Ekrany pojawiające się w trakcie ładowania Hell Yeah także nie nastrajały optymistycznie. Sega jako wydawca od dobrych kilku lat nie jest już gwarancją jakości. Samą grę rozpoczyna fajne animowane intro, które było pierwszym zwiastunem, że może nie będzie tak źle. Dowiadujemy się z niego, iż głównym bohaterem będzie Ash, książę piekieł, który przejął władzę w wyniku zamachu. Powagę sytuacji całkowicie zabija jednak po pierwsze to, że nasz protagonista to mały biały króliczek, a po drugie fakt, iż główną osią fabuły jest pojawienie się w Hellternecie (tutejszy odpowiednik Internetu) kompromitujących go fotek z kąpieli z gumowymi kaczuszkami. Nasz bohater wyrusza w podróż po swoim królestwie w celu odnalezienia osób odpowiedzialnych za przeciek. Po drodze jego zadaniem jest ubicie 100 różnych potworów, którym udało się te zdjęcia zobaczyć.

Sama rozgrywka na początku przypomina setki innych platformówek. Skaczemy, omijamy przeszkody, zbieramy tutejszą walutę. Szybko jednak pojawia się nasz kamerdyner, pełniący także rolę dostawcy sprzętu. Otrzymujemy od niego najpierw piłę mechaniczną, która kręci się dookoła bohatera krojąc wszystko w najbliższej okolicy, a także działa jak jet-pack, gdy podskoczymy. W kolejnych etapach dostajemy od naszego sługi albo kupujemy w sklepie kolejne coraz bardziej wymyślne narzędzia mordu. Zebraną walutę możemy także wymienić na przebrania dla Asha… i dla piły. Mój faworyt to „strój” upodabniający ją do żółtego koła ratunkowego z głową kaczuszki.

W tym momencie gra staje się zdecydowanie bardziej interesująca. Dzięki większej mobilności jesteśmy w stanie dotrzeć do wszystkich zakątków planszy, a broń pozwala na eliminację przeciwników. Tutaj należy podkreślić, że Hell Yeah to festiwal zabijania na najbardziej absurdalne sposoby. Walki z każdym z bardzo dobrze zaprojektowanych stu minibossów są interesujące, znaczna część wymaga nie tylko szybkiego refleksu, ale również logicznego myślenia i wykorzystywania ich, nie zawsze oczywistych, słabych punktów. Podobnie ma się sprawa z występującymi między niektórymi planszami głównymi bossami.

Gdy uda nam się zredukować energię danego wroga do zera odpala się sekwencja QTE. W bogatym katalogu odjechanych na maksa minigierek znajdziemy m.in. wyciąganie szczypcami królika-maskotki z automatu, odgrywanie melodii na flecie czy podbieranie paluchem miodu z ula, gdy Pani pszczoła nie patrzy. Trochę przypomina to kilkusekundowe gierki, które kiedyś przyczyniły się do ogromnego sukcesu serii WarioWare. W przypadku sukcesu oglądamy swoiste fatality. Ash morduje z użyciem lasera, piły, rakiety ziemia-kosmos-ziemia, piłki futbolowej, pluszowych zabawek oraz setek innych typowych i nietypowych narzędzi. Niektóre animacje przypominają wręcz mojego cichego faworyta z początku roku, grę która również ma wściekłość w tytule, czyli Asura’s Wrath. Oczywiście tutaj są one w zamierzony sposób karykaturalne.

Wygląd gry jest jej bardzo dużą zaletą, zarówno jeśli chodzi o aspekty techniczne, jak i artystyczne. Grafika jest ostra jak brzytwa i wraz z Shankiem czy Castle Crashers znajduje się na absolutnym topie w kategorii dwuwymiarowych gier z PS Store. Animacje bohatera i jego przeciwników są bardzo płynne, nie występują żadne zwolnienia akcji, nawet gdy na ekranie jest jednocześnie kilkanaście ruszających się obiektów, wybuchy czy inne efekty graficzne. Design świata jest spójny, trochę w stylu Tima Burtona (horror na wesoło), trochę Roberta Rodrigueza (dużo narzędzi mordu, krwi i absurdalnej, komiksowej przemocy). Najlepiej określa go jednak myśl, która pojawiła się w mojej głowie w trakcie poziomu więziennego - „To wygląda tak, jakby Suda51 robił Mario!”. Dialogi między bohaterem a przeciwnikami są pełne suchych żartów i odniesień do popkultury. Do tego niektóre plansze są aluzjami do słynnych gier Segi. Nikt mi nie powie, że poziom w kasynie nie został celowo tak przygotowany, aby w maksymalnym stopniu przypominał stare gry z Sonikiem. Przecież tam nawet dźwięki były podobne!

Kampania jest długa i różnorodna. Każdy z 10 poziomów wygląda inaczej, brzmi inaczej i zwykle oferuje jakąś nową mechanikę rozgrywki. Raz zostaniemy pozbawieni broni, innym razem będziemy musieli operować łodzią podwodną etc. Co więcej plansze są wielopoziomowe i niejednokrotnie aktywowanie jakiegoś elementu w jednym miejscu powoduje reakcję w zupełnie innym. Gra wymaga więc od nas logicznego myślenia oraz zapamiętywania co i dlaczego robimy. Poza tym trochę jak w grach z serii Metroid albo Castlevania należy czasem wrócić do zaliczonych już obszarów, aby wykorzystać nowe umiejętności i dotrzeć do wcześniej niedostępnych elementów.

Oczywiście Hell Yeah nie jest grą idealną. Po pierwsze nie jest to tytuł dla każdego. Przed wydaniem pieniędzy warto więc odpalić wersję demonstracyjną, zapoznać się z bohaterami i światem, który jest jakby nie patrzeć wyjątkowo specyficzny. Po drugie loadingi są bardzo długie, co irytuje. W dwuwymiarowej grze zainstalowanej na dysku twardym ładowanie plansz nie może tyle trwać. Nie przypominam sobie w ostatnich latach wielu płytowych tytułów, w których przerwy między poszczególnymi levelami trwałyby tak długo. Poza tym gra nie oferuje nam żadnego systemu zachęcającego do powrotu do zabawy po przejściu kampanii innego niż trofea. Trybu multiplayer nie stwierdzono, a minigierka polegająca na wykorzystywaniu ubitych wcześniej potworów do niewolniczej pracy na prywatnej wyspie Asha jest fajna, ale jedynie w założeniach. W rzeczywistości jest to tylko doskonały przykład zmarnowanego potencjału, ponieważ cała zabawa polega na ustalaniu za pomocą „suwaków” ilości potworów przyporządkowanych do każdego z 4 zakładów produkcyjnych, obserwowaniu ich pracy oraz zbieraniu co jakiś czas podarunków będących jej efektem. Takie „atrakcje” spotykamy na co dzień w gierkach z serwisów społecznościowych i jestem przekonany, że większość osób ma ich serdecznie dosyć.

Mimo wszystko uważam, że gra jest warta tych 47 złotych, a jeśli macie abonament PS Plus to niewybaczalnym grzechem byłoby nie dać jej szansy. Myślę wręcz, że jeśli nie odpalicie przynajmniej wersji demonstracyjnej, to Ash się wkurzy i nie spocznie, dopóki Was nie zlokalizuje i nie potraktuje swoją ukochaną piłą…