Jesteś fanem Mass Effect? Nie musisz nawet czytać moich wypocin, bo pewnie już wyrzynasz mroczny pomiot ramię w ramię z Hawkiem i spółką. Jeżeli jednak lubujesz się w pierwszym Dragon Age, po prostu musisz do niej zajrzeć. Chociażby po to, by sprawdzić czy Twoja ukochana marka nie została ograbiona ze wszystkich archaizmów i elementów staroszkolnego cRPG, które tak bardzo sobie, Drogi Czytelniku, umiłowałeś...

Odległy zakątek świata Thedas, miasto Kirkwall w którym lądujemy na początku rozgrywki, jest ogromnym skupiskiem uchodźców czym prędzej pierzchających z Fereldenu przed okropnościami Plagi, która w pierwszej części gry wyrżnęła wojska królewskie pod Ostagarem. Mroczny Pomiot, mimo, iż ostatecznie pokonany wraz ze skróceniem o głowę Arcydemona, dzięki charakterystycznej budowie Dragon Age II wciąż daje o sobie znać. Główny bohater to ustalona przez autorów gry postać, mężczyzna albo kobieta imieniem Hawke. I tutaj pojawia się już pierwsza różnica względem Dragon Age: Początek, w którym tworzyliśmy naszą drużynę od podstaw. Jeżeli podobnie jak ja, w pierwszym Dragon Age graliście dalijskim elfem lub jakąkolwiek inną rasą inną niż ludzka, to niestety, ale tym razem będziecie musieli obejść się smakiem. Hawke może być wyłącznie człowiekiem i nie ma od tego odstępstwa, choć ilość opcji mających wpływ na jego wygląd robi ogromne wrażenie i pozwoli niezdecydowanym na wiele minut zabawy podczas modelowania zaproponowanego przez BioWare modelu postaci. Otrzymamy także, podobnie jak w pierwszym Dragon Age, możliwość wcielenia się w jedną z trzech klas postaci: wojownika, łotrzyka oraz czarodzieja. Niestety, Hawke to z początku żaden wielki wojownik czy mag. To także żaden bohater. Jest tylko jednym z setek wspomnianych przed momentem uchodźców, który musi podejmować umiejętne, bardzo ludzkie decyzje i częstokroć wybierać mniejsze zło, by członkowie jego rodziny nie umarli z głodu w tych trudnych, ciężkich czasach. Mówiłem już, że gra nabrała charakteru względem pierwszego Dragon Age?

Protagonista nawet nie spodziewa się, o jaką stawkę przyjdzie mu zawalczyć, a sama historia szybko przybiera znany nam z większości gier cRPG obrót. Mimo to, i tak trzeba przyznać, że rozkręca się bardzo zacnie i w ostatecznym rozrachunku stanowi jedno z lepszych teł fabularnych, jakie ostatnimi laty widzieliśmy w cRPG. Tym bardziej, że nie mamy tu do czynienia z opowieścią na temat heroicznych czynów rozgrywających się "tu i teraz", a pełną retrospekcją 10 lat życia głównego bohatera opowiadaną przez krasnoludzkiego łotrzyka imieniem Varric. To świetne posunięcie, dodające grze ogromnego, tak bardzo potrzebnego jej charakteru oraz ukazujące graczowi nieustannie zmieniający się świat Thedas w rozciągłości dekady. Brawa dla BioWare należą się za to, że nie postanowili pójść na łatwiznę i zaserwowali nam coś zupełnie odmiennego, niż w pierwszym Dragon Age, gdzie w około 30 minut po włączeniu konsoli już wiedzieliśmy jaka jest stawka naszej wyprawy. Dragon Age II okryte jest cieniutką mgiełką tajemnicy. Nadmienię tylko, że mgiełką, która bardzo dopinguje nas do brnięcia w kolejne wydarzenia i najzwyczajniej w świecie wciąga. Z wiadomych względów nie mam zamiaru opisywać całości. Uważam bowiem, że każdy szanujący się fan gier cRPG lub action-RPG wprost musi zagrać w ten tytuł i przekonać się o jego wspaniałości na własne oczy. Uwierzycie, że pierwszą sesję z Dragon Age II skończyłem dopiero po... 6 godzinach grania? A tytuł miałem włączyć "tylko na chwilę", by zobaczyć "czy to faktycznie Mass Effect 2 z mieczami zamiast karabinów".

To, co było głównym atutem Dragon Age: Początek, czyli wspaniale wykreowane postaci Stena, Alistaira oraz niezapomnianej Morrigan (nie umniejszając innym bohaterom pokroju Zevrana czy Leliany), pozostaje jednym z lepszych elementów kontynuacji. Powiem więcej, BioWare zaserwowało nam naprawdę szeroki przekrój arcyciekawych i mających do opowiedzenia fascynujące historię kompanów. Jest wspomniany już krasnoludzki łotrzyk imieniem Varric, który bezbłędne posługuje się ogromniastą (jak na krasnoluda) kuszą. Opowiada on także całą historię z mniejszymi lub większymi przekłamaniami. Jeżeli jednak takowe zachodzą, przesłuchująca go Templariuszka momentalnie sprowadza barda na ziemię. Powraca mag-apostata Anders, który w dodatku do pierwszej części gry zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie swoim zawadiactwem i pewnością siebie. Fenris z kolei... cóż, koleś przypomina trochę nie potrafiącego znaleźć sobie miejsca w świecie Emo, który jednak zamiast wciągać "wiadomo co" postawił na odurzanie się kolejnymi porcjami Lyrium. Do tego mamy wyszczekaną panią kapitan Izabelę, zagubioną elfią czarodziejkę Merril, która jest taka samo nieśmiała, jak i tajemnicza, a także kilku innych, niemniej ciekawych bohaterów. Razem jest ich ośmiu, a jeśli posiadacie Dragon Age II BioWare Signature Edition dostępne chociażby u nas w zamówieniu przedpremierowym, nawet i dziewięciu. Oczywiście, jak to w Dragon Age, podczas naszej wędrówki drużyna żywo ze sobą dyskutuje, i choć nie ma mowy o poziomie dialogów choć zbliżonym do utarczek słownych Alistaira z Morrigan w pierwszej części, albo seksualnych podtekstów tej ostatniej względem ogromnego Stena, to... robienie sobie jaj z "emowatości" Fenrisa czy poważne rozterki emocjonalne, które ostatecznie okazują się być żartem, to klasa sama dla siebie. Gwarantuję Wam, niejednokrotnie przystaniecie podczas wędrówki tylko po to, by posłuchać kwestii wypowiadanych przez postaci niezależne lub członków naszej drużyny. A, i byłbym zapomniał. Powraca także wiedźma z głuszy imieniem Flemeth...

Jeżeli chcieliście trochę kopiowania z Mass Effect, i na to przyszedł czas. System dialogowy nie jest już tak "klasycznie klasyczny". Nie wybieramy dokładnej kwestii "wymawianej" przez niemego wówczas bohatera. Tym razem Hawke otrzymuje własny głos. Otrzymuje także trzy opcje dialogowe nie opisujące dokładnie wypowiadanej kwestii, a jedynie obrazujące odpowiednim obrazkiem naszą reakcję na wypowiedź rozmówcy. Przypomina Wam to coś? Żeby nie było, od początku zaznaczam, że dialogi w Dragon Age II rozpisane zostały naprawdę zmyślnie. Do tego stopnia, że niejednokrotnie podczas przygody zmuszony byłem do uśmiechnięcia się pod nosem. Otrzymujemy zazwyczaj trzy opcje reakcji. Dobrotliwa - zgadzamy się na wszystko, jesteśmy dobrzy, dyskutujemy w sposób kulturalny. Neutralna - ogólnie mamy kwestie wypowiadane przez rozmówcę gdzieś i czekamy na ich rozwinięcie. Złowieszcza - jesteśmy agresywni, niemili, nadpobudliwi i najchętniej urąbalibyśmy rozmówcy język. Wszystko okraszone pięknymi ikonkami, dzięki czemu wcale nie musimy głęboko zastanawiać się nad wypowiadanymi kwestiami, tylko spojrzeć na obrazek, wcisnąć przycisk i... voila! System przyjaźni między bohaterami również uległ znacznemu rozbudowaniu oraz poprawie. Jasne, wszystko sprowadza się do tego by namówić członka drużyny na seks, przy okazji podwyższając mu statystyki, ale teraz BioWare przedstawiło to w sposób dużo bardziej barwny i nieszablonowy. Na pewno nie ma miejsca na banalne wnioski pokroju "jesteś fajny/mam Cię gdzieś/chodźmy do łóżka/dawaj prezent". Co więcej, kompani teraz częściej wtrącają się do prowadzonych rozmów. Istnieje także możliwość przekazania im głosu w toczącej się właśnie dyskusji. Seks uprawiać możemy nawet z przedstawicielami tej samej płci, przez co BioWare z pewnością dostanie rózgę od wielu graczy, jednak całość nie jest przedstawiona tak, by kogokolwiek zgorszyć. Popularna i okrzykiwana w mediach mianem "rewolucji" miłość francuska przedstawiona została tyle zdawkowo, co bardzo oszczędnie. I dobrze.

Największą modernizację przeszedł jednak system walki, a raczej to, jak się przedstawia. Umiejętności oraz zaklęcia są bowiem bardzo podobne do tych z pierwszej części, choć początkowo zupełna zmian stylu wyświetlania drzewek umiejętności może wskazywać na coś innego. Ale do rzeczy. Kiedyś, czyli dokładnie 2 lata temu, wystarczyło że gracz stanął naprzeciw oponenta i wcisnął przycisk odpowiedzialny za atak, a postać sama szlachtowała pomiot lub zakapiora do momentu, w którym ten nie padnie. Oczywiście wszystko w systemie prawie-turowym. Nie dało się ukryć, że całość nosiła znamię PC-towości, jednak BioWare słusznie na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy doszli do wniosku, że to w konsolach ukryte są największe pieniądze, efektem czego postanowili nie tylko udynamicznić system walki, ale także bardziej zaangażować weń gracza. Efekt? Bohaterowie biegają szybciej, celują szybciej, krzyczą szybciej i zadają ciosy dużo, duuużo szybciej. Co więcej, niejednokrotnie zmuszeni będziemy do klepania w przycisk prawie niczym w rasowym slasherze, by później zaobserwować niewiarygodne młyńce, jakie Hawke wyczynia na ekranie naszego telewizora. Miałem to szczęście, że pierwszy raz grę przechodziłem klasą Łotrzyka. I już na średnim poziomie trudności nie było mowy o tym, by niczym John Rambo wbijać się między całe zastępy przeciwników. Łotrzyk to łotrzyk, musi atakować z zaskoczenia, z cienia lub z tyłu by zadawać obrażenia zwane krytycznymi, bo w większym skupisku przeciwników nie pomogą mu nawet jego wspaniałe uniki. Wojownik to z kolei bijący wolno czołg, który jednak MUSI iść na pierwszą linię i zbierać wszystkie szlagi od oponentów, by Ci nie dorwali się zbyt szybko do magów. Ci w Dragon Age II są jeszcze bardziej potężni, ale tylko do momentu, w którym nikt nie przeszkadza im w inkantacji zaklęć. Chcę przez to powiedzieć, że już na średnim poziomie trudności gra wymaga od nas nie tylko planowania, ale także trzeźwego umysłu i odpowiedniego rozmieszczenia naszych wojaków. Mimo, że całość w akcji wygląda odrobinę chaotycznie i slasherowo, nie dajcie się zwieść. To w dużej części stary, dobry Dragon Age. A że ubrany w bardziej "niedzielne" i atrakcyjne szaty, przy okazji zmuszający nas do częstszego klepania w przycisk? Cóż, takie są wymagania dzisiejszej klienteli.

Walki są dużo bardziej ekscytujące. Im dalej w las tym trudniej, i o ile na początku nasi przeciwnicy (klasyczne jadowite pająki, mroczny pomiot podobny do Uruk-Hai z trylogii Władcy Pierścieni i kilka innych maszkar) nie są zbyt wymagający, to w miarę upływu czasu szybko zorientujemy się, że bezmyślne "naparzanie" w przyciski raczej nie przynosi satysfakcjonujących rezultatów. Dragon Age II to mimo wszystko wyzwanie. Mimo to, nie można nie zauważyć, że przeciwnicy w tragiczny sposób respawnują się częstokroć na naszych oczach, co jednym graczom może bardzo przeszkadzać, a innych w ogóle to nie obejdzie. Niestety, nie lubimy gdy kolejne oddziały mrocznego pomiotu materializują się tuż przed naszymi oczami, bo akurat staliśmy w tym miejscu, w którym autorzy wyznaczyli im punkt odradzania się. Niewielki i nie mający wpływu na przyjemność płynącą z rozgrywki, acz wart odnotowania minus.

Świat gry prezentuje się dużo bardziej różnorodnie. Miejscówki jakie odwiedzimy prezentują się teraz nie tylko ładniej, ale także nie mamy wrażenia, że BioWare poskładało cały świat z kilkudziesięciu dostępnych szablonów. Nasze zadania, jak to zwykle w grach cRPG bywa, to mieszanka klasycznych "przynieś, podaj, pozamiataj" z epickimi wydarzeniami głównego wątku fabularnego, który absolutnie nie powinien nikogo zawieść. Gra zachowała swój własny charakter, jednocześnie wprowadzając tonę innowacji i odświeżeń, za co należą się Kanadyjczykom gromkie brawa. Niestety, Dragon Age II to nie tytuł dla graczy cechujących się instynktem "szperacza", a wszystko to wina przedstawienia wydarzeń gry na przestrzeni 10 lat życia bohatera. Można się było tego spodziewać, ale zadań, które otrzymaliśmy w pierwszym "akcie" rozgrywki, absolutnie NIE WOLNO zostawić sobie na później, bo wraz z rozwojem ścieżki fabularnej i przejściem do kolejnego "aktu"... najzwyczajniej w świecie przepadają. Dla wielu fanów klasycznego RPG-owania błąd to niewybaczalny, choć mi w ogóle podczas rozgrywki nie przeszkadzał. Z założenia uważam, że gra Role Playing to gra w "odgrywanie roli". Jeżeli będę chciał sandboxa, kupię sobie GTA lub Just Cause. Inna sprawa, że moim zdaniem przydałoby się odrobinę więcej przedmiotów. Jest tego ciut za mało... Po drugie, odrobinę irytować może backtracking... jak na złość również wynikający z "pokawałkowania" historii przedstawionej w grze. Na przestrzeni 10 lat będziemy bowiem świadkami zupełnie nowych wydarzeń rozgrywających się, w niewielkiej co prawda mierze, ale jednak, w tych samych lokacjach.

Dość powiedzieć, ze pierwsze Dragon Age wyglądało bardzo, ale to baaardzo przeciętnie. Wiadomo, w tytułach cRPG nie chodzi o oprawę graficzną, jeżeli jednak BioWare decyduje się zaserwować nam iście komiksowe, nieco karykaturalne postaci oraz świat, tak bardzo różny od tego co widzieliśmy w pierwszym Dragon Age, nie można tym samym nie bić im pokłonów nie tylko za jakość owego wykonania, ale także zadanie sobie trudu i zaproponowaniu graczom czegoś nowego. Od zawsze lamentujemy, że chcielibyśmy, by kontynuacje znanych nam gier różniły się w stopniu znacznym od swoich poprzedniczek, a w momencie gdy takowe dostajemy... narzekaniom nie ma końca. Moim zdaniem, graczom poprzewracało się w głowach od dobrobytu. Dragon Age II wygląda całkiem ładnie. Nie ma mowy o graficznym szale, to raczej oczywiste, jednak nie ma już praktycznie żadnych przycięć animacji, a komiksowa oprawa zachęca do tego, by odkrywać nowe, bardzo zmyślnie zaprojektowane przez BioWare miejscówki. I nieistotnym jest, że twarze Hawke'a i jego bandy prezentują się tak manekinowato, że początkowo może to nieprzyzwyczajonego gracza odrzucić.

Electronic Arts nie zdecydowało się na pełne spolonizowanie tytułu, tak jak miało to miejsce w Dragon Age: Początek. Zamiast tego otrzymaliśmy lokalizację kinową, czyli oryginalne głosy postaci wzbogacone polskimi napisami, które... przełożone zostały bardzo skrupulatnie i stylowo. Chwała Elektronikom, że zatrudnili tłumacza całkiem nieźle obeznanego z żargonem gier cRPG, a jak wnioskuję po polonizacji, oczytanego także w najznamienitsze książkowe dzieła fantasy, z sagą o Wiedźminie autorstwa Sapkowskiego lub Silmarillionem Tolkiena na czele. Zdecydowanie, kinowa polonizacja to ogromny plus Dragon Age II, nawet mimo faktu, że okazjonalnie zdarzają się wpadki z nieadekwatnością wybranego przez nas charakteru wypowiedzi do wybranej podczas rozmowy opcji. Nie jest to jednak nic, co mogłoby przyćmić kunszt tłumaczy. Brawa!

Dragon Age II. Co by o nim nie mówić, w dalszym ciągu pozostaje absolutnym "musisz-mieciem" (od must-have) dla każdego fana cRPG. Ileż można bowiem zagrywać się w tytułu pokroju Baldur's Gate czy Planescape Torment z PC? Ileż można krzyczeć, że każde cRPG powinno być klasyczne, jak tylko się da? Wraz ze śmiercią klasycznego podejścia do rozgrywki w Dragon Age II rozpoczyna się nowa era w owym gatunku. Era, w której producenci owych gier bardziej zwracać będą uwagę na narrację i na tyle dynamiczne przedstawienie akcji, by zachęcić do gry także młodszego posiadacza konsoli, jednocześnie nie odpychając starego wyjadacza. Bardzo dobrze, ze BioWare nie posłuchało lamentów fanów klasycznych gier cRPG, bo gatunek ten, zresztą jak każdy inny, musi wraz z rozwojem rynku ewoluować. A że akurat Mass Effect był strzałem w dziesiątkę, toteż przygody Hawke'a nie tylko korzystają z niewątpliwie ogromnego dorobku przygód komandora Sheparda, ale oferują przy tym dużo więcej opcji stricte RPG-owych. Biorą z niej także wszystko to, co najlepsze, ostatecznie serwując graczowi 30-40 godzin rozgrywki na najwyższym poziomie. Przypomnicie sobie moje słowa, gdy spotkacie podczas gry srogiego do szpiku kości czarodzieja rasy Qunari. Oj tak...