Zimna wojna, rozgrywki służb specjalnych, USA kontra ZSRR. Mieszanka wręcz idealna, która przypadła mi do gustu mimo ogólnej niechęci do FPS-ów. Black Ops II które na rynku pojawiło się niedawno reklamowane było jako gra, która zmieni oblicze strzelanek z widokiem pierwszoosobowym. I gdybym miał w to uwierzyć, to szczerze musiałbym być bardzo naiwny. Bo przełomu tutaj prawie w ogóle nie ma.

Im większe zapowiedzi, tym większe ryzyko, że producent nie będzie w stanie ich spełnić. Gdy słyszymy o tym, że wszystko ma być „emejzing”, to lepiej zapalić sobie lampkę ostrzegawczą i do gry podejść jak pies do jeża. Ale seria Call of Duty wydaje się rządzić swoimi prawami. Brak większych zmian wcale nie przekłada się na mniejszą popularność – wręcz przeciwnie. Kolejne rekordy, kolejne kamienie milowe wyznaczane przez produkt Activision pokazują, że gracze to lubią. Niestety większość z nich podchodzi do tego bezkrytycznie. Dlaczego akurat o tym pisze? Dlatego, że w przypadku Black Ops II nie da się bez krytyki odebrać tego tytułu. Nie jest to crap jakby chciała połowa internetu, ale nie jest też to mesjasz naszego rynku, który swoim objawieniem powoduje nawracanie się graczy na jeden gatunek gier. Produkcja Treyarch robi niektóre rzeczy dobrze, ale niestety – więcej psuje względem poprzedniczki. I psuje te, które są najważniejsze zarówno dla mnie (fabuła w singlu), ale także dla pozostałych (tryb dla wielu graczy).

Patrząc na całokształt, widzimy ogromnego molocha w którym zarówno wrzucono tryb dla jednego gracza, rozgrywkę multiplayerową w formie rywalizacji, a także tryb Zombies, który oprócz współpracy między graczami, tym razem dorzuca także nutkę rywalizacji z innymi. Dlatego by ocenić, wpierw trzeba monument rozbić na trzy osobne części do których dołoży się sprawy jednakowe dla całości. I tym razem zacznę od końca, bo od oprawy audiowizualnej. Ciężko mi o tym nie pisać, bo uruchamiając Black Ops II dostałem przysłowiowego buta w twarz. Rozumiem, że ważniejsza jest płynność i gra nie musi być siódmym cudem świata by się dobrze bawić. Ale to co wyprawia Treyarch przechodzi ludzkie pojęcie. Niższa rozdzielczość renderowania obrazu to już norma i nic z tym nie da się zrobić. Ale nowa gra, która jest brzydsza niż poprzednia odsłona? Dla mnie to obraza każdego, kto zakupi pudełko z grą. Całościowe rozmycie obrazu by ukryć aliasing to strzał w stopę, bo obraz jest niewyraźny, słabej jakości i wygląda po prostu brzydko, jakby ktoś na siłę powiększał obraz by dopasował się do TV. Gdyby gra jeszcze była płynna – ale nie jest. Zapomnijcie o 60 klatkach na sekundę. Średnio wszystko hula w 45 FPS, a spada przy większych zadymach do ledwo ponad 30. Do tego paro sekundowe zawieszenia gry w trakcie kampanii, freezy w menu, przenikanie tekstur czy brak odpalonych skryptów to błędy, które nie mają prawa się przydarzyć w jakimkolwiek momencie.

Dobrze, że ścieżka dźwiękowa trzyma bardzo wysoki poziom. Nie tylko motyw skomponowany przez Trenta Reznora łechce nasze uszy, ale także to, co powstało w studiu na Abbey Road potrafi zrobić taki klimat, jakiego może konkurencja pozazdrościć. Potrafi zbudować nastrój powagi, podniosłości, a także błyskawicznie zmieniać tonację gdy coś po prostu się spieprzy w trakcie akcji. Kudosy dla ekipy za umiejętne operowanie muzyką zależnie od roku w którym dzieje się akcja. Co innego przygrywa nam w 2025, a co innego w latach '80. Także nie można się doczepić odgłosów bitwy, broni czy krzyków współtowarzyszy lub wrogów. Rosjanie nawijają po rosyjsku, Menendez prawi jak na obywatela Nikaragui przystało, a u amerykanów także czuć odpowiednie akcenty.

Gdy już pogodziłem się z warstwą techniczną gry, mogłem zacząć czerpać historię, którą sprzedać nam chce Treyarch. A jest ona dobra, po prostu dobra. Do tej z Black Ops brakuje jej bardzo dużo. Nie mamy tak wyrazistej postaci jaką był Reznov, który wrył mi się w czerep jak rosyjskie liczby Masonowi. Owszem, wraca pałający żądzą zemsty Woods i z miejsca jest najlepszym bohaterem gry, ale brakuje kogoś takiego jak właśnie Reznov. Raul Menendez to dobrze wykreowany oponent, którego motywy w pewnym momencie wydają się podchodzić pod lekki absurd (kilkadziesiąt lat planowana zemsta? Jasne) i to zaczyna nam wychodzić bokiem. Narracja jednak i sposób prowadzenia misji jest często zaskakujący i pełen zwrotów akcji, do czego zresztą nas przyzwyczaiła ta seria. W moim odczuciu lepiej wypadają misje retrospekcyjne z udziałem Masona, Woodsa i agenta CIA – Hudsona. Chociaż nie ustrzeżono się w nich dziur fabularnych, to jednak akcja z Mudżahedinami byłaby ciekawa gdyby nie absurdalna jazda konno i strzelanie ze stingera w śmigłowiec.

Współczesne akcje opierają się na działaniach Davida Masona, syna Alexa i jego kumpli z oddziału. Naszym celem jest powstrzymanie działań Cordis Die, za którym stoi Raul Menendez i jego chęć zemsty za wydarzenia, które poznamy w trakcie gry. Tutaj brakuje mi tak charyzmatycznego osobnika jak Woods, który mając ponad 90 lat siedzi sobie w ten czas w domu. Wszystko nam się przez dłuższy czas miesza, ale to zabieg celowy, bo w tej odsłonie zaskakująco – są aż 4 zakończenia i decyzje, które podejmujemy w trakcie gry mają znaczący wpływ na to, jak skończy się gra. Oddano nam także pseudo strategiczne misje zatytułowane Strikeforce w których możemy dowodzić grupką żołnierzy, co odradzam. Ich inteligencja jest na poziomie glonów. Wbiegają pod ostrzał, nabiegają wesoło na granaty i jedynym sposobem jest samemu wcielić się w poszczególne jednostki by wykonać misje dobrze. Miało to urozmaicić grę, a okazało się zbędnym komponentem całości.

Sprawę teoretycznie zawsze ratował tryb dla wielu graczy, który za każdym razem był chwalony przez osoby, które z nim obcowały. W tym przypadku jednak wersja na PlayStation 3 cierpi na mnóstwo problemów. O tych dotyczących grafiki wspomniałem, ale w multiplayerze dochodzi także losowe rozłączanie z serwerem, lag compensation, problemy z dołączeniem się do gry, zwiechy jeszcze częstsze niż w trybie dla jednego gracza. Osoby, które liczą, że tempo rozgrywki jakkolwiek zmieniło się od poprzednich części się zawiodą. To typowo CoD-owski multiplayer w którym wszyscy biegają jakby się szaleju najedli. Nawet gdy człowiek gra tryb w którym trzeba wykonywać zadania, 90% przypadków to ludzie biegający i strzelający gdzie tylko się da i nie zawracający sobie głowy tym, że może warto przejąć flagę. Oczywiście im wyżej w randze tym mniej takich osób, ale nadal to jest znacząca ilość, która szybko obrzydza jakiekolwiek granie po sieci.

Największą i najszerzej reklamowana nowością jest stworzenie systemu ligowego, który umożliwić ma prowadzenie profesjonalnych rozgrywek, lub zasmakować profesjonalizmu osobom, które chciałyby zagrać jakoś inaczej niż ciągłe losowe mecze. Dodano opcję natychmiastowego streamowania gry na kanał YouTube, niestety tylko w 360p i z bardzo słabą jakością obrazu. Activision chce z Black Opsa zrobił tytuł, który będzie się nadawał idealnie do lig i powoli w tym kierunku to wszystko zmierza. Co prawda my możemy poczuć się lekko wykluczeni, bo nie wszystko u nas działa (za to w USA współpraca z profesjonalnymi komentatorami to wielki plus) to jednak warto śledzić ten segment multiplayera, bo to faktycznie wydaje się sprawdzać.

Zmianie uległ też system używania wybranych umiejętności i perków. Szerzej pisałem o tym po pokazie w trakcie targów Gamescom. Teraz mamy 10 slotów, które możemy sobie dowolnie ustawić. Jeśli nie używamy drugiej broni, możemy dodać sobie perk któregoś poziomu więcej. Podobnie jeśli biegamy „gołym” w wyposażenie karabinem. Mamy dowolną możliwość ustawienia swojego żołnierza, oczywiście po wcześniejszym odblokowaniu sprzętu za żetony. Zmianie również uległ system killstreaków, który tym razem nie opiera się na zabójstwach, a zdobywaniu punktów. Możemy więc odpalić nalot w momencie gry drużynowej. Zmiana zdecydowanie na plus, bo zmusza graczy do choć chwilowego zajęcia się drużyną i daje szansę tym, którzy nie są aż tak dobrzy w bieganiu i zabijaniu kolejnych wrogów.

Parę słów należy się także trybowi Zombies, który doczekał się zmian. Pozostał stary sposób gry w którym musieliśmy przetrwać jak najdłużej. Zmieniono za to fabularyzowaną opowieść, która kandyduje teraz do miana mikro kampanii dla wielu graczy. TranZit, bo o tym trybie mowa przeprowadza nas przez wiele lokacji w pseudo fabularnym trybie. Jeśli ktoś kochał Zombies, to tutaj odnajdzie się jak w domu. Jeśli ktoś się przejadł, to może zawsze sprawdzić tryb gry w którym dwie drużyny walczą z zombie i mogą współpracować, ale w ostatecznym rachunku – tylko jeden może wygrać. Szybko więc współpraca zmienia się w walkę o przetrwanie i wzajemne wybicie się. O dziwo tryb Zombies jest najmniej problematyczny i technicznych problemów nie spotkałem.

Gdy spogląda się na Call of Duty: Black Ops II jako gigantyczną markę, która kreuje rynek, czy to się komuś podoba,czy też nie, to wyłania się nam obraz niedopracowanego tytułu, który ma swoje pomysły, ale ich realizację przedstawia nam w nieciekawy lub zły sposób. Wersja na PS3 cierpi na ogromne problemy z kodem sieciowym i samą grafiką. Sztampowość niektórych misji nie ratują nawet wyzwania w ich trakcie, które pozwalają nam odblokować nowe bronie i perki dla singla (bo nawet tutaj się to pojawiło). Z drugiej strony jest ciekawa historia, którą można poprowadzić na wiele sposobów i sam gameplay, który nie jest zły. Zjawisko kulturowe jakie stworzyło się wokół tej serii można opisać w ogromnych tomiskach, czego niestety o Black Ops II nie można powiedzieć. Upływu czasu się nie oszuka i pomalowana 80-latka nie stanie się atrakcyjną nastolatką, a Treyarch stara się nam właśnie wmówić, że to tylko drobna różnica. Nie jest.