Mimo wszystko przesz przed siebie, mając świadomość tego, że do mety pozostało jedynie kilkaset metrów. Bum. Nie udało się. Uderzasz we fragment ściany, którego zadaniem było doprowadzenie Cię do szewskiej pasji. Kiedy zostajesz postawiony na nogi, wiesz już, że na wygraną nie masz nawet co liczyć – wyprzedziło Cię bowiem trzech rywali, a Ty spadłeś z pierwszego miejsca na czwarte. Dojeżdżasz więc do mety i próbujesz ponownie. Wiesz już o czym mowa? Tak. To Motorstorm. I to nie byle jaki. To APOKALIPSA!

Kalifornijskie The City było miastem jakich wiele, nie wyróżniającym się niczym szczególnym spośród innych amerykańskich aglomeracji. Dlatego też nie jest mi znany powód, dla którego właśnie to miejsce, Matka Natura obrała za cel swojego kolejnego ataku. Gracz trafia tam w momencie, w którym region zaczyna popadać w całkowitą ruinę – walą się wieżowce, osuwa się ziemia, ulice zalewa woda, a dookoła szaleją trąby powietrzne. Jako, że pomysłowość ludzka nie zna granic, znaleźli się ludzie, którzy wpadli na prawdziwie szatański pomysł – zorganizowali tam 48-godzinny, wyścigowy turniej, którego celem jest wyłonienie niekwestionowanego mistrza kierownicy. Jesteś zainteresowany wzięciem udziału w tym chorym spektaklu? Skoro czytasz te słowa, wygląda na to, że przeszło Ci to już przez myśl. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przedstawić Ci głównych bohaterów nowego Motorstorma. Każdemu z nich przyświeca ten sam cel – dotrwanie do końca w jednym kawałku, mając na koncie kilkadziesiąt zwycięstw, co zaowocuje otrzymaniem głównej nagrody. Zaczynasz jako Mash – żółtodziób z potencjałem, nieposiadający zbyt wielkiego doświadczenia w wyścigach. Tyler z kolei, to zupełnie inna bajka – uważany za profesjonalistę, doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich robiących wrażenie umiejętności. A Big Dog… przyjemność samodzielnego odkrycia tego, kto kryje się za tą niepozorną ksywą, pozostawiam Wam. Każda z postaci posiada własny wątek, który w jakiś sposób wpasowuje się w oś fabularną gry. Tak, Evolution Studios postanowili wprowadzić do rozgrywki odrobinę urozmaicenia, serwując nam prostą historyjkę, którą poznajemy poprzez świetnie zrealizowane, animowane scenki filmowe. Główny tryb gry to tak zwany Festiwal, w którym po kolei przejmujemy kontrolę nad każdą z dostępnych postaci. Warto nadmienić, że w przeciwieństwie do Pacific Rift, by zakwalifikować się do następnego wyścigu, wystarczy spełnić wcześniej określone wymogi, np. dotrzeć do mety na trzecim miejscu.

Wciąż tu jesteś? To oznacza, że jesteś co najmniej tak samo szalony jak ja. W tym momencie muszę Cię więc uprzedzić o tym, że droga do zwycięstwa jest długa i niesamowicie wyboista. Nie masz tu bowiem do czynienia ze zwykłym turniejem. Apokalipsa to prawdziwa wojna, w której ścierające się ze sobą siły są bardzo, ale to bardzo nierówne. Przystępując do rywalizacji, będziesz zmuszony zmierzyć się oko w oko z trzema rodzajami przeciwników. Każdy z nich, stanowi dla Ciebie realne zagrożenie, a jego pokonanie nie należy do prostych zadań. Ot, pierwszy przykład – twoi rywale. Diabelnie sprytni, szybcy, wściekli i cholernie niebezpieczni. Skurczybyki ciągle kombinują, w jaki sposób wykurzyć Cię z wyścigu – a to spychają Cię na wystające z pobocza druty zbrojeniowe, a to próbują całkowicie wyrzucić Cię z trasy… Słowem – nie przebierają w środkach, byle tylko wyeliminować Cię z gry. To właśnie przez to, walka o złoty medal na wyższych poziomach trudności, staje się prawdziwą drogą przez mękę. Ale, jak mówi stare, ludowe przysłowie – dla chcącego nic trudnego.

Kluczem do sukcesu jest bowiem dogłębne poznanie drugiego, znacznie groźniejszego oponenta - tras. Brzmi głupio? Tylko w teorii. Miasto jest w ciągłym ruchu – wszystko dookoła się wali, z kanalizacji tryskają strumienie lawy, ziemia się trzęsie, grunt pod nogami wypiętrza się do góry, w oddali szaleje tornado wyrzucające od czasu do czasu elementy otoczenia, ogromne eksplozje utrudniają widoczność, a wystające z ziemi fragmenty budynków potrafią skutecznie obrzydzić wesołą jazdę po długiej prostej. Gwarantuję, że po zobaczeniu tego na własne oczy, będziecie długo szukać szczęki po podłodze. Wszystko to powoduje, że układ poszczególnych odcinków potrafi zmienić się nawet kilkukrotnie w ciągu jednego wyścigu. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że trasy są bardzo kiepsko oznakowane i bardzo często musimy ratować się jazdą na oślep, nie pozostaje nam nic innego jak nauka „torów” na pamięć. Należy przy tym pamiętać, że nie wszystkie „odnogi” tras to skróty, bowiem wiele z nich potrafi całkiem skutecznie zaprowadzić nas na manowce. Na szczęście jednak, gra jest warta świeczki, ponieważ ukończenie wyścigu na pierwszym miejscu daje naprawdę sporo chorej satysfakcji (szczególnie, jeśli mamy za sobą kilkadziesiąt nieudanych prób).

Ostatnim rodzajem przeciwników jest… wojsko, a dokładnie, militarna organizacja Dusklite, chcąca zaprowadzić w mieście porządek. Oczywiście, uzbrojeni po zęby żołnierze bynajmniej nie podzielają naszego entuzjazmu, toteż nie raz i nie dwa użyją siły, byle tylko zakończyć wyścig przed czasem. Przygotujcie się więc na szaloną ucieczkę przed ścigającymi Was śmigłowcami, czy śmiertelnym ostrzałem prowadzonym przez myśliwce. Jakby tego było mało, w The City wciąż są cudem pozostali przy życiu ludzie, tak zwani Crazies, którzy dadzą znać o swojej obecności, wybiegając nam tuż przed maskę lub łapiąc się lusterek. Szaleństwo. Zostawmy za sobą wyścigi dla pojedynczego gracza i zajmijmy się tym, co tygryski lubią najbardziej, czyli trybem Multiplayer. Emocje towarzyszące starciom z żywymi graczami sięgają zenitu, powodując nie tylko wzrost adrenaliny we krwi, ale też nagły przyrost ciśnienia. Prawdziwi kierowcy to bowiem jeszcze bardziej cwane bestie aniżeli ich „sztuczne” odpowiedniki, a jako, że ich zagrania potrafią być tak nieprzewidywalne jak tylko możliwe, dotarcie do mety na pierwszym miejscu graniczy wręcz z cudem. W wyścigach online najczęściej liczy się nie tylko doskonała znajomość poszczególnych miejscówek, czy świetne wyczucie prowadzonego przez nas pojazdu, ale przede wszystkim… niebywałe szczęście. Owacje na stojąco należą się ekipie Evolution Studios za zaimplementowanie do Apokalipsy trybu umożliwiającego wspólną zabawę dla maksymalnie czterech graczy przy jednej konsoli. Co ciekawe, wraz z „kanapowymi” znajomymi, możemy również toczyć krwawe boje w Sieci.

Jak już wcześniej powiedziałem, to nie zwykłe wyścigi, a wojna. A na wojnie, oprócz wrogów, zazwyczaj ma się też jakichś sprzymierzeńców. Nie jesteś więc sam, drogi czytelniku. W wygrywaniu kolejnych eventów, pomoże Ci przede wszystkim kultowy dla serii Boost. Pomijając rzecz najbardziej oczywistą, czyli fakt, że dopalacz daje twoim pojazdom solidnego kopa, to właśnie dzięki niemu masz możliwość taranowania przeciwników. Zwykłe spychanie ich na niewiele się zda – tu trzeba prawdziwej siły, uderzenia, po którym powrót do siebie zajmie im dłuższą chwilę, pozwalając Ci na w miarę spokojne odsapnięcie i skupienie się na jak najefektywniejszym pokonywaniu kolejnych fragmentów trasy. Ciągle jednak musimy bacznie obserwować wskaźnik temperatury, bowiem jeśli przedobrzymy z korzystaniem z jego dobrodziejstw, osiągniemy wynik całkowicie odwrotny do zamierzonego – silnik eksploduje, a na postawienie nas na koła będziemy potrzebować nawet odrobinę więcej czasu, niż po zwykłej kraksie. Oczywiście, nierzadko będziemy mieć możliwość schłodzenia go. W jaki sposób? Po pierwsze, puszczając gaz będąc w powietrzu (co zdarza się bardzo często). Po drugie, zahaczając o zalegającą tu i ówdzie wodę (która, swoją drogą, potrafi również całkiem solidnie nas zwolnić). Jak zapewne doskonale wiecie, kierowca bez pojazdu, jest jak żołnierz bez karabinu (czy jakoś tak). Evolution Studios, mając tego pełną świadomość, oddało nam do dyspozycji kilkanaście rodzajów wehikułów.

Oprócz standardowych dla serii Jednośladów, Supersamochodów, Buggy czy Monster Trucków, w Motorstorm: Apokalipsa znajdziemy również takie perełki jak cieszące ucho swym gardłowym dźwiękiem Choppery, czy dumnie prężące swe stalowe mięśnie Muscle Cars. Z tym elementem gry, wiąże się jednak przynajmniej jedna, dość istotna wada. Mam na myśli niezbyt dobre zbalansowanie możliwości poszczególnych klas pojazdów. Nie do końca rozumiem powód, dla którego jadąc ultraszybkim „ścigaczem”, jestem wyprzedzany przez jakieś Buggy, które teoretycznie powinno wlec się gdzieś daleko za mną. Denerwuje to zwłaszcza w momencie, w którym osoba siedząca za jego kierownicą zdecyduje się na zepchnięcie mnie z trasy. Warto bowiem pamiętać, że ścigając się motorem (a w Festiwalu, nie mamy wpływu na to, czym w danym wyścigu pojedziemy),  raczej nie mamy co myśleć o jakichkolwiek przepychankach. Pozostaje nam więc liczyć na szczęście oraz osiągi naszego stalowego rumaka. Przed premierą mówiło się, że w nowym Motorstormie zostanie zaimplementowany jeden z najbardziej zaawansowanych modelów uszkodzeń w historii gier wyścigowych. Szczerze powiedziawszy, po wielu godzinach spędzonych z tym tytułem, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Kraksy wyglądają naprawdę świetnie, pojazdy rozpadające się na drobne kawałeczki robią kolosalne wrażenie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Brytyjczykom udało się przegonić pod tym względem magików z Criterion Games. Sam model jazdy jest mocno zręcznościowy – Ci, którzy liczyli na jakieś zmiany w tej materii, chyba pomylili adresy. Powiedziałbym nawet, że Apokalipsa poszła jeszcze bardziej w kierunku Arcade, aniżeli wydany przed kilkoma laty Pacific Rift. Czy to źle? Cóż, moim zdaniem, bynajmniej, gdyż idealnie wpasowuje się on w ogólny styl gry. Inna sprawa, że wcale nie mamy tu do czynienia z festiwalem pudełek, bowiem każdy pojazd prowadzi się odrobinę inaczej.

Oprawa graficzna to jedna z najważniejszych zalet omawianej produkcji. Płynniutka animacja idzie tu w parze z niesamowitymi wręcz efektami – na ekranie wciąż coś się dzieje, fragmenty budynków spadające na nas z olbrzymim impetem, wydają się wręcz wylatywać z ekranu, co sprawia, że w trakcie gry wielokrotnie uchylałem się przed uderzeniem kamieniem czy pociskiem lecącym w moim kierunku. Jeśli dodać do tego ostre jak brzytwa tekstury, których jakość naprawdę nie pozostawia wiele do życzenia, śmiało można dojść do wniosku, że Motorstorm: Apokalipsa to jedna z najlepiej wyglądających ścigałek tego roku. Zanim nabierzecie ochoty na ukamienowanie mnie za głoszenie herezji, porównajcie sobie tempo rozgrywki z produkcji Evolution z jakimikolwiek innymi wyścigami. Podobnie ma się sprawa z warstwą dźwiękową. Nie mam absolutnie nic do zarzucenia zarówno odgłosom silników, kraks, eksplozji i wystrzałów, jak i muzyce, która, choć nie wpada w ucho, doskonale wywiązuje się ze swojego podstawowego zadania – nadaje wyścigom jeszcze większego tempa, stanowiąc idealne tło dla wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Na koniec dodam, że gra została wydana w pełnej, polskiej wersji językowej. Do jej jakości nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń - aktorzy podkładający głosy bohaterom radzą sobie całkiem nieźle (nie oszukujmy się, to nie cRPG a ścigałka, wszystko co nie ma związku z jazdą schodzi tutaj na nieco dalszy plan). Nie zauważyłem również żadnych potknięć w tekście. Po prostu solidna, rzemieślnicza robota.

No więc, kupić, czy nie kupić? Oto jest pytanie. Miłośnicy poprzednich części serii nie mają się nawet nad czym zastanawiać, bowiem samo słowo Motorstorm w tytule wyraża więcej, niż jakiekolwiek inne rekomendacje. Inaczej ma się sprawa z tymi, którym poprzednia odsłona serii nie przypadła do gustu. Fani symulacji zdecydowanie powinni omijać nową grę Evolution szerokim łukiem i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Ci zaś, którym niestraszne jest słowo Arcade, jednak poprzednie części spowodowały u nich nagły spadek gęstości owłosienia na głowie, co zaowocowało olbrzymią niechęcią do tej serii (poniekąd, i ja w pewnym stopniu do takowych się zaliczam), powinni poważnie rozważyć zakup tej gry. Dlaczego? Apokalipsa jest bowiem odrobinę łatwiejsza od poprzednich części, a co za tym idzie, nie jest aż tak frustrująca. Przy odrobinie samozaparcia, jeśli odpowiednio się do tego przygotujemy, każdy wyścig można wygrać bez większych problemów. Niestety, momentami, gra nadal potrafi zdenerwować, a kiepskie zbalansowanie poszczególnych pojazdów oraz fakt, że pojawiające się tu i ówdzie tumany kurzu sprawiają, że gracz zmuszony jest jechać przez pewien odcinek trasy niemal po omacku, nie pozwala mi wystawić takiej noty, o jakiej początkowo myślałem. Niemniej, Motorstorm: Apokalipsa polecam z czystym sercem – jeśli wiecie na co się porywacie, na pewno się nie zawiedziecie.