Podobnie jest z grami Suda 51, który rozpoczął z Killer 7, by kontynuować w serii No More Heroes, później zahaczyć o Shadows of the Damned i na samym końcu stworzyć w moim odczuciu najlepszy jego tytuł – Lollipop Chainsaw. Dlaczego wspominałem o kinie grozy klasy B? Bo przygody Juliet Starling to takie kino klasy B w wydaniu gier wideo. Stworzony dla wąskiego grona fanów, takim jaki chciał, żeby był ten tytuł bez kompromisów i patrzenia się na globalne trendy w grach. Zresztą Suda nigdy nie krył, że nie aspiruje do miana osoby, która tworzy wielomilionowe gry. Lollipop Chainsaw jest kwintesencją kiczu, stereotypowego spojrzenia Japończyków i całego świata na popkulturę amerykańską, zombie, które na stałe zakorzeniło się w masowej kulturze i a jakże – nabijania się z gier wideo. Z pozoru wybuchowy miks miał ogromne szanse na niepowodzenie, ale na szczęście – wszystko się zgrało i po mistrzowsku dopasowało tworząc jedną z lepszych gier tego roku. Tak, tak – nawet taki tytuł może spokojnie kandydować do miana gry roku. A, że jest kiczowaty i wyśmiewa się z branży? Cóż, nie nasza wina, że nie potrafimy śmiać się z samych siebie i wolimy biegać kosmicznymi marines i strzelać do obcych.

Napisaniem scenariusza razem z Sudą zajął się James Gunn, osoba, która odpowiada za remake Świtu Żywych Zombie z 2004 roku. Jak wyszła całość? Mimo wszystko czuć jednak bardziej rękę Japończyka, który nadał charakterystyczność swojej grze. Fabułą? Wyobraźcie sobie, że właśnie kończycie 18 lat, tak jak cheerleaderka Juliet Starling, macie spotkać się z chłopakiem przed szkołą, jednak następuje atak zombie. Zaskakujące? A skądże, Juliet jest Łowczynią Zombie, podobnie jak jej prawie cała rodzina – dwie siostry (Cordelia i Rosalinda) i ojciec. Uzbrojona w głęboki dekolt, krótką spódniczkę, pompony i ogromną piłę mechaniczną wyrusza zaprowadzić porządek w szkole. Jednak sprawa się rypła i suma summarum, chłopak Juliet - Nick zostaje głową przyczepioną do pasa bohaterki, a my musimy stawić czoła przyzwanym przez druid-gotha Swana (boże..) bossom, gdzie każdy z nich reprezentuje inny gatunek muzyczny. Mamy klasycznego punka, death metal, hippie rock, funk rock, hard rock i na samym końcu króla królów który faktycznie was rozbawi. Stereotypowe podejście do tych gatunków jest mistrzowskie na tyle, że płakałem ze śmiechu czytając kolejne opisy przeciwników. Dowiedzieć się można, że ktoś lubi torturować małe zwierzątka, a ktoś inny ma zamiłowania do środków odurzających. Scenariusz klasy B, który jest tak głupi, że aż śmieszny. Ot, grupa zombie-muzyków atakuje San Romero High School wprost ze Zgniłego Świata by przemienić Ziemię w nowy-Zgniły-Świat.

Mocarnym elementem są świetne dialogi, docinki i dyskusje prowadzone między Nickiem, któremu głos podkłada Michael Rosenbaum, a Juliet (Tara Strong). A także w późniejszych etapach słowa sensei Morikawa, jej ojciec i co ważniejsze – przeciwnicy, zarówno Ci zwykli, jaki i główni, którzy potrafią rzucić hasłem, że się poskładamy ze śmiechu. Ale najwięcej będziemy słuchać Nicka, który początkowo będzie nam doradzał i dzielił się spostrzeżeniami, ale później zacznie wątpić w sens życia jako głowa. Zresztą, taka forma wrzucenia do gry pozwoliła na mnóstwo żarcików sytuacyjnych („mam ręce pełne roboty, o nie, gdybym miał ręce! miałbym pełno roboty”). Na szczęście, gra unika chamskich żartów, epatowania spoconym i wulgarnym seksem. Niby jest dekolt blondynki, niby kusa spódniczka i żarciki ratowanych studentów („Będę się masturbował myśląc o tobie”), ale uniknięto tej chamskiej strony żartów o podtekście erotycznym. Wszystko jest na tyle subtelne, że nie czujemy się zażenowani. I zdecydowanie, kiczowata fabuła, dialogi i sposób podania to najlepsze co gra może nam zaoferować

A rozgrywka? Graliście w No More Heroes? Jeśli tak to już wiecie jak mniej więcej to wygląda. Jeśli nie to bardzo szybki samouczek – mamy lekkie ataki pomponami, które mają oszołomić zombie, mocne ataki piłą mają im ściąć głowy. Oczywiście możemy pominąć pierwszy etap i atakować po swojemu, ale wtedy szansa na Sparkle Hunting znika. Czym jest poprzedni zlepek wyrazów? Atakując więcej niż 3 przeciwników, zabijając ich dokładniej, otrzymujemy specjalnie zrobiony slow-motion, i bonus do otrzymanych zombie metali i platynowych żetonów. Im więcej zombie i mocniejsze, tym większy bonus. Normalnie także dostajemy zombie medale, ale jest ich mało i po prostu to na nas wymusza taką grę. Można też aktywować specjalny pasek tęczowego bonusu w którym od razy przy zabijaniu grupki umarlaków wskoczy nam Sparkle Hunting.

Kombinacje ciosów są różne, oczywiście podane z jajem, ale początkowo jak każda tego typu gra – musimy używać 2 ataków na krzyż. Dopiero później możemy wykupić je za zombie żetony, wtedy gra nabiera pazura. Za monety wykupujemy także rzeczy podnoszące na stałe umiejętności, a także lizaki, które odnawiają nam życie i kupony loterii, które są potrzebne do specjalnych ataków przy użyciu głowy Nicka.

Oprócz walki w tej grze... biegamy, z punktu A do punktu B by walczyć. Taka jest konstrukcja gry i konstrukcja plansz, które są korytarzowe i proste. Nastawienie gry na żyłowanie czasów i wyników to ukłon ku starej szkole gier i ja to kupuję od razu. Urozmaiceniem jest ratowanie uczniów szkoły od zombiaków, minigry, które pojawiają się w prawie każdej planszy w postaci gry rytmicznej gdy osadzamy głowę Nicka na truchle. Pojawiają się także w rozdziale, który dzieje się w salonie gier. Mamy wariację Pac Mana, Galagi i gry w której musimy windą przemieścić się w górę. Oczywiście wszystko w stylistyce retro-funku. Do tego zombie-koszykówka, zombie-baseball i jazda kombajnem po polach kukurydzy. Can't get enough!

Kurczaki, ziemniaki, kurczaki, ziemniaki. Wybaczcie, ale podśpiewywanie tego w trakcie walki z zombie kurczakiem było moim prywatnym hitem. Dlaczego o tym? Bo trzeba zaznaczyć, że różnorodność zombiaków jest mistrzowska. Są zwykli, są grubi, murzyni, gracze footballu amerykańskiego, baseballiści, farmerzy, zombie-nerdy, wściekłe kurczaki, samobójcy i latające zombie bez nóg. Ale to i tak nie wszyscy i to trzeba po prostu zobaczyć.

Niestety, gra posiada parę rzeczy, które znacząco mogą zepsuć odbiór gry. Pierwsza rzecz o której muszą wszyscy wiedzieć. Ukończenie gry zajmuje do 5 godzin na normalnym poziomie trudności. Oczywiście są wszelakie time triale i bicie rekordów w planszach, ale to nie każdego przekonam. Dwa, kamera czasami w ogóle nie nadąża za akcją i zmuszeni jesteśmy atakować na ślepo. To chyba bolączka każdego tytułu, który stawia na akcję i pozwala na dynamiczną kamerę. Niestety w tym przypadku to irytuje, a i pod spódniczkę Juliet ciężko zajrzeć. Trzy? Graficznie jest średnio. Ale tutaj trzeba rozgraniczyć dwie sprawy – styl graficzny jest świetny. Kolorowo, cukierkowo, rzyg tęczą i jednorożce, a z drugiej strony zombie, psychodela LSD gotyckie klimaty. Nie widać, że to Unreal Engine 3, stety i niestety. Uniknięto standardowego wyglądu gier na tym silniku, ale i nie wykorzystano jego możliwości i otrzymujemy średnio graficzny tytuł. Tyle dobrze, że gra jest płynna, chociaż loadingi potrafią wkurzyć.

Akira Yamaoka dostarczył kolejny świetny soundtrack. Ale nie tylko on, bo pojawił się także Jimmy Urine z zespołu Mindless Self Indulgence , który nawet wizerunkiem pasuje do tej gry. Yamaoka razem z Urine stworzył motywy przygrywające w trakcie walk z bossami, a sam Yamaoka ogarnął resztę nielicencjonowanych utworów. Z tym znanych mamy zespoły Dead or Alive, Sleigh Bells, Dragonforce, Skrillex, Children of Bodom, Atari Teenage Riot czy motyw ze sklepu – The Chordettes. Jest tego więcej, ale to już najlepiej jak sami odkryjecie, zróżnicowanie na poziomie mistrzowskim, a jazda kombajnem w rytm You Spin Me Round (Like A Record) to jedna z tych scen które zapadają w pamięć.

Jak to jest z tym tytułem, wielu może sobie zadać takie pytanie. Otrzymaliśmy wreszcie coś znacznie wyłamującego się z szyku tasiemcowych FPS-ów i dziesiątek sequeli, a nadal ludzie narzekają. Że crap, że gra głupia, do dupy i szkoda czasu. Sprawa jest prosta – to tytuł nie dla każdego, dlatego nawiązanie do horrorów klasy B na początku. One też nie są dla każdego, ale czasami warto im dać szansę, bo są lepsze niż ogromne blockbustery. I tak jest z Lollipop Chainsaw. Dajcie tej grze szansę, a się nie zawiedziecie. Jeśli nie teraz, za 200 złotych, to później, za 150 lub 120 złotych. Ale musicie w to zagrać. Parafrazując tytuł pewnego filmu – To nie jest gra dla sztywnych ludzi.