Traktowała także o tematyce bardzo rzadko do czasów pamiętnego Gun oraz znanego wszystkim Red Dead Redemption poruszanej. A dziś? Nie bójmy się powiedzieć, że Call of Juarez: The Cartel wydaje się być tylko cieniem jakości poprzednich odsłon serii. Nie brońmy tego tytułu na siłę, bo pochodzi z Polski. Nie patrzmy ślepo w stronę Techlandu. Niestety. Muszę to wyznać już teraz. To gra dużo słabsza, niż oczekiwaliśmy...

Mówiąc "nie ma już Dzikiego Zachodu" miałem na myśli fakt, że w Call of Juarez: The Cartel wcielamy się w rolę przedstawicieli prawa mających na celu powstrzymanie kartelu narkotykowego przejmującego władzę w całym Meksyku w... czasach nowożytnych. Nie są to jednak zwykli obrońcy sprawiedliwości pokroju policjantów czy "nowoczesnych Paladynów", a specjalnie wyszkolona "trójka wspaniałych agentów". I koniec. To wszystko. Jeżeli oczekiwaliście ciekawej historii, takiej jak chociażby w Call of Juarez: Więzy Krwi, to niestety, ale musimy Was rozczarować. W The Cartel chodzi bowiem wyłącznie o "pif-paf", "bum-bum" oraz okazjonalne żarciki jednego z trójki głównych bohaterów.

Trójki? Ano trójki, bo i mowa przecież o "trójce wspaniałych". Ben McCall to cyniczny "madafaka" z departamentu policyjnego w Los Angeles noszący charakterystyczny kowbojski kapelusz i co rusz rzucający jakieś tanie do bólu żarty (tanie na plus!). Eddie to z kolei miłośnik szybkostrzelnych karabinów. Jest jeszcze dziewczyna, wygląda jak popularna amerykańska aktorka, a w rzeczywistości mająca na imię Kim Evans, która pojawia się na miejscu z ramienia popularnego FBI. W ogóle nie wspominałbym o tych postaciach, bo są mało ciekawe i absolutnie "puste", gdyby nie jeden bardzo konkretny szczegół. Możemy wybrać którą z nich chcemy grać. Niby nic takiego, prawda? Błąd. Wybór konkretnej persony oznacza nie tylko różne zadania poboczne dzięki którym zdobędziemy większe ilości specjalnych punktów i szybciej awansujemy na kolejne poziomy doświadczenia, ale również odmienne zakończenia przygody z The Cartel. Fajna sprawa, raczej rzadko spotykana w FPS-ach.

Jest więc po co grać, nie tylko samotnie, ale również i w kooperacji. Jeżeli nie mamy znajomych, równie dobrze zadania kompana może przejąć Sztuczna Inteligencja. Z drugiej strony, owe questy nie zawsze są legalne. Częstokroć otrzymamy możliwość zrobienia "brudnego interesu" na boku. W takich momentach trzeba uważać, by żaden z towarzyszących nam kompanów nie przyuważył nas na "gorącym uczynku". W przeciwnym wypadku bonus punktowy przejęty zostanie przez tego, który zdekonspiruje nasze działania. I już pal licho to, że Sztuczna Inteligencja przeciwników jest częstokroć tak idiotyczna, że zamiast wykonywać swoje zadanie poboczne (wiecie, każdy z bohaterów otrzymuje tutaj swoje, nawet jeżeli gramy w pojedynkę) nieustannie patrzy nam na ręce, jakbyśmy byli o cokolwiek podejrzani, częstokroć praktycznie uniemożliwiając nam wypełnienie "nielegalnego" zadania, a przy okazji nie wypełniając swojego. Byłbym w stanie to zrozumieć, gdyby nie kilka naprawdę poważnych wad najnowszej produkcji Techlandu, które pozwalają wierzyć, że tym razem Call of Juarez, przy startowej cenie rzędu 129 PLN, faktycznie jest produktem budżetowym.

Biorąc pod uwagę fakt, jak technicznie prezentują się najnowsze FPS-y i jak kolosalna jest w tym gatunku konkurencja na rynku, nie można na The Cartel patrzeć więcej, niż średnio przychylnym okiem. Sztuczna inteligencja przeciwników nie wypada zbyt pozytywnie tym bardziej, że przeciwnicy bardzo rzadko korzystają z osłon, obok których stoją. Całość wydaje się być raczej mało dynamiczna, sztuczna, plastikowa i niedostosowana do dzisiejszych standardów. Szkodzi to tym bardziej w momentach, w których rozpoczyna się wymiana ognia pośród cywili, których nie można trafić kulą, bo i misja zostanie przerwana. Co to za wyzwanie, skoro przeciwnicy się za nimi nie chowają? Ten element aż prosiłby się o rozbudowanie..

Co jest zaskakujące w The Cartel, to na pewno różnorodność. W jednej z misji zmuszeni jesteśmy do podróżowania "z buta", wycięcia w pień ogromnego zastępu wysłanników kartelu, by później wsiąść w samochód i razem z drużyną wybrać się na rajdową wycieczkę po terenach nowoczesnego Dzikiego Zachodu. A zwiedzać jest naprawdę co! Pojeździmy po klasycznych dla westernów pustkowiach, zobaczymy raczej średnio zaprojektowany kanion, wstąpimy do prawie-że-klasycznego "Saloonu", pooglądamy tańczące na rurach dziewczyny, zobaczymy doki Los Angeles, w których od zawsze panuje złowroga aura, a City of Juarez, prezentujące się jak klasyczne miasteczko położone "gdzieś daleko w Meksyku" momentami pokaże nam, czym tak naprawdę jest trzeci świat. Oczywiście w każdym z tych miejsc czyhać będą na nas zastępy bliźniaczo podobnych do siebie i podobnie głupich oponentów, ale po jakichś dwóch godzinach rozgrywki można się już do tego przyzwyczaić.

Mówiłem o pościgach, prawda? Cóż, te są jednymi z najlepszych elementów Call of Juarez: The Cartel. Dynamiczne, szybkie, mogą być rozgrywane także w kooperacji, a gracz odpowiedzialny za sterowanie pojazdem musi nieustannie uważać, by przy naprawdę ogromnej prędkości do niczego nie dobić, lub by nie zostać zepchniętym przez samochody Meksykanów. Pozostała dwójka, bez względu na to czy to żywi gracze czy SI, mają wtedy z kolei za zadanie wychylanie się z okien i szycie ołowiem w goniących nas oponentów. Całość jest bardzo efektowna i gdybym tylko mógł wybrać, czy chciałbym w kolejnej części właśnie takiego "wyścigowego" Call of Juarez, odpowiedziałbym, że jak najbardziej.

Niestety, nie jest to żaden komplement dla The Cartel. Strzela się tu bowiem plastikowo, bronie mają słabe udźwiękowienie, raczej trudno uświadczyć cokolwiek pokroju "odrzutu", a całość wygląda tak, jakby producenci z Techlandu "na szybko" chcieli stworzyć grę, która na fali popularności marki zarobiła trochę milionów dolarów, by wspomóc produkowane już od dłuższego czasu Dead Island. Bronieto oczywiście klasyka. Jest AK-47, kilka nowoczesnych karabinów oraz pistoletów, ale i tak ostatecznie większość z Was będzie grała siejącym spustoszenie w szeregach wroga Desert Eagle, którym zabija się bardzo przyjemnie (o ile w ogóle ta czynność może dawać komukolwiek radość). Gdy z kolei włączymy tryb "Koncentracji", znany zresztą z poprzednich odsłon serii, raczeni jesteśmy najbardziej klasycznym w formie spowolnieniem czasu wymieszanym z zaznaczeniem na ekranie pozycji wrogów poprzez ich podświetlenie. Zamieniamy się wtedy w maszynkę do zabijania, a pasek bullet-time ładujemy poprzez... zabijanie kolejnych wrogów. Tak więc koło bardzo szybko się zamyka. Ale wiecie co? To już koniec ciekawostek. Serio.

Oczywiście, nie łudziliśmy się, że multiplayer w The Cartel pobije kanoniczne Call of Duty czy też Battlefielda, bo i każdy FPS musi być porównywany do najlepszych w gatunku, ale ostatecznie nie jest tak źle, jak wydawało nam się na początku zabawy. Otrzymujemy 18 raczej średnio różniących się między sobą założeniami map, wśród których każda pomieści do 12 graczy jednocześnie. Opowiadamy się po stronie "dobra" lub "zła" czyli klasycznych "policjantów lub złodziei", odpalamy jeden z kilku klasycznych trybów, pośród których dominuje Deathmatch, Team Deathmatch oraz tryb polegający na kradzieży różnego rodzaju przedmiotów lub zajmowania i utrzymywania terenu należącego do przeciwnika i... gramy, zdobywając kolejne poziomy doświadczenia i odblokowując kolejne pukawki. Tak po prostu. Maksymalnie przez kilka godzin, by później wrócić do naszych ulubionych shooterów, które oferują dużo więcej w dużo lepszej oprawie i ze zdecydowanie lepszym smakiem.

Cokolwiek nie mówić o The Cartel, nie można przyznać bez dyskusji, że to brzydka gra. Piękna również nie jest, to fakt, ale z pewnością nie prezentuje się jak "gry wydana w dniu premiery PlayStation 3", jak zwykli niedorzecznie opiniować ją ludzie, którzy nawet nie zagrali. Okazuje się być po prostu bardzo nierówna. Z jednej strony niektóre lokacje potrafią zabić nas swoim klimatem oraz szczegółowością, byśmy po chwili trafili do miejsca, które tworzone było przez producentów na szybko, metodą "kopiuj i wklej". Niektóre bronie prezentują się naprawdę w porządku, inne z kolei wyglądają jak niedokończone modele z wersji "Pre-Alpha". Jasne, odrobinę przesadzam, ale po tym jak zobaczyłem blask zachodzącego słońca w Crysis 2 lub Killzone 3, to samo słoneczko w The Cartel nie robi już na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Są setki przeciętnych FPS-ów wyglądających jak produkcja Techlandu. Dziwi to tym bardziej, że Call of Juarez od zawsze w dniu swojej premiery prezentowało bardzo wysoki poziom oprawy graficznej. Nie było może wyznacznikiem jakości technicznej, ale od zawsze trzymało się w czołówce. Aż do teraz. Dobrze, że przynajmniej przy zalewie przeciętności technicznej nic nie zwalnia ani nie zacina, dzięki czemu można grać niezwykle komfortowo. Oprawa dźwiękowa w Call of Juarez: The Cartel także jest bardzo nierówna (ile razy użyłem już tego słowa?), jednak ze wskazaniem na duży plus. Z jednej strony muzyka zaserwowana w grze naprawdę może się podobać i wpaść w ucho, z drugiej z kolei... odgłosy broni brzmią bardzo, bardzo źle. Głosy postaci i ogólnie dubbing w tytule również przeprowadzone zostały wzorowo, a kinowa polonizacja również nie ustępuje jej na krok, co bardzo ucieszy graczy raczej słabo znających język angielski.

Krytycy mówią, że w The Cartel trzeba grać w kooperacji. Ja powiem, że nie robi mi to żadnej różnicy, bowiem przeciwnicy są tak samo głupi i zachowują się wręcz idiotycznie. Oprawa graficzna już nie robi wrażenia, całość wyraźnie się zestarzała. Fajnie, że w The Cartel mamy trzy różne zakończenia oraz trzy różne zbiory zadań pobocznych dla każdej z postaci, ale problem z produkcją Techlandu jest taki, że po jednokrotnym ukończeniu gry absolutnie nie mam ochoty podchodzić do niej ponownie. Polacy próbowali wykreować klimat nowoczesnego Dzikiego Zachodu wymieszany z kultowym w pewnych kręgach Strażnikiem Teksasu. Wyszło niestety przeciętnie, co tłumaczyć może również cena, która w dniu premiery oscyluje wokół granicy 129-139 PLN, i to w wersjach na obie wiodące konsolowe platformy, co jest bardzo solidnym argumentem przemawiającym "za" zakupem produkcji Techland. Powiem wprost. Gdyby The Cartel kosztowało pełną cenę, zdecydowanie odradzałbym Wam zakup. Za stówę możecie się zastanowić, ale nie oczekujcie fajerwerków. To po prostu średnio-dobra gra...