Wypróbowałem japońskie demo i nastawiony byłem pozytywnie do gry Platinum Games. Na szczęście po ponad pół roku tytuł wylądował także w Europie i wypada się tylko cieszyć bo dostaliśmy kawał grywalnego kodu, przyprawiony japońskim designem i staroszkolną rozgrywką...

Powiedzmy sobie wprost – Anarchy Reigns to gra którą albo pokochasz, albo wyrzucisz po 5 minutach gry. Jeśli oczekujesz powagi, stonowania i klimatu amerykańskich produkcji – nie znajdziesz ich. Platinum Games pokazało typowo japońską szkołę tworzenia elektronicznej rozrywki – kicz wylewa się z ekranu, teksty suchością przebijają Strasburgera, a design bohaterów parodiuje parodię samego siebie. Całość dopełnia skrojona idealnie muzyka. Tak wymieszane rzeczy stworzyły miks kierowany do wąskiego grona, ale jakże wciągający. To co najbardziej przyciąga i wzmaga w nas syndrom „jeszcze 5 minut” to odpowiednio wyważony poziom trudności i czysta zabawa płynąca z gry. Jeśli pamiętacie którąś z części Fighting Force to możecie sobie przełożyć ją na Anarchy Reigns i będziecie wiedzieć czego się spodziewać.

Najmocniejszym punktem jest cały system walki i jego przystępność. Po gębach klepie się przeciwników wyjątkowo miło. Mamy klasyczny podział na zwykłe ataki, te mocniejsze oraz specjalne, które są inne dla każdej postaci. Każdy z ciosów możemy lekko podładować przytrzymując przycisk za niego odpowiedzialny. W tej oklepanej z pozoru normalności wybija się Rampage, czyli swoisty limit postaci, który ładujemy po prostu walcząc. Gdy naładujemy i odpalimy, to ojezu – dzieje się. Nasza postać zaczyna okładać przeciwnika w takim tempie, że ciężko nadążyć za licznikiem combo, który szybuje w górę jak oszalały. Jest to najlepszy i najszybszy sposób na przeciwników twardszych od nas, a takich w grze jest bardzo dużo. Paradoksalnie poza ostatnim bossem, trudniej walczy się z 3-4 mutantami niż z którymś z konkretnych, fabularnych przeciwników. Poza nimi mamy mnóstwo pomniejszych mięs armatnich, które pod siłą naszych pięści dosłownie są miażdżone. Za każdą akcję, każdy cios otrzymujemy punkty na których oparto całą grę.

Zaczynając misję rzucani jesteśmy w wielką planszę po której możemy sobie swobodnie biegać, szukać ukrytych artworków oraz bić wroga. Gdy osiągniemy odpowiednią ilość punktów odblokowuje się nam jedna z trzech dowolnych misji na których możemy robić punkty (powtarzalne) by odblokować misje fabularne i pchnąć historię, która jednak nie jest jakaś skomplikowana. Ot, całą grą uganiamy się za Maxem by pod koniec złapać się na twist fabularny i wziąć udział w najbardziej emocjonującym kwadransie gry. Oglądaliście anime? Marzyliście by wziąć udział w walce przeciwko głównemu złemu cała ekipą? Swoisty Free 4 All w singlu sprawdził się znakomicie jako zamknięcie gry, która schematem zaczynała nudzić mimo tego, że na ukończenie zeszło mi 5 godzin. „Wykonaj misję, popchnij fabułę, zrób misję, popchnij fabułę...”, tyle dobrze, że dodatkowe misje są zróżnicowane. A to kogoś osłaniamy, a to standardowo bijemy po mordach, czasami musimy pograć w piłkę, a czasami przetrwać określoną ilość czasu.

Jeśli chodzi o formę przedstawienia gry to scenki przerywnikowe są zrobione zjawiskowo, dynamicznie i z jajem. Cała gra nabija się z czego się tylko da, a repertuar postaci nam pokazywanych sugeruje, że w Platinum Games biorą mocne dragi. Patrząc na Durgę, Oinkiego czy Bullseye'a zastanawiam się czy Platinum na kimś się wzorowało, czy wrzucono do gry najgłupsze pomysł jakie im zostały z innych gier. Minusem jest niestety przedstawienie zwykłych scenek – mamy widok z boku gdzie widzimy rozmawiających bohaterów z fatalnym lip-synciem. Ruchy ust kompletnie nie pokrywają się z tekstem i wygląda to po prostu słabo. Kampania także w całości jest bez szału i sztucznie wydłużona – na start wybieramy albo jasną stronę, albo ciemną stronę (Leo lub Jack Cayman) i gdy dojdziemy do odpowiedniego momentu – następuje zamiana ról i poznajemy historię z drugiej strony. Dla mnie zostało to słabo zrealizowane, podobnie jak chęć przemycenia pewnych wartości i treści pokazujących coraz to większe represje ze strony korporacji czy polityków. Wypadło to bardzo sztucznie i śmiało gra bez tego dałaby radę.

Graficznie także całość nie robi wielkiego szału, ale miłym w dzisiejszych czasach akcentem jest to, że całość działa nader płynnie i wkurza jedynie czasami kamera, która pokaże nam czarny ekran albo będzie latać jak facet po 10 piwach w poszukiwaniu ubikacji. Nad całością góruje muzyka, która mimo że jest miksem wielu gatunków trafia idealnie w to, co dzieje się na ekranie. Nigdy bym nie pomyślał, że bicie się w rytm rapu z domieszką metalu będzie tak dobre, ale grając Baronem nie ma innej opcji, aż nasuwało się hasło „dziwki, koks, tajski boks” gdy pojawiał się złoto-zębny pimp. Za samą ścieżkę dźwiękową należy się grze uwaga, chyba, że ktoś jest smutnym człowiekiem, który nie potrafi się już bawić z grami.

Na dokładkę dorzucono tryb dla wielu graczy, którego szczerze mogłoby nie być. Ale prawa rynku nie pozwalają na ignorowanie tego i dostaliśmy chaotyczne multi, co prawda z wieloma trybami, ale małą ilością graczy, a co za tym idzie – matchmakingiem. Jest opcja grania z botami jako forma treningu, ale to tak samo jak seks z manekinem. Ani to seks, ani to fajne. Najciekawszym trybem z całości wydają się być walki 2 na 2 gdyż jest w nich najmniej chaosu. W swoistym „każdy na każdego” dzieje się po prostu za dużo. Zero taktyki tylko walenie po klawiszach byle gdzie licząc, że to właśnie my zadamy ostateczny cios. Całość sumowana jest tabelą z wynikami do której dochodzą różne bonusy i przetasowania. Dla mnie to kompletnie zbędny element gry i aż krzyczący do nas, że jest dodany na siłę i wcale go miało nie być.

Tyle dobrze, że sama gra nie jest tak zła i gdzieś nieśmiało puszcza do nas oko, że zabawi się z nami inaczej niż większość gier z amerykańskiego rynku. A każdy lubi czasami odświeżenie przyzwyczajeń. Anarchy Reigns wydaje się być idealną grą na taki „growy” skok w bok. Jak się spodoba – możemy już zostać i korzystać ile nam pozwolą. Ale trzeba uważać, bo i po gębie można dostać.