Przedpremierowe materiały zdawały się jednoznacznie wskazywać, że będziemy mieć do czynienia z nowym, niekwestionowanym królem racerów. Czy tak jest w istocie? Najwyższa pora, by się o tym przekonać...

Podobnie jak w przypadku poprzedniej części, zabawę z Unleashed rozpoczynamy od przejechania dwóch testowych wyścigów, w trakcie których gra stara się dopasować do naszych umiejętności ustawienia modelu jazdy i poziomu trudności. Po ich ukończeniu i wybraniu jednej z kilku dostępnych furek, początkujący kierowca zostaje rzucony na głębokie wody trybu kariery, składającego się z kilkunastu turniejów, którego uwieńczeniem są zawody FIA GT1. Ci z Was, którzy w tym momencie doszli do wniosku, że w natłoku trybów gry i wyścigów do rozegrania z łatwością można się pogubić, z otwartymi rękoma przywitają Vaughna Gittina Jr’a, który przy pomocy serii „filmów instruktażowych”, stara się przeprowadzić gracza przez nieskomplikowane zasady gry (skojarzenia z Kenem Blockem z DiRT 2 jak najbardziej na miejscu).

Już w trakcie pierwszego wyścigu można zauważyć, że oprawa graficzna niemal wcale nie zmieniła się od czasów pierwszego SHIFTA. Prezentowane przed premierą zwiastuny i screenshoty nijak mają się do tego, co otrzymaliśmy w finalnym produkcie. Owszem, samochody zostały odwzorowane z dbałością o najdrobniejsze detale, a odbicia na karoserii i szybach potrafią zachwycić, ale już otoczenie (pomijając świetnie wykonany asfalt) kłuje w oczy nieostrymi teksturami i niemal wszędobylskim aliasingiem. Skoro zacząłem od narzekania, wspomnę również o trybie Head Cam, czyli szumnie zapowiadanej kamerze z kasku, mającej zapewnić identyfikację gracza z osobą kierowcy na niesamowitym wręcz poziomie. W zasadzie wszystko byłoby cacy, gdyby nie niekontrolowane ruchy głową wykonywane przez naszego podopiecznego, które potrafią mocno zdezorientować już na pierwszych zakrętach. To właśnie dlatego, po kilku nieudanych próbach, przełączyłem się na standardowy widok ze środka samochodu, który zapewnia o niebo lepsze doznania.

W porządku, na co miałem narzekać, ponarzekałem, toteż nadszedł czas na zaprezentowanie tego, co tygryski lubią najbardziej. Model jazdy i możliwości ustawienia go pod własne preferencje, powinny zadowolić zarówno mistrzów kierownicy jak i kompletnych laików. Najtwardsi z twardych, zapewne już na starcie powyłączają wszystko co tylko możliwe, wytrwale walcząc z nadsterownymi, tylnio napędowymi potworami, których okiełznanie przysporzy im sporo nerwów. Reszta natomiast, powinna zdecydować się na jedno ze standardowych ustawień, ochrzczone mianem „Profesjonalista”, które dzięki lekkiej kontroli trakcji i włączonemu ABS-owi, okazuje się nieodzowne szczególnie wtedy, gdy gramy na DualShocku. Pozostałe wynalazki takie jak wspomaganie skręcania czy asysta hamowania, przeznaczone są tylko i wyłącznie dla osób, dla których  słowo „kierownica” oznacza bliżej nieokreślony przedmiot w kształcie koła, a zwroty takie jak „lewarek” czy „zmiana biegów” przywodzą na myśl odrzutowce lub promy kosmiczne. Warto przy tym pamiętać, że model jazdy dopuszcza takie sytuacje jak dachowanie, które cieszą oko dziesiątkami części odpadających od samochodów. Inna sprawa, że w trakcie samego wyścigu trzeba naprawdę sporo się natrudzić, by zmusić iście pancerną blachę do choćby drobnego ugięcia.

Samo ściganie się to absolutna poezja, a zróżnicowane tryby gry sprawiają, że nawet po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z tym tytułem, na nudę nie sposób narzekać. Przede wszystkim, ogromna liczba tras sprawia, że scenerie zmieniają się jak w kalejdoskopie, fundując graczom prawdziwą „podróż dookoła świata”. W jednym momencie ścigamy się między potężnymi kontenerami w Tokio, zaraz potem lądujemy w skąpanym w promieniach zachodzącego słońca Miami, by chwilę później zawitać do chłodnego Londynu, a po kilku minutach trafić na Nurburgring Nordschleife. Dodatkowo, w SHIFT 2: Unleashed pościgamy się również w nocy. Ryk kilkuset-konnego monstrum, podczas gdy otaczają nas całkowite ciemności i dosyć inteligentni przeciwnicy, potrafi przyprawić o gęsią skórkę. Inna sprawa, że jazda po zmroku, kiedy widoczność ogranicza się do kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu metrów, nie należy do bezpiecznych. Łatwo tu o wypadnięcie z trasy czy przeoczenie ostrego zakrętu, by z hukiem rozbić się na bandzie, której, jak mogłoby się wydawać, na poprzednim okrążeniu tutaj nie było. W takich momentach, z pomocą przychodzą nasi oponenci, których światła nieraz uratują nam skórę, ostrzegając o konieczności gwałtownego hamowania czy zachowania szczególnej ostrożności.

Ze wszystkich do bólu standardowych trybów jakie znalazły się w Unleashed, na osobny akapit zasługuje niezwykle interesująco zrealizowany Drift, polegający na jak najbardziej efektownym przejeżdżaniu zakrętów, gdzie najwięcej punktów otrzymujemy za omijanie przeszkód niemal na grubość lakieru. Mimo, że pierwsze wrażenie jakie na mnie wywarł było raczej mizerne (pojazdy są diabelnie nadsterowne, lekkie dodanie gazu owocuje nieprzyjemnym „bączkiem” lub uderzeniem w bandę), z czasem zacząłem dochodzić do wniosku, że sukces będzie w stanie mi zapewnić tylko i wyłącznie anielska cierpliwość, połączona z godzinami praktyki i wyczuciem samochodu. Oprócz niego, w grze znalazło się miejsce na rozmaite próby czasowe, w których położymy ręce na kierownicach wypożyczonych nam samochodów czy wyścigi, w których gracz zmierzy się z kilkunastoma oponentami jednocześnie.

Tym, co wyróżnia ostatnie gry z serii Need for Speed na tle innych ścigałek jest Autolog, umożliwiający nam pochwalenie się przyjaciołom swoimi wynikami, udostępnianie im cykniętych wcześniej fotek czy wyzywanie ich na pojedynki. Całość działa dokładnie tak samo jak w Hot Pursuit, toteż kiedy otrzymujemy informację, że jakiś użytkownik pobił nasz wypracowany w pocie czoła czas o kilka sekund, możemy natychmiast przenieść się na stosowną trasę, by podjąć próbę zdetronizowania go z pozycji „króla”, opatrując wysłaną mu później wiadomość wielce wymownym hasłem „Noob”.

Jak już wspomniałem, Sztuczna Inteligencja rywali stoi na dość wysokim poziomie – nikt nie uderza nam już w plecy, kiedy usiłujemy zwolnić przed zakrętem, a wszelkie przepychanki na torze, przywodzące na myśl gry z serii Burnout, nie mają tu już miejsca. Po części, jest to także zasługa wyeliminowania durnych wytycznych otrzymywanych przed każdym startem w poprzedniej części serii, wśród których można było znaleźć takie perełki jak „Wyprzedź trzech przeciwników, spychając ich z toru”. Ich miejsce zajęły o wiele sensowniejsze polecenia, nakazujące graczowi pobicie konkretnego czasu, pozostanie na pierwszym miejscu przez całe okrążenie czy przejechanie wyścigu bez żadnej kraksy. Za niemal każdą naszą aktywność na torze, podobnie jak w poprzedniej części, otrzymujemy punkty doświadczenia, a po zdobyciu odpowiedniej ich ilości awansujemy na kolejne poziomy, otrzymując w ten sposób nowe samochody, elementy do tuningu zarówno wizualnego jak i mechanicznego, a przede wszystkim – dostęp do kolejnych wyścigów.

Samochody możemy ulepszać na trzy sposoby. Pierwszym, jest tuning wizualny, pozwalający na dostosowanie wyglądu maszyny do własnych preferencji. Liczba naklejek czy lakierów, którymi możemy pokryć nasze cztery kółka jest iście przytłaczająca, sprawiając, że osoby o skłonnościach pedantycznych, spędzą w garażu naprawdę sporo czasu, dzierżąc w ręku wirtualny pistolet lakierniczy i plik naklejek z logotypami producentów sprzętu. Reszta zdecyduje się na wybranie jednego z kilkunastu całkiem nieźle prezentujących się stylów. Po drugie i najważniejsze, pojazdy poddamy również tuningowi mechanicznemu, kupując nowe części do serca naszej „fury”, zmieniając elementy zawieszenia czy układu kierowniczego. Niestety, możliwość przekładki silnika (na którą niesłychanie się napaliłem), ogranicza się tylko i wyłącznie do klepnięcia odpowiedniej opcji, toteż moje plany stworzenia Nissana 200SX S13 z silnikiem ze Skyline’a R34 legły tym samym w gruzach. Po trzecie, na prawdziwych miłośników motoryzacji, którym niestraszne są niuanse zaawansowanej mechaniki, czeka cała masa ustawień, suwaków i opcji do sprawdzenia, do których laicy raczej nie powinni zaglądać. Jako, że do zabawy w mechanika potrzebujemy pojazdu, warto powiedzieć co nieco o kilkudziesięciu samochodach, jakie twórcy przekazują w nasze ręce. Zaczynamy skromnie, mając do wyboru auta pokroju Audi A3 czy Golfa GTI. Kiedy jednak zaczniemy piąć się po szczeblach kariery, coraz częściej będziemy zasiadać za kierownicami takich fur jak Audi R8, McLaren F1, Porsche GT3 czy Aston Martin DB9, by skończyć jako kierowca Lamborghini Reventon lub Pagani Huayra. Na koniec, wspomnę o niemal perfekcyjnej warstwie dźwiękowej. Udźwiękowienie Unleashed to istny majstersztyk i mam tu na myśli zarówno odgłosy wydawane przez prowadzone przez nas samochody (na szczególną uwagę zasługuje przenikliwy, gardłowy ryk charakteryzujący potężne V-ósemki) jak i doskonały soundtrack. Przyczepić mogę się jedynie do tego, że dźwięk niektórych pojazdów (z Zondą na czele) jest mocno przesterowany, czego powodem był zapewne wysoki hałas przez nie wydawany (czyżby mikrofony były zbyt czułe?). Na terenie naszego kraju, gra została wydana w kinowej, polskiej wersji językowej. Do jakości polonizacji nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Tłumacze wywiązali się ze swojego zadania co najmniej bardzo dobrze, bowiem w trakcie długich godzin spędzonych z tym tytułem, nie udało mi się zauważyć żadnych błędów czy literówek. Tak trzymać!

Co mogę napisać w podsumowaniu? Czy SHIFT 2: Unleashed to produkt z najwyższej półki, godny wydania blisko dwustu złotych? Tak. I nie. Wciąż odnoszę bowiem wrażenie, że mam do czynienia z usprawnioną częścią pierwszą, a nie z pełnoprawną kontynuacją. Identyczna oprawa graficzna, podobny model jazdy, bardzo podobna otoczka towarzysząca wyścigom. Niby wszystko jest na swoim miejscu, jednak ciągle czegoś mi tutaj brakuje. Niemniej jednak, od początku do końca produkcja jest niesamowicie grywalna, dając masę radochy każdemu, kto zdecyduje się na jej zakup, zapewniając przy tym wiele godzin fascynującej zabawy. Jeśli dołączyć do tego niezły tryb multiplayer i Autolog, znacznie przedłużające jego żywot, śmiało mogę stwierdzić, że każdy, kto choćby odrobinę interesuje się motoryzacją i poszukuje świetnego racera, jak najbardziej powinien rozważyć dołączenie tego tytułu do swojej kolekcji.