Cztery miesiące… tyle czasu upłynęło od momentu, w którym Risen 2: Dark Waters w wersji na komputery klasy PC, trafił na sklepowe półki. Najwyższy czas sprawdzić, czy dodatkowy czas, jaki ekipa Piranha Bytes otrzymała od wydawcy na doszlifowanie konsolowej wersji gry, wpłynął pozytywnie na jej ostateczną jakość. Już na wstępie trzeba przyznać, że abordaż został zakończony powodzeniem, choć zdecydowanie nie jest to tytuł dla każdego…Jeśli martwiliście się o to, że będziecie czuć się tutaj zagubieni, bo nie graliście w pierwszą odsłonę cyklu, to możecie odetchnąć z ulgą. Tytuł jest bowiem w bardzo luźny sposób powiązany ze swoim poprzednikiem, który, wbrew pierwszym zapowiedziom, nigdy nie trafił na PlayStation 3. W zasadzie, jedynie na początku możecie odczuwać pewien dyskomfort, bowiem deweloperom nie udało się porządnie wyjaśnić, dlaczego główny bohater – wysoko postawiony żołnierz – jest jednocześnie miejscowym hulaką, nader często zaglądającym do kieliszka.

Niemniej, do zmiany jego dotychczasowego trybu życia zmusza go doszczętne zniszczenie jego rodzinnego miasta – Caldery – przez tajemnicze zagrożenie z morza. Mowa o Tytanach, którzy wypowiedzieli ludziom wojnę i postanowili zniszczyć wszystko, co stanie im na drodze. Na szczęście, jest nadzieja na ich pokonanie, bo do kontrataku przystępują nie tylko tubylcy (sprawiający wrażenie dzikich), ale i działająca na tym terenie Inkwizycja. Szybko wychodzi więc na jaw, że jeśli chcemy rozprawić się ze sprawcami całego zamieszania, musimy odszukać cztery artefakty. Nie czekając więc biernie na to, aż zadanie zostanie wykonane przez kogoś innego, nasz bezimienny bohater rusza w podróż po archipelagu Arborea, by po raz kolejny uratować znany mu świat, przy okazji wykonując setki zadań zlecanych przez jego mieszkańców i poznając dziesiątki barwnych postaci, które na różne sposoby przyczynią się do wykonywanej przez niego misji.

Sposób, w jaki został wykonany sam początek rozgrywki, może nieco zdziwić osoby, które przygotowały się na zwiedzanie tej całkiem sporej piaskownicy. Dostęp do jej kolejnych fragmentów otrzymujemy bowiem wraz z postępami w fabule. Na pierwszej wyspie spędzimy więc dosłownie kilkanaście minut, by na drugiej posiedzieć znacznie dłużej, wykonując zadania zlecane nam przez piratów i Inkwizycję. Akcja rozwija się więc bardzo powoli, by dopiero na trzeciej wyspie ruszyć wreszcie z kopyta, dzięki czemu świat ostatecznie staje przed nami otworem. Otrzymujemy tu bowiem do naszej dyspozycji statek, którym, niestety, nie możemy się zbytnio nacieszyć – niemalże cała akcja gry rozgrywa się na lądzie, a żeglowanie na morzu odbywa się niejako „z automatu” – wchodzimy na pokład, wydajemy polecenie popłynięcia na konkretną wyspę, po czym czeka nas ekran wczytywania i… na tym kończy się cała zabawa. Zapomnijcie więc o epickich bitwach morskich, do jakich zdążyły nas przyzwyczaić ostatnie zwiastuny Assassin’s Creed III. Co prawda wiarygodność realiów w jakich przyszło nam działać, budują spotykani przez nas korsarze, starzy marynarze, kobiety lekkich obyczajów oferujące nam swe usługi „za drobną opłatą” czy pięknie wystrojone arystokratki, jednakże okazję do odbycia z nimi krótkiej pogawędki będziemy mieli wyłącznie na suchym skrawku ziemi. Gothicowy rodowód tej produkcji daje nam się we znaki chociażby w trakcie eksploracji.

Przede wszystkim, zginąć jest tu niezmiernie łatwo, gdyż nie uświadczymy tu żadnego level scallingu. Dlatego też, w jednym momencie dosłownie szatkujemy niemal bezbronną małpę, by chwilę później trafić na prawdziwego giganta, który kładzie nas jednym ciosem. Niemniej, pokusa odkrycia nowego oręża czy po prostu skarbów, wokół których narosła niezliczona ilość legend i tak jest zbyt silna… Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeśli w nasze ręce wpadnie jakaś mapa, wskazująca miejsce ukrycia nieprzebranych bogactw, łup naprawdę będzie wart zachodu. Cieszy również fakt, że odwiedzane przez nas miejsca są naprawdę zróżnicowane, co tylko zachęca nas do tego, by spędzić w nich jak najwięcej czasu i zbadać dosłownie każdy kąt. Szkoda jednak, że deweloperzy nie pokusili się o zaprezentowanie nam naprawdę dużych miast, a chociażby taka Antigua wydaje być malutka, nawet w porównaniu z miastem Khorinis, z drugiego Gothica

Zlecane Bezimiennemu zadania (których jest prawdziwe zatrzęsienie, zarówno jeśli chodzi o wątek główny, jak i wątki poboczne) nie są co prawda zbyt odkrywcze, bo bardzo często musimy biec na drugi koniec wyspy, by zabić konkretną osobę/potwora, tudzież odnaleźć konkretny przedmiot i wrócić po nagrodę. Niemniej, nie zostają one okraszone komentarzami w stylu „zgubiłem portmonetkę nad jeziorem, musisz ją znaleźć!”, lecz konieczność wykonania takiego questa została w naprawdę solidny sposób wyjaśniona. Czasami musimy więc zabić nękających miejscową ludność bandytów, od czasu do czasu musimy też wykazać się „gadaną” i doprowadzić do zażegnania jakiegoś konfliktu, a i zdarzy nam się również pobawić w odbijanie zakładników. Gracz odnosi więc wrażenie, że questy nie były tworzone „od szablonu”, a twórcy chcieli tchnąć w nie odrobinę głębi. Wiele z nich możemy przejść na różne sposoby, unikając niepotrzebnego rozlewu krwi, bądź po prostu zarabiając odrobinę więcej. Szkoda jednak, że nie do końca wykorzystano potencjał drzemiący w tym rozwiązaniu, przez co Bezimienny może stanąć po stronie wspomnianej wcześniej Inkwizycji,lub Indian, jednakże ostatecznie i tak zostaniemy doprowadzeni do tego samego finału. Podobać mogą się również świetnie napisane dialogi, które zostały potraktowane „z jajem”. Gnoma, który klnie jak szewc, bo języka nauczył się od piratów, nie zapomnę chyba do końca życia… Pikanterii nadaje im również fakt, iż tytuł doczekał się pełnej lokalizacji, a polscy aktorzy naprawdę wypadli rewelacyjnie. Miałem okazję usłyszeć angielską wersję językową i śmiem twierdzić, że polonizacja udała się lepiej od oryginału. Co ciekawe, znalazł się tu również jeden z najbardziej znienawidzonych przez konserwatywnych obywateli gwiazdor, czyli Nergal we własnej osobie. Wokalista zespołu Behemoth spisał się na medal i w zasadzie ani trochę nie odstaje od reszty obsady.

W trakcie zabawy przyjdzie nam stawić czoła nie tylko ludziom, czy wspomnianym wcześniej Tytanom, lecz także niezbyt klasycznemu dla gier cRPG bestiariuszowi, w którym znalazło się miejsce dla małp, dzików, czy chociażby nietoperzy gigantów. A walczyć będziemy z nimi na różne sposoby. Od broni białej, takiej jak szable i rapiery, przez broń palną, po materiały wybuchowe. Jeśli zaś planowaliście prowadzić do boju maga, musicie się przygotować, że wcielicie się w specjalistę voodoo. Bardzo fajnie, że po raz kolejny nie zdecydowano się na podział na klasy, dzięki czemu, przynajmniej w teorii, nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć sprawnie władającego szabelką maga, wspomagającego się magią ofensywną. Wszystko to pod warunkiem, że wystarczy nam punktów doświadczenia, za które rozwijamy takie umiejętności jak fechtunek, umiejętności strzelnicze, cwaniactwo (od którego zależy umiejętność przekonywania rozmówców do własnego zdania oraz korzystanie z różnych „brudnych sztuczek”), wytrzymałość oraz voodoo. Jeśli chodzi o tę ostatnią zdolność, to twórcy postanowili pozwolić nam pobawić się charakterystycznymi lalkami i różnego rodzaju berłami, które służą do osłabiania wrogów, tudzież przejmowania nad nimi kontroli. Akurat ten pomysł może wydawać się średnio trafiony, bo brakuje tu czasami klasycznych kul ognia czy przyzywania sprzymierzeńców zza światów. Ich nieobecność jednak jest usprawiedliwiona, bo nijak nie pasowałyby one do tutejszych, pirackich klimatów.

Oprócz tego, do naszej dyspozycji oddano całą gamę umiejętności specjalnych, których nauczymy się od zamieszkujących archipelag nauczycieli, w zamian za… tak, zgadliście, złoto. Sęk jednak w tym, że złota i doświadczenia jest tutaj naprawdę mało, przez co w trakcie kilku pierwszych godzin, wygrywanie pojedynków może sprawić spore trudności. Dopiero z czasem, gdy uczymy się nowych rzeczy, takich jak choćby zwyczajna, jak mogłoby się wydawać, możliwość kopnięcia w walce, pojedynki zaczynają nabierać rumieńców. Walcząc na krótkim dystansie, będziemy więc mogli skorzystać z możliwości rzucenia przeciwnikowi solą w oczy, by na chwilę uczynić go całkowicie bezbronnym. Swoją drogą… wiedzieliście, że wypuszczona w odpowiedniej chwili papuga, także potrafi narobić sporo zamieszania? Jeśli więc wydamy na naukę odpowiednią ilość gotówki i właściwie spożytkujemy zdobyte doświadczenie, nauczymy się blokowania, atakowania pięścią, parowania zadawanych przez oponentów ciosów czy przełamywania ich bloku, będziemy się naprawdę dobrze bawić, wygrywając kolejne pojedynki. Sprawę komplikuje jednak brak umiejętności odbijania obrażeń zadawanych przez zwierzęta, co prowadzi do sytuacji, w której walcząc z dzikiem, musimy przyjmować wszystkie obrażenia na klatę i modlić się, by nas w końcu nie powalił… Broń palna to już zupełnie inna para kaloszy i można nawet odnieść wrażenie, że jest ona wyraźnie faworyzowana przez twórców. Muszkiet ładuje się dosyć szybko i zadaje naprawdę duże obrażenia, zwłaszcza kiedy rozwiniemy umiejętność posługiwania się nim. Oprócz tego, w nasze ręce wpadnie również strzelba i pistolety, które stanowią raczej broń pomocniczą i, co by nie mówić, ustępują mu miejsca. Jeśli więc chcecie bawić się w miarę bezstresowo, a w późniejszej fazie rozgrywki iść przez przeciwników jak burza, możecie skupić się na rozwijaniu tej zdolności, co z pewnością będzie miało niemały wpływ na rozgrywkę.

W razie, gdyby walka wydawała Wam się zbyt trudna, pamiętajcie również o tym, że w trakcie zabawy możemy werbować towarzyszy, którzy radzą sobie naprawdę nieźle, nierzadko odciążając nas od większych kłopotów. Co więcej, sprawiają wrażenie inteligentnych, bo nie blokują się na byle krzaku i podążają za nami krok w krok. Ich obecność okaże się nieodzowna zwłaszcza w starciach ze wspomnianymi wcześniej kolosami, którzy mają głównego bohatera dosłownie „na hita”. Sterowanie zostało bardzo dobrze dostosowane do możliwości pada i nie sprawia żadnych trudności, a szybki dostęp do wcześniej wybranych przedmiotów, umożliwia okno przywoływane przyciskiem R2. Również okna ekwipunku, statystyk postaci, mapa i dziennik, zostały przystosowane do konsolowej specyfiki, przez co problemów z ich „ogarnięciem” nikt mieć nie powinien. Jeżeli chodzi o oprawę graficzną… Cóż, porównywanie konsolowej wersji gry do tej, która trafiła na komputery klasy PC, nie ma najmniejszego sensu. Jeśli więc nie miliście z nią do czynienia, szczerze trzeba przyznać, że taka jakość oprawy w zupełności wystarcza, by cieszyć się z rozgrywki. Co prawda projektom postaci przydałoby się więcej szczegółów, a i otoczenie potrafi czasami przestraszyć słabymi teksturami, jednakże koniec końców, gra wygląda po prostu nieźle. Widać tutaj wyraźny postęp w stosunku do tego, co Piranie odstawiły w przypadku pierwszego Risena na Xboxa 360, który wyglądał po prostu koszmarnie. Szkoda tylko, że gra potrafi od czasu do czasu mocno klatkować, a i przydługawe loadingi potrafią dać się we znaki.

Z całą pewnością nie można przyczepić się do ścieżki muzycznej, która co prawda niczym się nie wyróżnia na tle tego typu produkcji, ale jest po prostu klimatyczna i miła dla ucha. Risen 2: Dark Waters to dobra produkcja, która jest w stanie zapewnić około pięćdziesiąt godzin zabawy w starym, gothicowym stylu. Niemniej, jak wspomniałem na wstępie, nie jest to gra dla każdego. Jeśli nie mieliście do czynienia z poprzednią serią Piranha Bytes, z której tytuł czerpie całymi garściami, a Waszym ideałem jest Dark Souls, raczej nie macie tu czego szukać, bo archaicznych, charakterystycznych dla niemieckich RPG-ów rozwiązań, jest tu co nie miara. Jeśli jednak jesteście w stanie przymknąć oko na powolne tempo, w którym rozwija się fabuła, „tylko” dobrą oprawę graficzną oraz żmudny rozwój bohatera, wymagający sporo wysiłku, wykonywania jak największej ilości zadań i ciułania każdej sztuki złota oraz punktu doświadczenia, to zdecydowanie jest to gra dla Was. Poświęćcie jej trochę czasu, a kiedy już rozwinie skrzydła, wciągnie Was niczym bagno.