Ewolucja w serii jaka zachodziła na przestrzeni trzech tytułów pozwoliła stworzyć jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie gier konsolowych, jednego z najbardziej charyzmatycznych bohaterów i grafikę, która mimo że wiemy czego się spodziewać – powoduje opad szczęki za każdym razem gdy chciało tego Naughty Dog. Nietypowo zaczynać od zachwytów nad warstwą graficzno-techniczną tego tytułu, ale mimo tego, że wyjątkowo nie jest to rzecz najważniejsza w tej grze (o czym później), to po prostu obowiązkiem jest napisać chociaż jedno zdanie. Ale jednego nie będzie, ekipa z Santa Monica zasługuje na dużo więcej. Już przy Uncharted 2 osiągnięty został niemal szczyt graficzny i twórcy musieli znaleźć inny punkt, który można ulepszyć i jednocześnie pozwolić mu łechtać nasze gałki oczne. Kombinowano, kombinowano i padło na oświetlenie, które jest fenomenalne i najlepsze w tej generacji. Nie bójmy się tego, Naughty Dog to bogowie w swej dziedzinie. Ogromny postęp w dynamicznym oświetleniu, dopakowaniu prawie każdego efektu świetlnego, gdzie tutaj warto wręcz nadmienić o idealnie odwzorowanej „pracy” w oświetleniu zwykłych pochodni, którymi przyjdzie się nam posługiwać wielokrotnie. Zresztą ogień i piasek to elementy, które są wizytówką Oszustwa Drake'a, tak jak śnieg był wizytówką „dwójki”, a dżungla „jedynki". W momentach gdy natrafimy na płonące elementy, zapomnijcie o nich na tych zasadach jakie funkcjonowały do tej pory. Koniec ze statycznymi płomieniami, które rzadko robiły nam krzywdę, tutaj ogień żyje i trawi stopniowo kolejne elementy, jednocześnie powodując poparzenia u Drake'a. Oczywiście jak każda nowinka, zdarzą się drobne niedoróbki, ale przy tempie akcji nawet nie zdążymy na nie zwrócić uwagi.

A o tym, co zrobiono z piaskiem mógłbym pisać poematy (gdybym potrafił). Zachowuje się fenomenalnie, jako efekt cząsteczkowy lata w powietrzu, osadza się na ubraniach bohaterów, na nich samych zresztą też, więc Piaskowy Drake jest bardzo zabawnym i co ważniejsze – realistycznym widokiem. Pędzony wiatrem piasek formuje nowe wybrzuszenia terenu, suną wraz z ruchami Nathana, które pozostawiają na nim realistyczne ślady odbitych stóp. I tak, po pewnym czasie są zasypywane, więc nie ma mowy o umowności i pójściu na jakąkolwiek w tym przypadku łatwiznę. Nie możemy zapominać także o wodzie czy roślinności, które dalej prezentują się wyśmienicie, a w przypadku wody doszedł do niej element dosadnie wpływający na gameplay.

Czyli coś czym szczycili się panowie z Naughty Dog od samego początku tworzenia gry. Fizyka wody jest genialna i w iście mistrzowski sposób wpływa na zachowanie przedmiotów, zmywając je, przesuwając, realistycznie wypełniając pomieszczenia czy kołysząc statkiem, a co za tym idzie ruszając wszystkim co się na nim znajduje. Jeśli ktoś ma silną chorobę morską, powinien poprosić kogoś o przejście tego momentu w grze, gdyż może nie dać rady go ukończyć.

Ogromny nacisk został także położony na animacje głównego bohatera, a także na towarzyszących nam prawie cały czas kompanów. Nathan dostał ogrom nowych animacji względem otoczenia, czyniąc kolizje z wszelakimi murkami, kamieniami, deskami i masą innego tałajstwa jeszcze bardziej realnymi. Podobnie z przeciwnikami, którzy także zostali solidnie przykoksowani dawką animacji i naszprycowani ulepszonym silnikiem Havok, który odpowiada za kukiełkowe animacje. Z tym jednak wiąże się mały w skali tytułu problem, czasami można odnieść wrażenie, że główny bohater chciałby wykonać za dużo animacji w jednym momencie i skutkuje to tym, że  nie wykonuje żadnej, zaczynając 3 różne animacje, łącząc je w jeden, cholernie dziwaczny podryg. Na szczęście spotkać to można bardzo rzadko, a i twórcy już obiecują prace nad poprawką tego problemu. Podobnie jak nad poprawieniem drobnego lag inputa i opóźnieniu w celowaniu (likwidacja martwiej strefy celowania). Ale mniejsza o zapowiedziane poprawki, ważniejsze są jednak zaimplementowane nowości, a mamy ich jeszcze trochę z których na pierwszy plan wychodzi przemodelowana walka wręcz, która wreszcie ma sens! Zostało dodane możliwość chwycenia i duszenia przeciwnika, rzucani nim w danym kierunku, a także idąc w stronę najnowszego Batmana – walki w grupkach i możliwości kontrowania ataków w trakcie obijania gęby przeciwnika. Ponadto ogromna interaktywność jaka zachodzi w trakcie bijatyk, to coś, wobec czego ciężko przejść obojętnie. Można kogoś zrzucić z klifu, ubić go rybą, rozwalić dzban na nim, jego głowę o stolik i kant muru, możemy zeskoczyć z wysoka nokautując przeciwnika, sprzedać mu buta w twarz szybko nokautując...mógłbym tak w nieskończoność, ale recenzja byłaby zdecydowanie za długa.

I gdy zbierzemy te wszystkie nowinki w jedną, wielką masę, otrzymamy efekt „WOW”, który po raz pierwszy towarzyszył mi w Uncharted: Drake's Fortune po wejściu na klif przy łodzi podwodnej i spojrzenie na horyzont. Tutaj takich momentów mamy zatrzęsienie, wystarczy, że dotrzemy do Jemenu, a później na pustynię Ar-Rab al-Chali wokół której kręci się cała historia. Zresztą, prawie każda lokacja powoduje zachwyty z różnorakich powodów, osoby które grały, przyznają mi rację gdy wspomnę o statku. Mnie zachwycił sam początek Jemenu, poziom przywiązania do detali, ilość elementów i coś o czym nie chcę mówić w recenzji, ale zostało to zrealizowane wyśmienicie i bardzo dobrze odwzorowane. Jeżeli ktoś ma obawy, że przemierzymy jedyne piaszczyste tereny, to niech się uspokoi – początek gry jest jak z filmów Guya Ritchie. Deszczowy, brudny Londyn, który może wydać się mało ciekawy, jednak to tylko złudne, pierwsze wrażenie. Dżunglę także dostaniemy, nie ma się co martwić, jak rzekł Sully: Nathan nawet we Francji potrafi znaleźć nieprzebytą dżunglę. I właśnie ta lokacja jest nawiązaniem do pierwszej części gry i została tak dopieszczona, że człowiek stoi i zastanawia się jak to jest możliwe do zrobienia.

Jednak techniczne zachwyty to jedno, a grywalność i historia to drugie. Bez współgrania tych elementów, Uncharted nie zaszło by tam gdzie aktualnie jest. I podstawy gry pozostały dalej te same, jest i strzelanie i zagadki, jednak zapomnijcie o szerzonej bzdurze, która informuje, że w Uncharted 3 jest za dużo strzelania. Strzelamy dużo mniej niż w poprzedniczce, gdzie po pierwszych 10 rozdziałach wybiliśmy chyba małe, bałkańskie państewko. Tutaj jest to dużo, dużo bardziej wyważone. Owszem, są sekwencje gdzie prujemy ostro ołowiem, ale co robić gdy mamy na głowie całą organizację Marlowe. Szachami ich nie pokonamy, a musimy pamiętać, że Uncharted od samego początku było tworzone jako przygodowa gra akcji, nie jako klon Tomb Raidera w którym mieliśmy przestawiać wajchy i oglądać płytki na grobowcach. Samych zagadek mamy dużo, dużo więcej niż w Uncharted 2 i są dużo lepiej zrobione, bo o ile w poprzedniej części by je rozwiązać wystarczyło otworzyć notatnik Drake'a, to tutaj taki ruch da nam jedynie wskazówki do wykonania zadania. Nie przesadzono jednak z poziomem trudności, a i znalazło się coś dla myślących inaczej – wystarczy przez parę minut mieć otwarty notatnik na danej podpowiedz i gra zapyta nas, czy pokazać rozwiązanie. Towarzysze także nam pomagają wygłaszając komentarze, przechadzając się po lokacjach i szukając jakichś podpowiedzi.

I w tym miejscu pozwolę przejść sobie do zachwytów nad polską wersją językową. Przy Battlefield 3 byłem zadowolony tym co zostało osiągnięte i zastanawiałem się jak wypadnie na tym polu Uncharted 3: Oszustwo Drake'a i teraz już wiem, że to najlepsza polska wersja gry na konsole. Jarosław Boberek wzniósł się chyba na wyżyny swoich umiejętności dubbingowych, Krystyna Janda jako Catherine Marlowe wypadła fenomenalnie i brzmiała bardzo przekonywająco. Andrzej Blumenfeld jako Sully, Izabella Bukowska jako Elena i Anna Gajewska jako Chloe wypadają równie dobrze jak ostatnim razem. Przetłumaczono gry słowne, dopasowano do naszego kraju wszelakie zabawy tekstem, dorzucono coś od siebie i pozwoliło to na wykonanie najlepszego dubbingu. Nic tylko pogratulować Sony.

Jednak najważniejsze w tej części nie jest to gdzie Nate skacze, czym i jak strzela, ale jego historia, rys psychologiczny i relacje ze swoimi przyjaciółmi. Dowiemy się nader interesujących informacji z dzieciństwa Drake'a, poruszony zostanie wątek oddanej (czyżby?) jego przyjaźni z Sullym. Pojawi się także wątek miłości Nathana i Eleny, który jednak nie został wyjaśniony tak jakbym się spodziewał i więcej tutaj pozostaje do własnej interpretacji. Jednak sama historia jest dużo bardziej poważna, dorosła, pokazująca jak można manipulować ludźmi i jaki jest naprawdę nasz główny bohater. Jest to pod tym względem najlepsza część trylogii i wspaniałe jej zwieńczenie na PlayStation 3. Zakończenie może pozostawiać lekki niedosyt, a w pewnych momentach możemy mieć wrażenie, że brakuje jakiejś nitki łączącej niektórych bohaterów, ale śmiem sądzić, że to raczej zabieg celowy z odpuszczeniem Chloe i Eleny przez większą część gry, bo to przecież jest koniec pewnej historii Drake'a, która ciągnie się za nim ponad 20 lat.

Jeżeli komuś 8-śmio godzinny singiel nie wystarcza (a można grać i dłużej i krócej, zależy czy ktoś zbiera skarby), to dodatkowo otrzymujemy tryb kooperacji i całkiem zjadliwy tryb wieloosobowy. Kooperacja na jednej konsoli wypada tak sobie, rumieńców za to nabiera w sieci, gdzie do dyspozycji mamy cały, nie fragment ekranu. Misje mamy inne niż te z trybu kampanii, jednak oparte na tych samych lokacjach. Jeżeli ktoś grał w tym trybie podczas Uncharted 2, to wie, z czym jeść ten kawałek ciasta. O trybie multi w tym przypadku, gry typowo nastawionej na single'a mógłbym nie mówić za dużo. Jednak Naughty Dog pokusiło się o parę zmian, in plus. Zostały dodane medale, które dostajemy za poszczególne akcje, skarby, które zbieramy z zabitych przeciwników. Poprawie uległo sterowanie i reakcja sterowanych przez nas zawodników. Jednak wiadomo, że w dobie gier nastawionych na multi, to z Uncharted 3: Oszustwo Drake'a będzie traktowane jako ciekawostkę, jednak swoją szeroką rzeszę zwolenników już znalazło. I jestem pewien, że serwery będą jeszcze bardzo długo otwarte dla chętnych do gry graczy. Więc jakie jest to Uncharted 3: Oszustwo Drake'a? Odpowiedź jest jedna – fenomenalne. Najlepsze, najpiękniejsze, najbardziej zaawansowane technicznie, najbardziej widowiskowe, filmowe. Wybierzcie sobie jedno określenie, każde z nich pasuje jak ulał. Jeżeli myślicie, że czytając, oglądając filmiki na YouTube będziecie w stanie oceniać grę – mylicie się okropnie. Dopóki nie zagracie, nie możecie się wypowiadać na temat jakości tego tytułu. Ostre to słowa, wiem, ale w przypadku tej gry w nią trzeba po prostu zagrać i przeżyć ją na własnej skórze i emocjach. Naughty Dog, dziękuję wam, udajcie się na zasłużony urlop i czekam na wasze gry na PS4.