Forza Horizon to pierwsza gra w dorobku Playground Games, ale nie myślcie sobie, że deweloper to totalny żółtodziób, któremu Microsoft jakimś cudem powierzył jedną ze swoich największych marek. Angielskie studio śmiało uznać można za supergrupę dedykowaną dostarczaniu gier wyścigowych najwyższej jakości. W jego skład wchodzą byli pracownicy tak zasłużonych dla wirtualnej motoryzacji firm, jak Codemasters, nieodżałowanego Bizzare Creations, Criterion Games czy Slightly Mad Studios. Zbiorowisko to zaiste imponujące i bez szczypania się z budowaniem suspensu przyznać należy, że już swoim pierwszym projektem zdołało pokazać, że stać je na wiele. Bardzo wiele.

Szybkie samochody, jeszcze szybsze panienki i muzyka

Tytułowe Horizon to impreza masowa zorganizowana wokół wyścigów i towarzyszących im eventów muzycznych. Przybywamy na nią jako głodny sukcesu młokos, który miast suszyć w wywietrzniku swojego niezbyt reprezentacyjnego Volkswagena świeżo zakupiony, podłej jakości towar, wybiera zaciętą rywalizację za kółkiem, by finalnie stać się mistrzem i najpopularniejszym kierowcą festiwalu. Koronę od trzech lat trzyma niejaki Darius Flynt, który tak jak nasz dość generyczny, uwielbiający zawrotne prędkości bohater pojawił się dosłownie znikąd i zdołał ostro namieszać wśród wyścigowej braci. Ambicja i upór ponoć są w stanie zdziałać cuda, więc w szybkim czasie z dotychczas posiadanego dwuślada przeskakujemy na samochody będące poza zasięgiem finansowym zdecydowanej większości śmiertelników i pniemy się sukcesywnie do góry w rankingu zaklinaczy kierownicy.

Witaj w Kolorado, kowboju

Oddany nam do dyspozycji teren nie jest wierną kopią choćby wycinka Kolorado. Twórcy postawili na wykreowanie fikcyjnej wersji stanu, która łączy na dość małej powierzchni wszystkie jego charakterystyczne cechy. Mamy więc ciągnące się kilometrami autostrady, poboczne drogi przecinające małe, acz urokliwe mieściny i zupełne bezdroża. Całość nie grzeszy różnorodnością, ale ciężko wymagać jej po osadzeniu gry w realiach niemal totalnego odludzia, które odżywa raz na rok w związku ze ściągającymi na motoryzacyjno-muzyczną fetę ludźmi. Narzekać za to można na natężenie ruchu ulicznego – o ile puste drogi w przypadku zapomnianych przez Boga zakątków są do zaakceptowania, to razi nikła ilość pojazdów na wielopasmówkach, gdzie powinniśmy co rusz przebijać się przez wlokących się, niedzielnych kierowców. W samym środku mapy rozbili się organizatorzy Horizon z wielkimi namiotami i scenami przyciągającymi tłumy spragnionych muzyki i pompujących adrenalinę wyścigów fanów. Centrum dowodzenia spełnia też funkcję hubu - znajdziemy w nim centrale wyścigów, garaż, warsztat lakierniczy, salon samochodowy i dostęp do klubu, którego jesteśmy członkiem lub właścicielem.

Obszar, który przyjdzie nam przemierzać w grze nie jest zbyt rozległy – przejechanie z jednego końca mapy na drugi nie powinno zająć więcej niż kilka minut. Czas ten można zaoszczędzić dzięki mobilnym centrom Horizon, które za odpowiednią opłatą oferują szybki transport z dowolnego miejsca mapy. Każde z nich może stać się zupełnie darmowym sposobem teleportacji, jeżeli zdołamy zaliczyć trzy wyzwania (każde daje rabat, który łącznie wynosi 100%). Niestety te opierają się na identycznych zasadach dla każdego z posterunków i z czasem nie bardzo chce się jechać cyknąć fotkę kolejnemu furaczowi, gdy cena bez zniżki wynosi śmieszne 10 000 kredytów przy stanie konta oscylującym koło okrągłej bańki.

Zasady są proste

Naszą pozycję wśród innych kierowców określa kolor posiadanej opaski. Pokonując kolejne wyścigi i oponentów zdobywamy kredyty, za które kupujemy i ulepszamy samochody oraz punkty doświadczenia pozwalające nam wybrać się do centrali wyścigów, gdzie miła pani gratuluje nam i daje kolejną, uprawniającą do brania udziału w kolejnych wyzwaniach ozdobę na nadgarstek. Warto napomknąć, iż na każdym poziomie rywalizujemy z jedną z gwiazd Horizon, by po jej pokonaniu w klasyfikacji ogólnej zmierzyć się z nią w wyścigu 1 na 1, w którym nagrodą jest cacuszko przegranego. Przeciwnicy nie są całkowicie bezosobowi, choć opisują ich zaledwie zdawkowe wypowiedzi na linii startu w stylu: „Ej ziomeczku, jeśli dojedziesz do mety, to będzie coś!”

Poszczególne zawody odbywają się albo na zamkniętych torach, albo otwartych przestrzeniach z ustaloną od punktu A do B trasą, gdzie chwila nieuwagi owocuje wbiciem się nie w tę odnogę drogi lub czołówką z sunącym z naprzeciwka vanem. Nie jest to w żadnej mierze czynnik przesądzający o przegranej – wystarczy użyć znanego już motywu z cofaniem czasu, by naprawić błąd. Ba, nawet bez tego frontalne zderzenie prawie zawsze wyłącznie nas zwalnia (model uszkodzeń jest czysto kosmetyczny). Ciekawym rozwiązaniem są zawody pokazowe, organizowane poza rankingiem wyścigi, w których ścigamy się z samolotem, balonem lub helikopterem, a nagrodą jest nowiutki samochód. Przelatujący nad głową obiekt nie wyzwala tyle emocji, co wymienianie się lakierem na ciasnych zakrętach, ale to zawsze miłe urozmaicenie. Całkowitą nowością w serii jest za to możliwość brania udziału w wyścigach na luźnej lub mieszanej nawierzchni, co wymaga nieco innego podejścia, ale nie zmienia w sposób diametralny zachowania prowadzonej fury. Nic nie stoi także na przeszkodzie, aby na pojedynek wyzwać jednego z wielu kierowców pałętających się po Kolorado. Szybka zaczepka i już ciśniemy z gościem po wytyczonej przez konsolę trasie.

W grze swoje miejsce znalazła także zabawa wieloosobowa, gdzie pomijając standardowe dla ścigałek rozgrywki mające za cel przekroczenie mety na jak najlepszej pozycji, znajdziemy tryb Playground polegający na wzajemnej rozwałce, zabawę w Kotka i Myszkę, Zarażonego, gdzie jeden gracz startuje jako zainfekowany i za zadanie ma przenieść ten stan na innych, Króla, w kórym chodzi o to, by jak najdłużej utrzymać "koronę" oraz Włóczęgę pozwalającego na free-roamnigowe zwiedzanie Kolorado wraz z ekipą.

Bo liczy się styl

Oprócz zdobywania kolejnych opasek, jesteśmy notowani również w rankingu popularności, w którym pniemy się poprzez zdobywanie punktów za styl jazdy. Wystarczy jeździć agresywnie, czesać drifty, korzystać z tunelów aerodynamicznych i omijać nadjeżdżające pojazdy w ostatniej sekundzie, aby 250 miejsce, z którego startujemy z czasem zamieniło się na 1. To jednak nie wszystko – ryzykowane i efektowne akcje dają wymierne korzyści w postaci kasy za wyzwania sponsorów. Wykonując dany manewr odpowiednią ilość razy możemy być pewni, że któraś z firm sypnie nam żywą gotówką za widowiskowe popisy.

Popraw lusterka i zapnij pasy

Wachlarz oferowanych fur odstaje liczbą od tego, do czego przyzwyczaiła nas Forza Motorsport. Samochodów jest znacznie mniej, ale nie zabrakło wśród nich tak tych bardziej pospolitych modeli, jak i bardziej egzotycznych okazów, które wyznawcom czterech kółek objawiają się w trackie mokrych snów. Każdy pojazd można pomalować, nałożyć na niego odpowiednie wzory, przemeblować silnik i nieco zmienić optycznie, poprzez dobór odpowiednich felg, spoilerów i progów.

Przejdźmy do kwestii najważniejszej, czyli modelu jazdy. Ten zachował swój charakter i wciąż doskonale czuć, że mamy do czynienia z grą z serii Forza. Playground Games postanowiło nadać mu jednak zręcznościowego sznytu i fury latają bokiem aż miło, wybaczając dużo więcej niż to ma miejsce w przypadku symulacyjnego, starszego brata. Sposób prowadzenia się maszyn został po prostu dostosowany do zabawowego charakteru gry i idealnie współgra z nim, odważnie wychylając się w stronę arcade’u, nie przekraczając jednak pewnej granicy. Rozczarowuje nieco jedynie podejście do off-roadu, gdzie niezbyt czuć, że gładziutki asfalt właśnie ustąpił miejsca strzelającym spod kół kamykom.

Zobaczyć i usłyszeć Horizon

Wydawać by się mogło, że umiejscowienie Forza Horizon w otwartym świecie mocno odbije się na jakości wyświetlanej grafiki, którą przy okazji Forza Motorsport 4 popisało się Turn 10. Prawdą jest, że samochody straciły trochę detali, animację obcięto o połowę do poziomu 30 klatek, a w wyścigach udział bierze tylko 8 kierowców… ale nie ma to dużego znaczenia w ogólnym rozrachunku wrażeń wizualnych. Wyświetlany obraz namiętnie pieści gałki oczne od otoczenia i krajobrazów począwszy, na tańczących po karoserii refleksach skończywszy. Gra oferuje pełny cykl dnia i nocy i w każdych warunkach wygląda zachwycająco, nie mając choćby cienia straszących nas od lat ząbków. Krawędzie są ostre niczym brzytwa, a tekstury wystarczająco urodziwe, żeby samo oglądanie całości w ruchu było estetycznym przeżyciem na wysokim poziomie.

No tak, mamy imprezę, więc co z tą muzyką? Już spieszę z wyjaśnieniami. Na terenie Horizon przygrywają trzy stacje radiowe – elektroniczne Bass Arena, rockowe Horizon Rocks i puszczające spokojniejsze kawałki Pulse. Niby nie dużo, ale każda rozgłośnia ma w swoim asortymencie sporą ilość kawałków, które świetnie pasują do wyścigowego klimatu i milutko drgają w uszach wraz z dźwiękami silników, które, tak jak można było się tego spodziewać, zostały kapitalnie zrealizowane.

Warto też zwrócić uwagę na jakość pełnej lokalizacji, bowiem Microsoft stanął na wysokości zadania tak w przypadku wnerwiającego głosu GPS, który podobnie jak w rzeczywistości może doprowadzić do szewskiej pasji, jak i radiowych DJ. Można nawet odnieść wrażenie, że nie słuchamy przygotowanych z myślą o grze wypowiedzi prowadzących, a prawdziwego radia, gdzie liczy się żart i pozytywna energia, nie cogodzinna porcja informacji z kraju.

Słowo na niedzielę

Forza zalicza udany skok w bok i mocną szansę, by rozwinąć swoją odnogę na naprawdę mocną markę. Wprawdzie są sandboksowe racery, które oferują więcej swobody, większą różnorodność wyzwań i intensywniejsze doznania, ale Horizon udaje się wykreować swój własny styl, unikalny smak. Od premiery gry Stany Zjednoczone kojarzą mi się nie z Coca-colą i wszechobecnym niegdyś wizerunkiem Marlboro Mana, ale z pędzącym w promieniach kalifornijskiego słońca sportowym wozem, z którego wnętrza dudni elektroniczne plumkanie.