Jednocześnie seria ma w sobie coś wciągającego, co każdorazowo tworzy między mną jako recenzentem i graczem, a produkcją Yuke's dziwną więź. Na szczęście, nie stanowi dla mnie problemu spojrzeć bardzo krytycznym okiem na WWE 2K14, które z jednej strony faktycznie potrafi bawić fana wrestlingu, a z drugiej...cóż, za sprawy techniczne gra powinna schować się pod stół.

Nie mam pretensji do dewelopera o to, że nie wymyślił koła na nowo. Bo podobnie musiałbym oczekiwać zrobienia z tego strategii turowej pomieszanej z karcianką rytmiczną. Jednak niezależnie od tego, w którym trybie spędzamy czas, to możemy odczuwać tylko i wyłącznie rosnącą frustrację. W produkcji, w której mamy mały ring i od dwóch do kilku (zależnie od trybu) modeli postaci oczekiwałbym grafiki znacznie lepszej, niż to co nam się serwuje niezmiennie od paru lat. Przesadą jest, że to poziom z PlayStation 2, bo graficznie modelom bliżej roku 2007. Z oczywistych względów pomijam publikę, która wygląda jak wyjęta z ery pierwszego PlayStation. To ma zerowy wpływ na to jak się gra. Problemem dla mnie są dwie, najważniejsze w tym gatunku rzeczy – fizyka i detekcja kolizji. Jeśli te elementarne sprawy działają źle, lub nie działają wcale, to całą frajda z oklepywania komuś wirtualnej twarzy nie ma sensu. No po co, skoro przegrywamy w momencie gdy nasza ręka przeszyje korpus przeciwnika, który nas błyskawicznie kontruje i wymusza odklepanie?

Nie wiem czy tutaj zaimplementowano silnik mający na celu symulowanie ruchów ciała w trakcie kontaktu z chociażby podłożem. Wszystko wygląda jak z góry zaprogramowane, skąpe w różnorodność animację. Wszystko jest sztywne i odpychające, co bardzo mocno kontrastuje z otoczką każdej walki. I tak jak już mówiłem, kompletnie pomijam fakt grafiki, bo jeśli chodzi o podobieństwo wrestlerów – z tym jest bardzo i to bardzo nierówno.

Jednakże z drugiej strony jest właśnie cały ten klimat WWE od samych początków organizacji gdy Hulk Hogan rywalizował z Andre the Giant przez kolejne ery, które poznajemy wraz z postępami w trybie „30 lat z Wrestlemanią”. Już rok temu mieliśmy identyczny tryb, więc w tym względzie nie ma tutaj większego zaskoczenia jeśli ktoś grał w WWE '13. Przed każdą walką mamy opisaną historię danego pojedynku we Wrestlemanii, czasami nawet zobaczymy archiwalne nagrania, co akurat dla mnie było fajną wycieczką pełną sentymentów, zwłaszcza gdy popularność zdobywał brutalny Steve Austin. W ten tryb wchodzi także coś absolutnie pozytywnego – tryb w którym albo ścieramy się z The Undertakerem by odebrać mu mistrzowski pas i wtedy walka z nim przypomina jeden z najtrudniejszych pojedynków w całej serii, albo też jako Calaway odpieramy kolejnych pretendentów do odebrania nam pasa. Co pięciu możemy lekko odsapnąć, ale energii nam odnawia się tyle co nic, więc musimy bardzo dobrze rozplanować siły i obmyślić sensowną taktykę, gdyż jakoś od 40 rywala zaczynają się konkretne schody.

Oprócz tego, mamy standardowo możliwość gry przez sieć, w której kod gry został lekko zmodyfikowany oraz multum trybów dla jednego gracza, z WWE Universe na czele. Jeśli ktoś nie miał do czynienia z poprzednimi częściami to krótka charakterystyka. Jest to nic innego jak pełen kalendarz eventów powiązanych z całą federację, gdzie poza zwyczajnymi walkami, raz w miesiącu toczona jest gala PPV na różnych zadaniach. A to walka w klatce, a to Money in the Bank, a to mamy do czynienia z brutalniejszą wersją zwykłych walk. Możemy tutaj swobodnie dodawać gale, edytować rywalizacje i uczestników każdej z walk. Jeśli za to ktoś chce sobie powalczyć ot tak, bez żadnych wymagań może włączyć jedną z wielu walk w zwykłym trybie rywalizacji z SI lub żywym przeciwnikiem. Wybierać jest z kogo, choć znajdą się tacy, których zaboli brak niektórych zapaśników. Ja jestem zadowolony, bo moja prywatna „śmietanka towarzyska” jest w komplecie. Bret Hart, Triple H, The Undertaker, Kane, Yokozuna, Hulk Hogan i reszta gagatków „robi”.

Każdorazowo po sesji z WWE 2K14 miałem bardzo mieszane odczucia. Konsolę wyłączyłem ze znudzeniem i lekką niechęcią, ale i tak wracałem do gry by odpalić sobie chociażby jedną rundę Wrestlemanii. Jeśli miałbym opierać się tylko i wyłącznie na całej otoczce, to byłbym w stanie się zachwycić nie raz. Jednak nie jestem w stanie zignorować tego, że gra po prostu męczy swoimi wadami. Miło, że menusy są lepsze i działają lepiej, ale i tak wczytywanie walk, gdzie mamy ring, 2 zawodników i sędziego trwające prawie 2 minuty zakrawa o kpinę. Gra jest pełna sprzeczności, z których negatywne wrażenia jednak wysuwają się na front. Ta seria potrzebuje świeżego powietrza i świeżej krwi, bo stagnacja powoli ją zabija.