z drugiej – błąd jest błędem i nie znaczy to, że inni nie będą mieli z tego powodu problemów.

Całość zajęła mi kilkanaście godzin - zakończyłem grę jako ten dobry i pozbierałem wszystko, co się dało. Główny wątek można ukończyć w kilka godzin, bez szukania wszystkich znajdziek, i w przypadku ponownego kończenia gry boli brak możliwości omijania scenek, które już przecież raz widzieliśmy. Na plus witam ponownie opcję gry po ukończeniu wątku fabularnego, ale w momencie, gdy (tak jak Eldoka) wyczyścimy miasto, nie ma w nim co robić. Ot, problem całej serii, której nie pomagają nawet losowe ataki D.O.Z. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy warto wydać 249 złotych, odpowiem, że jak najbardziej. No, chyba że od początku nie przekonuje Cię, drogi czytelniku, seria inFamous. Wtedy nie masz czego szukać – to nadal jest nieSławny z krwi i kości. W innym przypadku – nie zawiedziecie się ani na chwilę, a orgazm graficzny załagodzi nadszarpnięty budżet.

PS Tłumaczenie gry w formie napisów dla większości graczy może lekko odstawać od oryginalnej wersji. Jest to spowodowane podejściem do tłumaczenia, które powinno (w tym przypadku tak jest) brzmieć naturalnie w naszym języku. Oczywiście niektórzy, obyci z językiem angielskim gracze mogą odbierać to inaczej, ale pod żadnym pozorem nie jest to błąd popełniony w lokalizacji.