Tylko wiecie, chodzi mi tutaj o ten staroszkolny typ baśni, w której naprawdę fantastycznie wykreowany świat i klimat ściera się z przestarzałymi mechanizmami i totalną przewidywalnością. A mimo to go kochamy. Niestety, muszę wyzbyć się sentymentów, albowiem znaleźliśmy się tu, by odpowiedzieć sobie na pytanie czy warto na Majina wydać swoje ciężko zarobione pieniądze. Już spieszę z odpowiedzią...

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma lasami i milami morskich fal, było sobie piękne królestwo. Zwało się ono bardzo prosto i bezpretensjonalnie, Imperium. Pech jednak chciał, że w pewnym momencie Ciemność zapragnęła posiąść nad nim władzę. Doszło do wielkiej bitwy, w której siły dobra wraz z mitycznym strażnikiem światła - tytułowym Majinem - musiały stawić czoła mrocznemu pomiotowi. I choć ich opór okazał się nic nie wart, a nad omawianym królestwem zapanował mrok i cierpienie, to tajemna przepowiednia głosiła, iż po 100 latach siły dobra ponownie staną do walki o przywrócenie Imperium dawnego blasku i chwały. I nie zgadniecie, omawiane dziesięć dekad mija właśnie momencie, gdy odpalamy Majin and the Forsaken Kingdom. O fabularnych wodotryskach, jak zresztą widzicie, nie ma więc mowy. Jest za to historyjka prosta w zrozumieniu i przyjemna w przyswojeniu, czyli dokładnie taka, jaką charakteryzują się najlepsze baśnie na rynku. Dlaczego jednak los królestwa spoczął w rękach nie tylko mitycznego Majina, ale także ubranego w białą szatę łotrzyka? Skąd się wziął? Tego dowiecie się już z samej gry. A, i byłbym zapomniał. Jest też ratowanie laseczki w tle! A jak głosi staropolskie przysłowie: "Jest ratowanie laseczki, jest główna na PS3Site".

Wyjaśnijmy sobie coś na wstępie. Jeżeli uważasz, że Majin and the Forsaken Kingdom to podróba ICO bądź Shadow of the Colossus, to... jesteś w ogromnym błędzie. Nie ma tu miejsca na wyciskające łzy z oczu motywy oraz monumentalność wielkich bossów i starć z nimi prowadzonych. Jest za to radosne podejście do tematu ratowania świata podane w przystępnej formie, współpraca pomiędzy łotrzykiem i Majinem oraz tona elementów zręcznościowych, które widzieliśmy już w niejednej przygodówce na przestrzeni ostatniej dekady. Majin to gra raczej dla dzieci, ewentualnie młodszego nastolatka. Wszystko stoi tutaj na rzemieślniczym poziomie, nie wybijając się często ponad przeciętność. Dziwi mnie tylko umieszczenie na pudełku oznaczenia PEGI 12+, bo równie dobrze mogłoby to być 7+. Ale nie będę czepiał się szczegółów. O co chodzi w samej grze?

Mamy łotrzyka, który jest mały i potrafi dostać się w trudno dostępne miejsca. Mamy też Majina będącego ucieleśnieniem siły fizycznej i potęgi. I właśnie na płaszczyznach zręcznościowej oraz siłowej przyjdzie im między sobą współpracować. Przestawianie przeróżnych dźwigni, odnajdywanie kluczy, włączanie przycisków oraz wspinanie się po urwiskach skalnych lub ścianach to domena łotrzyka. Aby jednak mógł on dostać się w pożądane przez gracza miejsce, musi uzyskać pomoc Majina, który używając swojej niebywałej siły jest w stanie przestawiać magiczne lub ważące wiele ton pokrętła i dźwignie. Poziom trudności zagadek? Proszę, nie rozśmieszajcie mnie. Majin and the Forsaken Kingdom to gra naszpikowana zagadkami, które w ostatecznym rozrachunku okazują się być na tyle proste, że... ani razu nie miałem okazji się podczas gry zaciąć. Momentami miałem nawet pretensje do gry w związku z umieszczeniem w niej łamigłówek przeznaczonych dla idiotów (idź łotrzykiem tu, naciśnij przycisk, a otworzą się drzwi i Majin przejdzie do następnego pomieszczenia, w którym rozwali wrota, byś mógł wrócić), ale po chwili zdałem sobie sprawę, że mam "troszkę" więcej, niż 12 lat. Postanowiłem więc dać pada mojemu młodszemu bratu (10-letni szkrab). I co? Nie oddał mi go przez następne dwie godziny, a gdy trzeba było iść zjeść obiad, zwyczajnie się popłakał. Dramatyczna sytuacja z życia wzięta, która jednak dobitnie pokazuje dla kogo Majin jest przeznaczony.

Łotrzyk skacze i jest bardzo zręczny, lecz walka nie jest jego mocną stroną. Z pomocą przychodzi wtedy mityczny Majin, który potrafi przyjąć na klatę obrażenia skierowane w łotrzyka i porozrzucać przeciwników po całej lokacji przy okazji umożliwiając nam dobicie dogorywających. Ma łącznie też pięć umiejętności specjalnych, które odblokowujemy wraz z postępami w grze. Będziemy mogli ryczeć strasząc wrogów lub używać mocy żywiołów, by ich podpalić lub zamrozić. Ale to nie wszystko! Autorzy gry oddali nam możliwość wykonywania nie tylko cichych zabójstw (po podkradnięciu się do przeciwnika), ale także zrzucenia im na głowę naruszonej uprzednio półki skalnej lub jakiegoś naczynia wyładowanego materiałami wybuchowymi. Do każdego typu wroga podejść trzeba też indywidualnie. Jedni są wrażliwsi na pewne rodzaje umiejętności Majina, innych należy zwabić do klatki i zamknąć by nie alarmowali swoich silniejszych kolegów. Z kolei latające potworki uprzednio trzeba potraktować z kamienia w łeb, by dopiero po ich upadku na ziemię wykończyć. Naparzaniu w jeden przycisk Game Republic - twórcy gry - mówią więc stanowcze NIE. I chwała im za to.

Kombinowania jest więc co niemiara. Majin to wielkie bydle, dlatego też niejednokrotnie zmuszony będziesz otworzyć mu drzwi stosownym przełącznikiem lub podstawić pod jego nos ruchomą windę. Wielkolud odwdzięczy się podstawieniem grzbietu i podrzuceniem Cię w miejsce, w które sam nie byłbyś w stanie się dostać, jak również rozwaleniem naruszonych drzwi bądź dostarczeniem we wskazane miejsce ogromnego, zbyt ciężkiego dla Twych wątłych rąk przedmiotu. Jest więc prosto, łatwo i przyjemnie. Mało ambitnie również, ale nikt nie oczekiwał od tej gry cudów na kiju.

Jeśli spojrzeć na budowę poziomów, to bardzo szybko można dojść do wniosku, że skutecznie zachęcają one do kombinowania w kwestii bardziej wymyślnych sposobów wykańczania mrocznemu pomiotu. Wspólnie wykonywane akcje łotrzyka i Majina sukcesywnie podnoszą poziom ich "przyjaźni". Im jest on wyższy, tym ich skuteczność bojowa zadawać będzie więcej obrażeń, przeciwnicy zaczną padać jak muchy, a Majin otrzymywać zacznie coraz to nowsze umiejętności. Wszystko działa dobrze tym bardziej, że system wydawania poleceń został bardzo skrupulatnie przemyślany. Mimo jednoczesnego sterowania poczynaniami łotrzyka oraz wydawania szczegółowych poleceń Majinowi absolutnie nie czujemy się zagubieni. Wniosek? Są właściwie dwa. Majin jako bohater gry ma całkiem niezłe AI, to raz. Dwa? Gra premiuje działanie w grupie i wcale nie zdziwię się, jeśli okaże się ona najlepszym dostępnym na rynku tytułem dla dziecka, które chciałoby swoją przygodę przed ekranem telewizora spędzić w towarzystwie rodzica lub starszego rodzeństwa. Można powiedzieć więc, że w Majin and the Forsaken Kingdom kultywowany jest aspekt czysto socjalny. Szkoda więc, że Cenega nie pokusiła się tym samym chociażby o kinowe spolonizowanie gry. Dla dzieciaków bariera językowa może być nie do przeskoczenia, a przecież nie każdy dorosły człowiek w dzisiejszych czasach musi znać język angielski.

Gdy nasze papużki-nierozłączki zostaną jednak rozłączone z przymusu, gra szybciutko zamienia się z przygodówki w rasową... skradankę! Łotrzyk to straszny cienias i jeśli napadnie go kilku przeciwników jednocześnie, jest to równoznaczne z jego śmiercią. Dlatego czy tego chcesz czy nie, i tak będziesz się skradał. Co się wtedy okazuje? Że inteligencja przeciwników jest rodem z gier na pierwsze PlayStation. Gdy ich oczy mienią się fioletowym blaskiem, nie widzą Cię. Jest więc dobrze. Jeśli jednak zmienią się na krwistą czerwień, musisz uciekać gdzie pieprz rośnie bo właśnie zostałeś wykryty. Szkoda tylko, że wystarczy schować się w cieniu na kilka chwil, by łowcy przestali nas ścigać i jak gdyby nigdy nic wrócili na swoje miejsca. Dla mnie taka rzecz jest nie do przyjęcia. Inna sprawa, że dla dziecka, oczekującego przecież przystępnej rozgrywki, patent ten będzie w sam raz.

Grafika nie robi specjalnego wrażenia. Niektóre obiekty wyglądają niczym z PlayStation 2 i jest to niepodważalny fakt. Cały świat, choć baśniowy i słodko-mroczny (dosłownie), jest totalnie hermetyczny i powtarzalny. Zamiast dać nam jakąś połać terenu, autorzy ograniczyli się do wrzucenia gracza w labirynt bliźniaczo podobnych do siebie komnat. Co rusz widzimy bardzo podobne przedmioty, głazy, pokrętła oraz powtarzających się na przemiennie przeciwników. Wszystko animowane jest całkiem nieźle, animacja zakrztusiła się tylko kilka razy podczas przygody, co nie zmienia niestety faktu, że wchodząc enty raz do praktycznie identycznego pomieszczenia odechciewało mi się grać. Muzyka? Ja nazywam to "słodkimi plumknięciami". Niestety, ogromne potknięcia są moim zdaniem dwa. Po pierwsze, czasy ładowania i częstotliwość ich występowania, przy tak średnio wyglądającej grze, przyprawiają o szewską pasję i skłaniają do wyrzucenia Dual Shocka za okno. Po drugie z kolei, w całych podziemiach świata gry jest tylko 5 punktów, w którym istnieje możliwość zmiany ekwipunku! Podczas przygody z Majinem dochodzi więc do idiotycznych sytuacji, w których zmuszani jesteśmy przez grę do bezcelowego backtrackingu. Niestety, to już bardzo nie spodoba się zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

Przyjaciele na zawsze! Czy Majin and the Forsaken Kingdom to dobry tytuł? Tak, ale tylko pod warunkiem, że nie masz więcej, niż 14 lat. To gra skierowana do dzieci i takimi też wyznacznikami proszę kierować się przy jej zakupie. Nie ma tutaj ambitnych dialogów, także małolat nie ma szans zagubić się w świecie gry. Jest też jasno określony cel i tylko i wyłącznie jedna ścieżka, by go osiągnąć. Tytuł jest liniowy do bólu. I choć Majin to słodziak, a gra nie jest tak krótka, jak początkowo mogłoby się Wam wydawać, to niestety archaizm goni tutaj archaizm i starszy gracz nie znajdzie w Zapomnianym Królestwie niczego, co pośród zalewu hitów pozwoliłoby mu wybrać Majin and the Forsaken Kingdom z przepełnionej półki sklepowej i polecieć z wypiekami na twarzy do kasy. Majin to idealny prezent dla Twojego dziecka, czego dowodem są świecące oczka mojego brata na widok ciapowatego wielkoluda. Człowiek w wieku 10-13 lat będzie bawić się z nim wyśmienicie. Ale jeśli masz zamiar kupić Zapomniane Królestwo dla siebie, zastanów się lepiej trzy razy. Sam powiedz, czy nie brak Ci hitów tej jesieni?