Jest wielka piłkarska impreza, jest i nowa gra od EA Sports. Graczom lubującym się w kopaniu wirtualnej piłki schemat ten dawno wszedł już w krew, choć zapewne woleliby dostawać w ciągu roku jedną grę, która traktowała by i o rozgrywkach klubowych i mistrzostwach świata. Tak łatwo jednak nie ma i żeby w pełni cieszyć się oficjalną licencją afrykańskiego turnieju musimy zainwestować kolejne pieniążki, co od razu rodzi pytania: dla kogo jest FIFA World Cup? Jakie niesie ze sobą zmiany i czy warto inwestować w drugą kopankę w sezonie? Odpowiedzi na nie postaram się udzielić w niniejszej recenzji.

Jeśli chodzi o kosmetykę i otoczkę, czyli aspekty w których chłopaki z EA Sports osiągnęli małe mistrzostwo świata, jest tak, jak można było się spodziewać. Pewnikiem w grze było nowe, nota bene klimatyczne, menu, kolejna porcja licencjonowanej muzy czy wszechobecna morda Zakumiego - zielonowłosego leoparda będącego maskotką mistrzostw. Teraz wybierając drużynę obracamy globem, na którym podświetlone jest terytorium danego kraju, co jest zwyczajnie miłe dla oka. W samej grze upchnięto też nieco ciekawostek i informacji na temat każdej z drużyn. Podobnie miło łechta fakt, że EA nie pokpiło sprawy i oddało do naszej dyspozycji oszałamiającą liczbę 199 narodowych reprezentacji (spośród 204 jakie zrzeszone są w FIFA). Zatem jeśli marzyłeś kiedyś, by doprowadzić do mistrzostwa globu reprezentację Wysp Dziewiczych, to teraz nic nie stoi na przeszkodzie. Jeśli chodzi o kosmetykę to dodano też kilka ciekawych rzeczy. Piłkarze mają trochę nowych animacji (choć nie wiedzieć czemu, niektórzy wydają się do siebie mniej podobni niż w FIFA 10), powtórki zyskały dynamiczne kamery i ujęcia zmieniające się tak, by lepiej ukazać np. moment strzału, a pomeczowe statystyki wyświetlane są na wygodnym schemacie, przedstawiającym ustawienie naszej drużyny.

To co od razu pozytywnie uderza w nowej piłeczce od Elektroników to oczywiście sama atmosfera mundialu. Mamy tu naturalnie wszystkie stadiony na których rozgrywane będą finały (jak i po kilka obiektów przypisanych do każdego kontynentu), oficjalny meczowy „zegar” mistrzostw i oprawę godną wielkiej piłkarskiej imprezy. Przed pierwszym gwizdkiem strzelają fajerwerki, kibice rzucają na murawę morze mieniących się w blasku afrykańskiego słońca konfetti, które potem zalega na boisku, a podczas meczu żywiołowo dopingują swoich idoli. Prym wiodą tu fani z Afryki, ponieważ gdy w szranki staje któraś z drużyn z Czarnego Lądu na trybunach panuje istna feta. Trąbki, granie na bębenkach i śpiewy to normalka i nie ukrywam, że bardzo przyjemnie chłonie się wówczas sączącą się z ekranu atmosferę. Dodatkowo podbiją ją przerywniki pokazujące kibiców, którzy zależnie od sytuacji na boisku są roztańczeni lub posępni, oraz samych trenerów, którzy nerwowo gestykulują przy ławkach i przekazują ostatnie wskazówki dającemu właśnie zmianę zawodnikowi. Selekcjonerzy pojawili się już w EURO 2008 i niestety, podobnie jak tam, tutaj również twórcy podeszli do sprawy wybiórczo. Franza Smudy oczywiście nie uświadczymy, bo i nie spodziewałbym się, że każda kadra dostanie swojego wirtualnego szkoleniowca.

Mimo to o trenerów 32 drużyn biorących udział w mistrzostwach można było się postarać, a tak mamy sytuację, że obecny jest na przykład Kim Jeong-Hoon - selekcjoner Korei Północnej, a nie ma przecież o wiele bardziej znanego Svena-Gorana Erikssona prowadzącego Wybrzeże Kości Słoniowej. Niemniej miło jest zobaczyć choćby wirtualnego Diego Maradonę (twarze zyskały na jakości od czasów EURO), choć przerywniki z trenerami to jedynie kolejne upiększacze, które mogą drażnić. W World Cup jest ich momentami po prostu za dużo, bo nie raz zdarzy się sytuacja gdy oglądamy powtórkę faulu, w międzyczasie jest zmiana zawodników, a dodatkowo gra pokaże nam facjatę trenera i kibiców, a my zamiast grać klepiemy w X aby przewinąć kolejne animacje. Oprawa wypada jednak zdecydowanie in plus, w czym udział ma też świetny komentarz (tym razem angielski, bo EA nie planuje polskiej edycji gry) nawiązujący do poprzednich spotkań jakie rozegraliśmy i smaczków z historii mistrzostw. Sama gra wydaje się też ciut ładniejsza od swojej starszej siostry.

Wgryźmy się zatem dalej w temat i prześwietlmy tryby, jakie oferuje mundialowa FIFA. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście możliwość rozegrania turnieju w RPA, który możemy rozpocząć już od finałów lub cofnąć się do początku, czyli eliminacji. Oczywiście o ile przebijanie się przez kwalifikacje nie ma sensu w przypadku Brazylii czy Anglii, to warto pobawić się tak kadrami, które umoczyły sprawę w realnym świecie. Dzięki temu przy odrobinie szczęścia odwrócimy losy historii, nie powielimy błędów, które popełnił Beenhakker i wraz z Polakami wywalczymy przepustki na afrykański czempionat. Szkoda, że nasi wirtualni kopacze nie grzeszą podobieństwem do żywych odpowiedników, co ze zdumieniem stwierdziłem nawet w przypadku znanego przecież Artura Boruca. Rozpoznać da się w zasadzie jedynie Błaszczykowskiego, a najbardziej podobnych do siebie jest Robert Lewandowski, co nie dziwi biorąc pod uwagę fakt iż napastnika Lecha był twarzą polskiej FIFY 10. Autorzy nie szaleli również z aktualnością jeśli idzie o skład kadry i na ławce mamy choćby Jurka Dudka, a w pierwszym składzie Jacka Krzynówka. Choć to nie tylko problem Polaków, bo np. w Anglii nadal na lewej obronie hasa Wayne Bridge, który przecież zrezygnował z gry w kadrze. Szkoda również, że nie dano nam możliwości powoływania zawodników spośród tych, którzy znaleźli się w grze. Patent ten fajnie sprawdzał się w Pro Evolution Soccer, tu natomiast mamy z góry ustaloną kadrę na eliminacje, zatem i wybór jest ograniczony.

O ile tryb World Cup jest niejako odpowiednikiem Trybu Menedżerskiego, to Captain Your Country (nie powiem, skrót CYC jest całkiem zgrabny, hehe) to wariacja na temat Zostań Gwiazdą. Tutaj również przejmujemy kontrolę nad jednym zawodnikiem w drużynie (jest oczywiście obecna kamera zza pleców), którego możemy stworzyć od podstaw lub importować z tegorocznej FIFY (nie wiem czemu jednak gra... zeruje nam statystyki). Zaczynamy jako kadrowy żółtodziób, w spotkaniach reprezentacji B. Stopniowo, dzięki dobrym występom, w których konsola ocenia naszą grę, zdobywamy doświadczenie i rozwijamy swojego grajka, a celem nadrzędnym jest dla nas zostanie kapitanem narodowej jedenastki i wzniesienie w górę Pucharu Świata. Czyli wypisz wymaluj stary tryb, ale w nowych, mundialowych szatach.

Całkowitą nowością jest natomiast coś, co zowie się historią eliminacji. W trybie tym zebrano co ciekawsze mecze z kwalifikacji (jest choćby spotkanie Irlandii z Polską) i przedstawiono w formie scenariuszy. Stoją przed nami zadania typu: przegrywasz 0:1, do końca meczu pozostało 15. minut, wygraj lub zremisuj. Za każdy zaliczony scenariusz dostajemy punkty, a gdy już przebrniemy przez „misje” związane z eliminacjami, czekają na nas zadania z ostatnich mistrzostw świata w Niemczech. Jednak najciekawszym patentem jest to, że podczas trwania turnieju w RPA autorzy będą wrzucać do netu scenariusze z dotychczas rozegranych spotkań, co na pewno jeszcze bardziej pozwoli przeżywać realne zmagania. Patent przedni, podobnie jak znana już z EURO 2008 Bitwa Narodów. Ten sieciowy tryb polega na zbieraniu punktów do ogólnoświatowego rankingu państw (Polska obecnie jest na 22. pozycji).

Wybieramy reprezentowanych przez nas kraj (potem jednak nie musimy rozgrywać meczów Polakami), a wszystkie zwycięstwa i punkty jakie ugramy, wrzucane są „do jednego wora” z resztą wyników graczy z Polski. Świetna sprawa, bo wreszcie można zweryfikować poglądy na tema tego, w którym kraju są najwięksi wymiatacze w wirtualny futbol. Bitwa Narodów daje mnóstwo zabawy i jest czymś czego nie uświadczysz w „klubowej” FIFIE. Można traktować ją jako wizytówkę gry, dlatego zupełnie nie rozumiem, czemu EA okroiło ten tryb względem tego co dostaliśmy dwa lata temu. Teraz do rankingu liczą się wyłącznie mecze rozegrane online, same punkty przyznawane są czasem nie wiadomo za co, nie możemy też podejrzeć jaki mamy dorobek na tle pozostałych graczy z ojczyzny. Czemu miało służyć takie „kastrowanie” dobrego pomysłu wiedzą już chyba tylko sami autorzy.

Pora wybiec na boisko i napisać trochę o odczuciach płynących z samej gry, bowiem w tej materii również zaszło kilka zmian. Tempo akcji wydaje się ciut dynamiczniejsze niż w FIFA 10, ale to zmiana w sumie nieistotna, bo możemy je regulować za pomocą odpowiedniego suwaka. Utrudniono nieco życie graczom preferującym wrzutki, gdyż dograć teraz piłkę „na nos” w pełnym biegu jest znacznie trudniej. Tak samo trudniej pokonać bramkarza z rzutu wolnego oraz lobem, choć to ostatnie zaliczam na plus, gdyż w poprzedniej edycji gry prostota z jaką golkiperzy nabierali się na piłki „za kołnierz” była zastraszająca. Jednak dla mnie najistotniejszą zmianą jest ulepszenie strzałów „z kwadrata” („kółko” przy podstawowym obłożeniu pada). Są one znacznie energiczniejsze i nie kończą wysoko nad poprzeczką, co jeszcze niedawno miało miejsce. Uderzona futbolówka leci szybciej i nie wznosi się tak do góry, zatem znacznie częściej padają bramki z dystansu, bo po prostu prościej teraz o soczystą bombę sprzed pola karnego. Pogrzebano też nieco przy zachowaniach sędziów i według mnie arbitrzy bywają zbyt czepialscy.

Co prawda fajne jest to, że potrafią teraz pokazać kartoniki dwóm zawodnikom jednocześnie, ale odgwizdywanie faulu przy niektórych wejściach ciałem jest lekką przesadą. Dlatego przygotujcie się na więcej przerw w grze, oraz więcej wolnych w obrębie pola karnego jak i samych „jedenastek”. Sędziowie na wapno wskazują nader często i zdarzało się tak, że karnego dostawałem w każdym z trzech meczów grupowych. Może autorzy chcą w ten sposób zwrócić naszą uwagę na całkiem nowy system strzelania z jedenastego metra? Karne zalatują teraz nieco arcadówką, ponieważ najpierw musimy w odpowiednim momencie zatrzymać latający wskaźnik, potem trzymać kwadrat, by nabić pasek symbolizujący siłę strzału, a następnie wybrać kierunek w którym uderzymy. Mimo to mamy teraz większą kontrolę nad piłką, a patenty typu markowania strzału od razu wywołują uśmiech na twarzy. Dobrze, że EA zdecydowało się tchnąć w ten element piłkarskiego rzemiosła nieco świeżości.

Dobijamy do końca, zatem należałoby się określić i nareszcie powiedzieć Wam, czy warto w nową FIFĘ zagrać. Odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca, choć tylko z pozoru wydaje się prosta. Gdyby World Cup był kosztującym nawet 100 złotych DLC, śmiało mógłbym go polecić absolutnie każdemu. Tak jednak nie jest, a za mundialową oprawę i oficjalne logosy przychodzi nam płacić słoną cenę i zwyczajnie nie każdemu musi się to uśmiechać. Jeśli nie jestem zwichrowanym na punkcie futbolu maniakiem szarpiącym w piłeczkę dzień w dzień, a jedynie raz na jakiś z kumplami, a do tego tak naprawdę zwisa Ci cała otoczka tu zaserwowana, to spokojnie obejdziesz się bez mundialowej FIFY. Jeśli jednak z niecierpliwością odliczasz czas do pierwszego meczu w RPA, a potem masz zamiar śledzić od pierwszej do ostatniej minuty wszystkie spotkania, wliczając w to hity pokroju starć Algierii ze Słowenią czy Hondurasu z Chile, to nie masz wyjścia. South Africa musisz po prostu mieć, wszak tegorocznych mistrzostwa przeżyjesz w pełni dopiero wówczas, gdy w czytniku twojego PS3 zakręci się płytka z najnowszą produkcją EA Sports.