Dacie wiarę, że Limbo wyszło już 8, a Inside 2 lata temu? I przez cały ten czas oba tytuły omijały szerokim łukiem wszystkie ówczesne platformy Nintendo! Szczęśliwie, fani Big N nareszcie mogą zasmakować ponurego klimatu obu pozycji duńskiego studia Playdead. Podejrzewam, że przez ten czas każdy zdążył już ograć co najmniej Limbo, ale jeśli wśród Was są szczęśliwcy, którzy do tej pory mieszkali w jaskini na odludziu, to chciałbym Was zapewnić, że warto było czekać tyle lat. A jako, że omawiane tu pozycje wyszły nawet na smartfony, to od razu zaznaczę, że o jakość wykonania nie ma co się martwić. 

Zarówno Limbo jak i Inside w założeniach są platformowymi grami logicznymi, gdzie rozwiązując stosunkowo proste zagadki pchamy “fabułę” do przodu, dostając się w kolejne obszary opowieści podzielonej na kilkanaście rozdziałów. To, co wyróżnia pozycje Playdead na tle innych tego typu jest klimat. Klimat z gatunku tych, które można kroić nożem. Limbo przedstawia nam historię chłopca budzącego się w mrocznym lesie pełnym niebezpiecznych pułapek, dziwnych mechanizmów i ogólnego poczucia zaszczucia. Inside opowiada nam… historię chłopca wbiegającego do mrocznego lasu pełnego niebezpieczeństw. W tym miejscu podobieństwa fabularne się kończą, bo obie pozycję odbiegają w całkowicie różnym kierunku, jednak rozgrywka w obu jest praktycznie identyczna. Nie chcę opowiadać zbyt wiele o historii obu pozycji, bo uważam, że należy je przeżyć samemu. Powiem tylko, że o ile Limbo nie zrobiło na mnie aż tak wielkiego wrażenia fabularnie (a przechodziłem go już wielokrotnie wcześniej), tak Inside zrobił mi taką siekę z mózgu, że przez całą noc rozmyślałem nad tym co właśnie zobaczyłem. 

Klimat gier utrzymywany jest przede wszystkim przez specyficzną szatę graficzną oraz strefę audio. Limbo jest dwuwymiarową grą skąpaną w całości w odcieniach szarości, dodatkowo przykrytą mnogimi filtrami, stwarzając efekt oglądania gry przez stary kineskop. Inside idzie tu o krok dalej, prezentując nam już nie tylko płaski świat z prostym podziałem na warstwy obrazu, ale pełnoprawną grę 2.5D, w której tło jest momentami równie ważne co pierwszy plan. Zaczynają też tutaj pojawiać się inne barwy, nie tylko czerń i biel. 

W obu pozycjach muzyka jest bardzo ograniczona, zazwyczaj słyszymy jedynie dźwięki otoczenia i naszych kroków, jednak w chwilach w których pojawiają się ambientowe dźwięki przepuszczone przez ludzką czaszkę (!) włos jeży się na głowie i rękach, przyspieszając puls i wzmagając pocenie się rąk. Bo Inside i Limbo to nie tylko gry platformowo logiczne. To jedne z bardziej męczących psychicznie gier w jakie miałem przyjemność grać. Poczucie zaszczucia jest tu obecne praktycznie cały czas, zagrożenie, czy poczucie niebezpieczeństwa nie mija praktycznie wcale, a obrazy jakie nam przyjdzie zobaczyć w grze skutecznie nas przerażają. Nie są to może horrory z krwi i kości, ale dawno nie czułem się tak niekomfortowo i napięty podczas grania w grę wideo. 

Musicie mi wybaczyć tak mocne ogólniki, ale, jak wspomniałem wcześniej, wychodzę z założenia, że obie pozycje lepiej po prostu przeżyć na swój sposób, bez wielu informacji od drugiej osoby. Tak naprawdę, jedyne co musicie wiedzieć, to że obie historie starczają na około 3 godziny każda. Tyle. A teraz - jeśli nie zrobiliście tego przez 8 lat - zagrajcie proszę w Limbo. A jak się Wam spodoba, ograjcie również Inside, który jest fantastycznym rozwinięciem poprzedniej gry Playdead.