Nie da się bowiem ukryć, że ostatnimi laty byliśmy jej naocznymi świadkami. Chwała jednak Bogu za to, że za słowami w tym konkretnym przypadku poszły także i czyny. Zatrudnienie Criterion Games i okazjonalny występ szwedzkiego DICE w ostateczności zaowocowały - powiem to już teraz - najlepszym NFS-em od czasów Most Wanted. Inna sprawa, że w niektórych aspektach gra nie podołała wymaganiom XXI wieku. W innych z kolei zwyczajnie go przerosła...Tryumfalny powrót klasyki! O co chodzi w NFS: Hot Pursuit? O pościgi, próby czasowe oraz wyścigi w formie klasycznej, z nacechowaniem na dobrą (policja) lub złą (uciekinierzy) stronę mocy. Tylko tyle i aż tyle. Całość bardzo nacechowana została na online oraz nowoczesny i mega-użyteczny Autolog, jednak o nich wypowiem się później.

Wracając do tematu... Jakiejkolwiek fabuły w grze brak. Jeśli liczyliście na świetny pomysł pokroju odgrywanego na żywo Reality Show ze Split/Second, to nowy NFS w tym temacie Was niestety rozczaruje. Nie wybieramy też niejako strony konfliktu, po której mamy zamiar się opowiedzieć. Raz jeździmy w biało-czarnych barwach stróżów prawa, innym razem przyjdzie nam uciekać przed nimi gdzie pieprz rośnie kolorowym samochodem uciekiniera. NFS: Hot Pursuit wydaje się być nie mającą podłoża fabularnego serią przyjemnych, dynamicznych i bardzo szybkich wyścigów okraszonych totalnie arcade'owym modelem jazdy. Gra posiada więc wszystko to, co lubujące się w ostrej jeździe tygryski lubią najbardziej. I jest przy tym podobnie łopatologicznie zbudowana.

Za kolejne wygrywane zjazdy otrzymujemy różne porcje punktów doświadczenia. Gdy zbierzemy ich wystarczająco dużo, przechodzimy na wyższy poziom i automatycznie odblokowujemy kolejne wózki oraz ulepszenia. Wszystko zrealizowane zostało bardzo prosto i łopatologicznie, interfejs nie powinien nastręczyć trudności absolutnie nikomu. Niestety, prostota przekłada się też na bardzo znikome zróżnicowanie tras. Uwierzycie, że w Hot Pursuit nie znajdziemy żadnego terenu zabudowanego? Non-stop ścigamy się albo po terenach górskich (nie "górzynnych", pamiętajcie!), pustyniach lub pośród bujnej roślinności. Seacrest Country, bo tak nazywa się stworzona na potrzeby nowego NFS lokacja, może i jest ładnie wykonana i niejednokrotnie potrafi zadziwić efektami graficznymi lub pomysłowością rozmieszczenia nań skrótów, ale w ostatecznym rozrachunku nieco nuży. Ileż można bowiem patrzeć na te same krajobrazy? To tak samo jak wakacje na Jamajce lub codzienne wcinanie ulubionego przysmaku. W końcu Wam zbrzydnie. Tym bardziej, że podczas swobodnego przemierzania miejscówki Criterion nie przygotowało dla nas absolutnie żadnych zadań specjalnych! Skazani jesteśmy wyłącznie na poszukiwanie nowych skrótów, które w późniejszych wyścigach będziemy mogli wykorzystać by powiększyć swoją przewagę nad ewentualnym przeciwnikiem. Nie ma tuningu, nie ma fabuły, nie ma kasy, nie ma jakiegokolwiek aspektu ekonomicznego, nie musimy wybierać między jednym a drugim ulepszeniem, bo wszystkie dostajemy na tacy. Trochę bieda. Co więc mamy w tej grze robić?

Zarówno kariera policjanta jak i uciekiniera obfitują w podobne zadania z tą różnicą, że te pierwszy zmuszony jest gonić, a drugi - uciekać tam, gdzie zimują raki. Same pościgi zrealizowane zostały fenomenalnie! Na tyle, że momentalnie zapomniałem o naprawdę znikomej ilości opcji, jaką oferuje Hot Pursuit. Nie dość, że samochody pędzą jak szalone i uczucie prędkości wywiewa nam włosy niczym w klasycznym Cadilacu bez dachu, to na dodatek producenci przygotowali dla nas zestaw wspomagaczy oraz przeszkadzajek, których używanie, niczym w Blur, dodaje grze zarówno pikanterii jak i elementu taktycznego. Są blokady policyjne stawianie przez kolumnę radiowozów, spowalniające kolczatki, latające nad głowami helikoptery, impulsy elektromagnetyczne zaburzające prace urządzeń elektrycznych i kilka innych patentów, które polecam obadać Wam indywidualnie. Zarówno pogoń jak i ucieczka z wykorzystaniem tych dobrodziejstw okazują się być epickimi zjazdami, w których tylko jeden z samochodów może zwyciężyć. Zadaniem uciekiniera jest unikanie policjanta aż do momentu przekroczenia linii mety. Policjant z kolei odwrotnie. Brzmi banalnie, ale w grze wszystko się komplikuje po stokroć. W pewnym momencie postanowiłem zabawić się niczym w Burnoucie. Będąc stróżem prawa uderzyłem w samochód oponenta raz, drugi, trzeci i czwarty. I tak do momentu, aż ktoś nie przyłoił mi tak ostro, że zwyczajnie wyleciałem w powietrze, a mój kogut przestrzał na moment drzeć się wniebogłosy. Doszedłem wtedy do wniosku, że jazda radiowozem policyjnym wcale nie oznacza, że to my jesteśmy tutaj myśliwym, a reszta kolorowych aut to zwierzyna. Momentami jest wręcz odwrotnie. I właśnie to najbardziej podoba mi się w najnowszym NFS: Hot Pursuit.

Dynamika pościgów urywa łeb przy samych kostkach. Ale co dalej? Klasyczne wyścigi również obfitują w dynamiczne akcje, ale widać, że nie na tym Criterion postanowiło się skupić przez ostatni rok. Time-triale? W tej materii nie można spodziewać się niczego odkrywczego i w istocie takowym nie jest. Można mieć wrażenie, że to nudny przerywnik między kolejnymi pościgami, choć ja traktowałem to jako podbudowywanie swojego skilla i okazjonalne poznawanie mapy, po której przyjdzie mi spierniczać przed policją. Niestety, trzeba to przyznać by mieć czyste sumienie... O ile w poprzednich grach z serii NFS mieliśmy do wyboru równie emocjonujące Drifty (poślizgi), Dragi (zapylanie przed siebie na pełnej prędkości i unikanie przeszkód) czy wyścigi pokroju "Ostatni samochód po każdym okrążeniu odpada z gry", tak tutaj wszystkich wyżej wymienionych wspaniałości zabrakło. Nie twierdzę, że to źle, choć moim zdaniem Criterion z deczka zabiedziło Hot Pursuit w materii oferowanych graczowi możliwości. Rozumiem, że Arcade ma być prosty. Ale nie do przesady. Inna sprawa, że wyczuje to tylko wysmakowany w temacie serii Need for Speed gracz. Cała reszta będzie się wyśmienicie bawić.

Początkowe etapy gry są do bólu proste. Na tyle, iż pomyślałem sobie, że Criterion robi ze mnie idiotę. Pierwszy wyścig przeszedłem praktycznie z zamkniętymi oczami. Kolejny? Także. Dość powiedzieć, że pierwsze godziny gry to banalnie prosta jazda naprzeciw z niewielką ilością przeszkód do wyminięcia. Twórcy chcieli chyba zrobić z tego swoisty samouczek, przez co bardziej wymagający gracze będą mogli zrazić się do gry przy pierwszym kontakcie. A szkoda, bo z czasem (czytaj - po jakichś 2 godzinach) Hot Pursuit nabiera rumieńców, serwując momentami tak hardkorowe akcje, że uszy, włosy na plecach oraz nie wiadomo co jeszcze (bez skojarzeń) stają dęba! Oczywiście nie tylko w kwestii dynamiki wyścigów, gdzie niezaprzeczalnie czuć prędkość. Podczas gry miałem też głupie wrażenie, że rola uciekiniera jest zdecydowanie łatwiejsza, niż wcielenie się w stróża prawa siedzącego za kierownicą biało-czarnego samochodu. Ale to moje indywidualne odczucie. Wasze może być zgoła odmienne.

Model jazdy? Typowa, czysta, szybka, kartonowa arcade'ówka. Czyli to, czego mogliśmy się spodziewać po kolejnej grze z serii NFS. Nie wiem jak Wam, ale mnie pseudo-symulacyjne SHIFT w ogóle nie przypadło do gustu. Inna sprawa, że licencjonowane wozy, które wrzucone zostały do Hot Pursuit, w swoich klasach nie różnią się praktycznie wcale w aspekcie modelu jazdy. Brak opcji tuningu przekreśla niestety, wraz z postępami w grze i odblokowywaniem kolejnych fur, dumny pochód Waszego ulubionego wózka, który wcale nie musi być ultra-hiper maszyną do seryjnego wyprzedzania. Kolejny raz wszystko jest więc w porządku, ale pewien niedosyt w ustach pozostaje.

Przed przejściem do multiplayera pozostaje jeszcze kwestia oprawy muzycznej oraz wideo. Pierwsza jak zwykle jest klasowa, przy czym EA zdążyło przyzwyczaić nas już do licencjonowanych kawałków na odpowiednim poziomie, więc w ich przypadku uznajemy to za pewnego rodzaju tradycję. Grafika prezentuje się z kolei bardzo ładnie, co z pewnością mieliście okazję zaobserwować w demonstracyjnej wersji gry. Trasy wydają się być trochę zbyt proste i płaskie i, jak już wspominałem, drażni nieco małe zróżnicowanie otaczającego nas terenu, ale w ostatecznym rozrachunku i tak mamy do czynienia z jednymi z najlepiej prezentujących się wyścigów na konsolach obecnej generacji. Gdy zobaczycie słońce uderzające w gałki oczne za pośrednictwem ekranu Waszego telewizora, dokładnie zrozumiecie o czym mówię. Fakt, gry multiplatformowe przyzwyczaiły nas już wysokiego, acz niemożliwego do przeskoczenia poziomu i najnowszy NFS jest tego dobitnym przykładem. Inna sprawa, że niedługo do sklepów trafia Gran Tursimo 5, które prawdodpodobnie zje najnowsze dzieło Criterion Games w temacie oprawy na śniadanie. Ale to oczywiście exclusive, tak więc inna para kaloszy. Jak to się mówi, nie chwalmy więc dnia przed zachodem słońca...

Powiem krótko. Jeżeli macie wielu znajomych, którzy równocześnie z Wami będą grali w NFS: Hot Pursuit, to tytuł Criterion będzie dla Was tym, czym seria Heroes of Might & Magic dla posiadaczy komputerów klasy PC. Syndrom "jeszcze jednego wyścigu" jest tu nader wyczuwalny. Autolog to zwyczajny Facebook w świecie Need for Speed. I uzależnia w podobny sposób. Możemy umieszczać na tablicy nasze najlepsze czasy, chwalić się nimi przed znajomymi i szpanować na dzielnicy, że to właśnie my jesteśmy najlepsi. Można również komentować umieszczone nań zdjęcia. Fani społecznościówek będą wniebowzięci, bo to naprawdę bardzo miły patent. Ale nie to jest tutaj najważniejsze! Powiedzmy, że Twój wynik czasowy na danej trasie to 2 minuty (2:00). Umieszczasz swój wpis na tablicy i dumny z osiągnięcia przechodzisz do dalszej gry. Jakież jest więc Twoje zdziwienie, gdy 10 minut później otrzymujesz za pośrednictwem tablicy Autologa zawiadomienie, iż twój czas został... pobity! Momentalnie wychodzisz do menu gry i sprawdzasz kto tego dokonał. Na tablicy widnieje "Czas Marcina to 1:57, chcesz go pobić?" wraz z komentarzem "Ale jesteś noob!". W tym momencie czym prędzej chwytasz za pada i tylko dwa wduszenia jego przycisków dzielą Cię od przeniesienia się na tę samą trasę i ewentualnego pobicia wykręconego przez Twojego kolegę wyniku. Przecież taka zniewaga wymaga krwi i lepszego czasu. Społecznościowy aspekt rywalizacyjny, genialny interfejs oraz prostota użytkowania. Te trzy zalety wysuwają mi się na pierwszy plan, a uwierzcie mi - byłbym w stanie wymyślić jeszcze z dziesięć. Aż dziwne, że jeszcze nikt nie wpadł na nic podobnego. Prosty pomysł, a cieszy.

Jest też możliwość grania online. Pościgi to zdecydowanie najlepsza sprawa tym bardziej, że ośmiu graczy będących na arenie walki wcale nie musi rozłożyć się w 2 drużyny, w stosunku 4 policjantów do 4 uciekinierów. Można zrobić nawet obławę siedmiu policjantów na tylko jednego uciekiniera, nic nie stoi ku temu na przeszkodzie! Poza pościgami są również najzwyklejsze wyścigi, które jednak nie wywołują już tak ogromnych emocji. Niestety, ogromnym zaniedbaniem w NFS: Hot Pursuit jest brak możliwości gry na podzielonym ekranie (split-screen). Szkoda, bo tytuł ten aż prosił się o podobny tryb. Wydaje się być mu przeznaczony, więc dlaczego Criterion nie postanowiło umieścić go w grze? Czyżby płatne DLC? Jeżeli tak - będę pierwszym, który w takowe zainwestuje. Jestem jednak pewien, że wielu z Was właśnie przez brak możliwości gry "na dwóch" na jednej konsoli zrezygnowało z zakupu tej gry. I nie ma się czemu dziwić.

Tak, Need for Speed: Hot Pursuit to produkt, w który zdecydowanie warto zagrać. Nie jest fenomenalny i nowatorski, ale w tym co oferuje, okazuje się być dopracowany w praktycznie każdym detalu. Jest dynamicznie, sycąco i bardzo efektownie. Czuć tutaj rękę mistrzów odpowiedzialnych za pewną kultową markę konsolowych wyścigów. Nie dajcie się jednak zwieść. NFS: Hot Pursuit to nie nowy Burnout! Może wygląda tak na prezentowanych w Sieci filmikach czy obrazkach, ale po zagraniu w tytuł dobitnie przekonacie się, że to najzwyklejszy w świecie spadkobierca starego, wydanego kilka dobrych lat temu Hot Pursuit na komputery klasy PC. Podzielający jego wszystkie zalety, dodający także kilka wad oraz fenomenalny facebook'owy system współzawodnictwa między graczami. Ostrzegam jednak, jeżeli jesteś zadeklarowanym konsolowym singlem i w grach cenisz sobie wyłącznie rozgrywkę dla pojedynczego gracza, Hot Pursuit może troszkę Cię rozczarować. Nie powinno, ale istnieje taka możliwość. Gdyby nie dopingujący do przyjemnego spędzania z grą czasu Autolog, ocena z pewnością byłaby o pół oczka niższa i wyniosłaby 8+. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z wyścigowych hitem, który każdy szanujący się fan ścigałek arcade powinien mieć w swojej kolekcji. I tyle.