Ekipa Pixelated Milk na swoje debiutanckie dzieło wybrała niezwykle ambitny projekt stworzenia rasowego jRPG-a prosto znad Wisły. Idea od samego początku wydawała się być bardzo ciekawa, dlatego też zbiórka funduszy na Kickstarterze, którą przeprowadzono jeszcze w 2015 roku, zebrała aż 2710 osób, które zrzuciły się na grę kwotą ponad 90 tysięcy dolarów. Dzięki takiemu nakładowi funduszy i otrzymanemu wsparciu z zewnątrz, Warszawiacy byli w stanie zrealizować ambitną wizję.

Fabularnie Regalia doskonale rozumie swoje założenia i przez cały czas stara się iść dokładnie w tym samym kierunku, co cała pozostała koncepcja twórców. Wcielamy się tu w skórę młodego szlachcica znanego jako Kay Loren, który to nagle dowiaduje się od swojego umierającego ojca, że jest prawowitym dziedzicem wielkiego zamku i należących do niego włości w regionie Rashytil. Podekscytowany świetną wiadomością chłopak postanawia zatem ochoczo wyruszyć w nieznane, gdzie towarzyszyć mu będą obie jego siostry i nadworny przyjaciel-ochroniarz Griffith.

Puk, puk – przyszedłem po długi

Szybko okazuje się bowiem, że wizja bogactwa, pozłacanych salonów i wspaniałych ogrodów była zbyt piękna, aby była prawdziwa. Na miejscu zamiast lśniących posiadłości zastajemy nietykane od setek lat ruiny. Wszystkie budynki rozsypały się już ze starości, plac miejski ma nawet popękane podłoże, a w komnatach królewskich osiadł tak duży kurz, że ciężko było dojrzeć meble.

Jak się możemy domyślić, grupka rozpalonych podróżników nie jest całą sytuacją zachwycona, a na domiar złego, co chwilę pojawiają się nowe kłopoty. Po pierwsze Kay nieco się pomylił i zamiast herbatki, wypił prochy swojego pradziadka, który to przebudzony z wiecznego snu, w spirytystycznej formie doradzać będzie nowo poznanym wnukom. No i teraz najgorsza sprawa. Do naszych drzwi zapukał… komornik.

Okazuje się, że jeden z pradawnych przodków rodu Lorenów, narobił królestwu takich długów, że po swoją należność, nawet po nie wiadomo jak wielu latach, zgłasza się uprzejmy jegomość z ogromniastymi ochroniarzami. Sprawa jest prosta – albo spłacimy w kilku ratach to, o co grzecznie prosi windykator, albo całe Rashytil przechodzi w jego łapska. Nieco niechętnie, ale jednak decydujemy się podjąć to niezwykle ciężkie wyzwanie – ciężkie, bo terminy nie znają litości.

Wokół tego właśnie rdzenia toczy się tu absolutnie wszystko. Przy każdym z aktów opowieści mamy do zagospodarowania zaledwie 55 dni, podczas to których musimy wykonać co najmniej 5 zadań królewskich, dzięki którym to z kolei udowodnimy, że pracujemy nad spłatą długu i otrzymamy kolejne kilka tygodni cennego czasu.

Zadania te podzielone są na kilka kategorii i dotyczą w sumie każdego z istotnych aspektów rozgrywki. Aby przetrwać musimy zatem wyczyścić wszystkie „dungeony”, zaprzyjaźniać się z mieszkańcami miasta, rozbudowywać samą jego infrastrukturę, wykuwać nowy ekwipunek, łowić rybki, czy też tworzyć mikstury chemiczne. Warto tutaj pamiętać o tym, aby tworzyć tak dużo różnych plików zapisu rozgrywki ile się tylko da. Żyjąc na jednym szybko przekonacie się, że to fatalny pomysł - Regalia nie będzie się z wami cackać. Nie wykonałeś zadań? Koniec przygody, miłej zabawy od samego początku gry – nie aktu, gry!

Spędzimy razem dzień?

Każda z wymienionych wyżej czynności wymaga oczywiście czasu, dlatego też mając go tak mało, musimy sobie wszystko porządnie zaplanować. Spojrzeć z kim mamy jakie relacje, zobaczyć jakiego ich poziomu wymaga misja i następnie przystąpić do wspólnego spędzania dnia. Pomiędzy przeskokami w etapach znajomości, spotkania są zwykłą kilkusekundową scenką, gdzie nic ciekawego się nie dzieje, lecz od czasu do czasu będziemy musieli wysilić nieco mózg i porozmawiać ze swoimi „podwładnymi”. Konwersacja taka ma drzewko odpowiedzi na pytania, gdzie w zależności od naszej reakcji relacje polepszą się o odpowiednią wartość.

To samo tyczy się także budowania, czy zwykłego rybołówstwa – musimy spędzić co najmniej 24 wirtualne godziny na tym, aby wznieść daną budowlę lub ją ulepszyć, bądź też aby posiedzieć nad rzeczką i schwytać parę rybek w prostej mini gierce. System rozwoju miasta zaś opiera się na prostym podnoszeniu jakości danych konstrukcji, co daje nam lepsze bonusy do królestwa, a także zużywa zbierane na wyprawach surowce i zasoby pieniężne w postaci waluty DLC.

Bardzo ważnym aspektem rozgrywki jest tu oczywiście walka i wspomniane już przygody w dungeonach. Te rozsiane są na kolorowym arkuszu mapy świata, gdzie do każdego z nich dojście zajmuje od 1 do nawet kilku dni (co też znacząco wpływa na planowanie). Gdy zdecydujemy już gdzie chcemy się wybrać, dana lokacja opisana jest kilkoma informacjami – liczbą walk, scenek fabularnych, zadań tekstowych oraz dni, które poświęcimy na jej eksplorację.

Same miejscówki nie są nam tak naprawdę oddane do pełnego przeszukiwania, gdyż ich strukturę obserwujemy jedynie w formie prostego diagramu z ikonkami ukazującymi typ stojącego przed nami questa. Co ważne, grę możemy zapisywać tylko w jednym miejscu, gdzie symbolicznie stoi nasze obozowisko – tam możemy się raz na całą wyprawę wyspać i oczywiście zapisać stan zabawy przy odwiedzinach namiotu.

Zanim przejdziemy do omawiania systemu bitewnego, warto na chwilę zatrzymać się przy misjach tekstowych, jakie oferuje nam Pixelated Milk. Te wzorem bardzo staroszkolnych klasyków, przedstawiają nam naprawdę kapitalnie napisane historyjki, gdzie w zależności od tego, jakiego wyboru dokonamy, ujrzymy różne ich zakończenia. Od walki z bandą szczurów, bo zrobiliśmy krok za daleko, aż po otrzymanie punktów doświadczenia za muczenie do krowy.

Za Króla Key'a!

Pora zatem wgryźć się w samo mięsko całej Regalii, czyli taktyczny system walk inspirowany takimi hitami jak Final Fantasy Tactics, Tactics Ogre czy też Disgaea. Każda arena, na której przyjdzie nam toczyć bój, podzielona została siatką wyznaczającą zasady oraz ukazującą możliwości danych zagrywek. Niezależnie od tego czy bijemy się nad rzeką, na pustyni, lodowcu czy w lesie, obowiązują nas zawsze te same reguły – musimy wroga dosięgnąć i mieć czyste pole widzenia, aby być w stanie go skosić.

A narzędzi do tego mamy co niemiara. Każda z postaci posiada koło umiejętności, gdzie każda z nich ma swoje mocne i słabe strony, a także daje unikalne efekty, więc można śmiało powiedzieć, że nie ma tu nic zbędnego czy niewłaściwie zaprojektowanego. Nie są to może oczywiście najbardziej innowacyjne pomysły w historii gatunku i niekiedy gra kopiuje samą siebie (doskok z atakiem ma zarówno zwinna łowczyni jak i strażnicza zbroja z duszą), lecz w ferworze walki przydać się może wszystko.

Dzięki wielowarstwowemu rozwojowi postaci, miłośnicy długiego główkowania nad taktyką będą tu usatysfakcjonowani. Dlaczego? Na zdolności bojowe wpływają w Regalii zarówno takie rzeczy jak uzbrojenie jak i relacje pomiędzy towarzyszami czy punkty umiejętności rozdawane w perki. Te zaś dzielone są na dwie kategorie – zwykłe boostery pokroju „+4 do inicjatywy” oraz te specjalne powiązane z konkretną cechą postaci, jak na przykład nieograniczony zasięg danego ataku.

To co trzeba ekipie Pixelated Milk przyznać, to spory wysiłek włożony w zbalansowanie zabawy oraz naszykowanie nam odpowiednio ciężkiego wyzwania. Jeśli będziecie nierozważni, często lądować będziecie na deskach, a wtedy długo się nie pozbieracie. Zmarła Wam bohaterka? Spoko, macie jeszcze 2 w zanadrzu, a jeśli nie no to… peszek, nie ma darmowego wskrzeszania (poza jednokrotnym snem).

Jeśli zaś chodzi o warstwę audiowizualną, tutaj deweloperzy poszli bardzo dobrze w tym kierunku, z którego czerpali inspirację. Styl graficzny świetnie oddaje stylistykę mangi i anime prezentowanej w nieco przerysowanej konwencji z nutą zachodnich rysów. Muzyka zaś dzięki sporemu wsparciu od fanów, została nagrana przez prawdziwą orkiestrę, a jej kompozytor, niejaki „H-Pi”, odwalił kawał fantastycznej roboty. Motyw bitewny świetnie wprawia w nastrój do walki i daje kopa, główna melodia wprowadza arystokratyczny klimat, a pozostałe kompozycje równie dobrze oddają ducha jRPG-ów.

Reasumując Regalia: Of Men and Monarchs jest grą świetną, która jednak ma parę sporych problemów. Fabuła choć śmieszna i nawet ciekawa, jest tak naprawdę tylko tłem i pretekstem do rozgrywki, a nie jej niepodważalnym rdzeniem. Początek samej gry jest nudny jak flaki z olejem i trzeba mieć dużo samozaparcia, aby przebrnąć przez to wszystko. No i w dzisiejszych czasach gracze nie lubią być zmuszani do długiego oczekiwania na to, aż tytuł łaskawie pozwoli im zapisać postępy.

Tęskno wam do dobrych taktycznych RPG? Zatem dzieło Pixelated Milk będzie dla Was pozycją obowiązkową.