Wszyscy Ci, którzy z niecierpliwością wyczekują każdej nowej produkcji z Jamesem Bondem, tudzież noszą bokserki z jego podobizną, po odpaleniu krążka z grą z miejsca poczują się jak w domu. Wstęp do gry wykonano w iście filmowym stylu i nie zabrakło w nim ostrej wymiany ognia, efektownego slow-motion, demolki urządzonej w miejscowym porcie, pościgu ulicami słonecznych Aten czy klimatycznego openingu, na którym zaśpiewała nam sama Joss Stone. Trzeba bowiem już na samym początku zaznaczyć, że zarówno pod względem narracji, zastosowanych filtrów graficznych jak i pracy kamery, całość przypomina nam filmowe mega-produkcje, w których Daniel Craig (w grze przyzwoicie odwzorowany) pierze po mordach kogo tylko się da i rozwala fury, na których większości z nas nigdy nie byłoby stać. Po efektownym wstępie, w którym fabuła pełni rolę przysłowiowej zakąski, trafiamy na trop groźnych nie tylko dla rządu brytyjskiego terrorystów, mających niecne zamiary. Wkrótce potem okazuje się, że afera Rywina to przy tym mały pikuś, a w tle majaczy już wątek broni biologicznej i mrocznych sekretów skrywanych przez możnych tego świata. Jednym słowem – standard.

Jako że Bond jest typem podróżnika i penetratora (w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu), fabuła wrzuci go w bardzo egzotyczne zakątki świata. W Istambule przyjdzie mu zwiedzić plac budowy podziwiając eksplodujące stacje benzynowe podczas efektownego pościgu przez miasto, w Monako trafi do prywatnego kasyna, w którym nieodzowne okaże się zrobienie ostrej zadymy, na Syberii nie oprze się infiltracji tajnej bazy rosyjskiego oligarchy zakończonej pogonią za pociągiem korytem zamarzniętej rzeki, zaś w Bangkoku sprawdzi w jakim stanie są dachy podmiejskich zabudowań (z obowiązkowymi neonami) bawiąc się w kotka i myszkę z lokalną policją. Ostatnim celem jego podróży będzie Birma, jednak nie chcąc zdradzać Wam zawiłości fabularnych powstrzymam się od charakterystyki tych terenów. Musicie jednak wiedzieć, że same poziomy są bardzo liniowe i w 99% nie macie szans się tu zgubić. A jeśli ktoś będzie do tego stopnia zdolny, że tego dokona, odnaleźć właściwą drogę pomoże mu Smartphone.

Bond od zawsze kojarzony był z szybkimi furami, zmysłowymi kobietami i sporą ilością nowoczesnych gadżetów. Niestety, ten ostatni element mogę podsumować w dwóch słowach: bieda z nędzą. Wspomniany Smartphone to jedyne urządzenie, z którego skorzystamy podczas zabawy. Pozwala ono nie tylko na określenie naszych kolejnych celów, ale pokazuje również położenie wrogów na mapie, ich uzbrojenie czy stan zaalarmowania. Dzięki niemu będziemy mogli też od czasu do czasu rozbroić kamery (prosta mini-gierka polegająca na wciskaniu określonych guzików), czy określić jak daleką drogę mamy jeszcze do przebycia. Widać twórcom gry niespecjalnie chciało się komplikować graczom życie i w dobie casualowych produkcji postanowili na wszechobecną prostotę. Jednych takie rozwiązanie z miejsca odrzuci inni przyjmą je z bananem na twarzy.

Grafika ma swoje momenty, zwłaszcza, gdy znajdziemy się w jakiejś plenerowej lokacji (port w Atenach, panorama na miasto w oświetlonym blaskiem petard Monako, czy ogromna tama wodna w Birmie), jednak w zamkniętych pomieszczeniach jej poziom jest zaledwie zadowalający. O ile sama animacja ciosów cieszy oko, tak wszelkiego rodzaju skoki, czy ruchy towarzyszące kilku sekcjom platformowym, są po prostu sztywne, żeby nie napisać biedne. Niemniej jednak w ferworze walki nie zwracamy na to szczególnej uwagi, zwłaszcza, że jest to produkcja, w której praktycznie no stop coś się dzieje. W tle przeleci gdzieś ogromny samolot, do lotu zerwą się gołębie, wybuchnie cysterna - fakt, równie dobrze można to nazwać festiwalem skryptów, jednak za pierwszym razem takie bajery naprawdę cieszą oko. Nie mam za to większych zastrzeżeń do muzyki - jest iście filmowa, a same efekty wystrzałów czy eksplozji to najwyższa, światowa półka.

Wielu recenzentów wskazuje na to, że gra kopiuje rozwiązania ze znanych nam serii gier i ja również mogę podpisać się pod tym dwoma rękoma. Zupełnie jednak mi to nie przeszkadza. Sama rozgrywka sprowadza się przede wszystkim do cichego zdejmowania wrogów, regularnej wymiany ognia (strzelamy do pojawiającego się hurtowo mięsa armatniego chowając się za osłonami) oraz dynamicznych sekcji pościgowych (destrukcja otoczenia jest momentami nie do opisania), które uchodzą zdecydowanie za najlepszy element gry. Nie ma się jednak temu co dziwić, w końcu producenci Blood Stone mają już na swoim koncie kultowe Project Gotham Racing i mocno niedocenione Blur. Spodobały mi się również ciche zabójstwa, podczas których Bond epicko gruchocze kości naszych wrogów, wykręcając im kończyny na wszystkie strony świata. Tu naprawdę czuć siłę zadawanych ciosów. Tyle tylko, że wszystkie te kombinacje zawsze wykonujemy tylko jednym guzikiem, a scenki, które widzimy na ekranie, zależą od pozycji przeciwnika względem nas, tudzież znajdujących się nieopodal przeszkód.  Warto również wspomnieć o Focus Shoot, specjalnych strzałach, których wskaźnik napełniamy eliminując po cichu naszych wrogów. Po dopaleniu tej opcji załącza się slow motion, a każdy oddany przez nas strzał (maksymalnie 3), z miejsca zabija przeciwnika. Mimo iż cała mechanika jest uproszczona do granic możliwości, z czasem gra zaczyna sprawiać nam czystą frajdę. Szkoda tylko, że gry zaczynamy się rozkręcać, na ekranie pojawiają się napisy końcowe...

7 godzin to nie dużo jak na tytuł, za który musimy wyłożyć blisko 200 złotych. Tym bardziej, że do gry nie ma też specjalnie poco wracać, bowiem tryby mutliplayerowe są nudne, a serwery bardzo często świecą pustkami. Niemniej jednak ja spędziłem z " wstrząśniętym-niezmieszanym" bardzo miłe chwile i jeśli nie przeraża Was prostota i krótki czas gry, możecie kiedyś bez skrepowania sięgnąć po wirtualne przygody Bonda. Moment, w którym osiągną one przyzwoitą dla portfela cenę (czyli powiedzmy 119 PLN), będzie do tego idealny...