Na początek ważna sprawa. Nier w Kraju Kwitnącej Wiśni ukazało się w dwóch odmiennych tematycznie wersjach - Nier: Gestalt jako exclusive dla X360 oraz Nier: Replicant wyłącznie dla PS3. Rynki anglojęzyczne nie mają jednak tak dobrze, w wyniku czego w USA oraz Europie ukazała się jedna wersja gry na obie wiodące konsole stacjonarne, zatytułowana zwyczajnie - Nier.

Nier to imię głównego bohatera gry, który - nie bójmy się tego powiedzieć - jest najbrzydszym protagonistą jakiego od dawien dawna spotkałem w grze wideo. To pierwszy wstrząs od momentu odpalenia gry, gdyż zazwyczaj grach tworzonych przez Japończyków do czynienia mamy z przystojnymi bishonenami, których płeć rozpoznawalna jest wyłącznie dzięki barwie ich głosu. Niestety, na naprawdę fajnej okładce widzimy męską postać momentalnie kojarzącą się nam z prawdziwym twardzielem. Gra przedstawia z kolei przypakowanego osiłka, którego facjata przypomina niezadowoloną twarz górnika z 40-letnim stażem. Deweloper powinien zadbać o to, by główny bohater był postacią charyzmatyczną na tyle, byśmy mogli bez problemu wczuć się w jego sytuację. W przypadku Kratosa przyciągała nas jego niepodważalna brutalność oraz bezwzględność, w przypadku Snake'a będzie to wspaniała kreacja. W przypadku Niera czujemy z kolei odrzucenie.

Niedaleka przyszłość, zniszczone miasto pokryte ogromną ilością śniegu. Pośród białego puchu widzimy małą dziewczynkę u boku siwowłosego mężczyzny, starającego się za pomocą kija odpędzić czarne monstra zbudowane z dymu oraz cienia. Tak właśnie rozpoczyna się gra, która po niespełna 10 minutach przenosi nas o całe 1000 lat w przyszłość nie tłumacząc niczego poza tym, iż stary świat został doszczętnie zniszczony, a ludzkość wymordowana przez wspomnianą tajemniczą rasę. Na domiar złego świat opanowuje wirus o szumnej nazwie „Black Scrawl” za który odpowiedzialna jest tajemnicza księga Grimoire Noir, której przeciwstawić może się tylko opozycyjna księga Grimoire Weiss. I teraz zagadka: jak myślicie - w posiadaniu której księgi jest główny bohater gry? Według dewelopera gra posiada 30 różnych zakończeń, i liczba ta robi nie lada wrażenie. Niestety, w parze z ilością nie idzie jakość, bowiem fabuła okazuje się być trudna do przyswojenia, pozostawiając bardzo wiele niedomkniętych wątków i garść pytań.

Ocena poziomu grywalności Nier to nie lada orzech do zgryzienia dla recenzenta. Z jednej strony gramy na zasadzie "jeszcze jedna misja i idę spać", z drugiej struktura każdej z owych misji okazuje się być prosta jak budowa przysłowiowego cepa. Przejdź z punktu A do punktu B i wykonaj zadanie, wróć sprawdzić jak czuje się twoja córka i powtórz. Nawet zagadki, które występują w grze są skonstruowane tak, by raczej boleśnie godzić w poziom naszej inteligencji zamiast ją stymulować. Szczególnie ciężki jest początek gry, który polega na bieganiu z jednego końca mapy na drugi i rozmawianie z różnymi ludźmi oraz... zabijaniu owieczek. Walka, która występuje pod postacią hack'n'slash, sprowadza się przede wszystkich do mashowania jednego przycisku nawet pomimo faktu, że z biegiem czasu odblokowujemy nowe ciosy oraz combosy. Dodatkowo po zdobyciu książki Grimoire Weiss otrzymamy możliwość rzucania zaklęć. I fajnie, ponieważ niektóre z nich są naprawdę potężne, ale co z tego, skoro zdecydowana większość okazuje się być zbyteczną? Co ciekawe nasz pasek Mana Points bardzo leniwie się regeneruje, co w opozycji do szybkiego zużywania punktów magii za rzucanie kolejnych czarów daje mizerny efekt. Weiss może co prawda niczym wampir zassać krew poległych oponentów, regenerując tym samym MP, i jest to naprawdę fajny patent.

Deweloper udostępnił w grze trzy rodzaje broni: miecz jednoręczny, dwuręczny oraz włócznię. Wybór wydaje się ważki tylko z pozoru, gdyż ilość dostępnego oręża jest naprawdę potężna. Szkoda tylko, że wady oraz zalety poszczególnych typów oręża nie zostały należycie zbalansowane. Po zdobyciu włóczni nigdy jej nie porzucimy na rzecz jakiegokolwiek innego miecza, gdyż jest ona potężna, Nier operuje nią naprawdę szybko. No i jeszcze ten zasięg, które powstydziłaby się konkurencja. Każdy ekwipunek zdobyty podczas wędrówki możemy ulepszać poprzez znalezione „Słowa”. Jest to chyba jedyny należycie rozwinięty element RPG w Nier. System levelowania postaci jest bowiem ograniczony do bólu, nasza postać awansuje na wyższe poziomy automatycznie i nie istnieje w grze cokolwiek pokroju podwyższania statystyk czy umiejętności naszej postaci po awansie na wyższy poziom doświadczenia.

Rozgrywka potrafi co prawda wciągnąć na długie godziny i jak to bywa w grach tego typu nie wiemy kiedy te godziny mijają. Problem w tym, że sytuacja ta stanie się faktem wyłącznie w przypadku zatwardziałego fana staroszkolnych nawalanek pokroju Dynasty Warriors. Deweloper starał się zróżnicować gameplay jak tylko mógł: otrzymaliśmy możliwość łowienia ryb, uprawiania ogródka, nie wspominając już o lokacjach, które zasadniczo różnią się między sobą w sferze designu. Mamy nawet coś na wzór tajemniczej posiadłości z Resident Evil, za co producentom należą się gromkie brawa. Z drugiej strony bardzo razi notoryczny backtracking oraz bardzo często występujące w grze paski ładowania. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że potrafią one trwać nawet po kilkanaście sekund! Jest co prawda opcja instalacji gry i skrócenia wspomnianych loadingów, ale w dalszym ciągu dają się one przeciętnemu graczowi we znaki.

Jak już wspominałem - Nier jest paskudny i niestety nie dotyczy to tylko i wyłącznie głównego bohatera, ale całej gry. Wprawdzie każda lokacja w grze jest niezwykle rozległa i niektóre potrafią przykuć oko swoim designem, to niestety nie mogłem pozbyć się wrażenia, że gra tworzona była z myślą o PlayStation 2/Wii i w pewnym momencie zdecydowano przenieść deweloping na mocniejsze konsole poprawiając tylko jakość tekstur. Do tego wszystkiego zawodzi animacja postaci. Nasz bohater podskakuje w dziwnie nienaturalny sposób, biega wprawdzie zwinnie i dynamicznie, podobnie walczy, ale całości daleko do wykorzystania mocy konsoli Sony. Synchronizacja ruchu ust z wypowiadanymi kwestiami dostosowana została tylko i wyłącznie do japońskiej wersji gry, co bardzo widzimy na ekranie naszych telewizorów. Praca kamery również zawodzi. Wprawdzie mamy w tej kwestii dowolność, bo możemy ustawić kamerę na automatyczne śledzenie bohatera czy wręcz przeciwnie sami nią sterować, ale często podczas walki Nier potrafi gdzieś zniknąć i trzeba kombinować, żeby go znaleźć. Nasza córeczka i pozostali współtowarzysze razem z zastępem NPC również nie prezentują się jakoś szczególnie. Wprawdzie Kaine jest naprawdę ładną laską, co przez dosyć skąpy kostium potrafi zadziałać na wyobraźnię. Gorzej gdy okazuje się, że jest ona tak naprawdę obojnakiem (magia jej wyglądu znika od razu). Do tego wprost przeraża nudny design przeciwników. Shades są generalnie zrobieni na jedno kopyto i nie pomaga tu nawet zróżnicowany wygląd bossów. Najgorzej jednak ze wszystkiego prezentuje się krew, która od samego początku gry leje się hektolitrami. Nieważne czy zarzynamy owieczki na polu, czy dosyć „pusto” wyglądające Cienie - krew leje się strumieniami i nie przypomina niczego, co za panowania PS3 oraz X360 określilibyśmy mianem płynu ustrojowego.

Co innego jeżeli chodzi o stronę audio. Muzyka wypada bardzo dobrze. Większość lokacji posiada bardzo przyjemny dla ucha motyw. Delikatny kobiecy wokal i spokojny gitarowy riff relaksują, wprowadzając gracza w błogi nastrój. Trochę gorzej sprawdza się muzyka w zamkniętych pomieszczeniach, w jednym z podziemi zapętlony chór kościelny doprowadził mnie do skutecznego zmutowania telewizora, gdyż nie zapowiadało się na to, że lokację będzie dało się w szybkim tempie opuścić. Na szczęście przyjemne rytmy to zdecydowana większość ścieżki dźwiękowej i dzięki nim graczowi łatwiej jest zatopić się w świecie Nier.

Nie miałem okazji testować japońskiego voiceactingu, a to głównie za sprawą tego, że angielski spisuje się kapitalnie. Największe brawa należą się aktorowi podkładającemu głos... książce. Grimoire Weiss z kapitalnym brytyjskim akcentem rzuca świetne i cięte teksty w stronę Nier. Ciętych ripost pozazdrościł by Weissowi nawet House. Pozostali aktorzy również dobrze spisali się w swoich kwestiach, ale to głos Weissa decyduje o tym, że lokalizacja wypada znakomicie. Zbyteczna wydaje się jednak duża liczba przekleństw które atakują uszy gracza od samego początku gry. Co najbardziej dziwi, to fakt, że nie spotykamy żadnych baboli językowych, które tak często występują w grach tworzonych przez japońskich deweloperów.

Nier to tytuł bardzo trudny w ocenie. Jeżeli przyłożyłoby się ją do byle jakiej gry stworzonej przez zachodniego wydawcę to wypada on słabo... bardzo słabo. Sztampowe misje, słaba grafika czy skiepszczona praca kamery. Ciężko tak naprawdę poza muzyką wskazać element 100%-owo przyciągający do tej gry, choć z pewnością takowy istnieje, bo pomimo ogromu wad tytułu bawiłem się z nim całkiem nieźle. Nier z całą pewnością spodoba się fanom gatunku, którzy bez żadnej zachęty zanurzą się w świat gry i nie będą chcieli się z niego wydostać, a po skończeniu gry zaraz zabiorą się za ponowne jej przechodzenie. Pomimo tego, nawet oni dostrzegą wady tej produkcji aczkolwiek powinni do mojej oceny dodać jedno oczko. Reasumując więc: jeżeli nie jesteś fanem przygodowych gier action RPG to trzymaj się od nich z daleka, jeżeli kochasz japońskie gry i pewne archaizmy nie są ci straszne - powinieneś sprawdzić Nier. Istnieje duża szansa, że zakochasz się w tej grze. Nie przesadzam.