Na wstępie na pewno warto tutaj wyjaśnić jedną podstawową kwestię – FIFA 18 na Nintendo Switch nie jest tą samą produkcją, która zadebiutowała na PlayStation 4, Xboksach One i komputerach osobistych. Nie poruszam w tym momencie aspektu samej oprawy, jednak w tym wypadku gra działa na starym silniku, oferuje przestarzały gameplay i nie posiada wszystkich głównych trybów. Jest to zaskakująco głupia decyzja Elektroników, bo trudno nie odnieść wrażenia, że deweloperzy poszli po linii najmniejszego oporu i choć oferują przyjemną rozgrywkę, to jednak fani oraz klienci powinni otrzymać lepiej przemyślaną i dopracowaną produkcję.

Podstawy są wprost… Idealne

FIFA 18 na Nintendo Switch ma naprawdę fantastyczne podstawy, by zaoferować produkcję na miarę nowej, w pewien sposób innowacyjnej platformy. EA Sports wykorzystuje trzy tryby urządzenia i bez najmniejszego problemu możecie strzelać gole Lewandowskim na dużym telewizorze korzystając z przykładowo Pro Controllera lub siadacie wygodnie w ogródku, trzymacie konsolę w łapie i cieszycie się z przenośnego grania. A co zrobicie, gdy pojawi się w okolicy znajomy, któremu chcecie udowodnić, że Paris Saint-Germain zmiażdży Real Madryt w finale Ligi Mistrzów? Ustawiacie konsolę na ławce, dzielicie się Joy-Conami (każdy ma jeden) i rozgrywacie bardzo przyjemny mecz… Niezależnie od miejsca, czasu i wypitych trunków. Taka zabawa sprawdza się w 101%, bo produkcja idealnie nadaje się jako party-game ze znajomymi, a dzięki funkcji konsoli, możemy rozgrywać mecze w nietypowych dla tej serii miejscach. I to faktycznie się sprawdza, bo gra wykorzystuje atut hybrydowego sprzętu i nadaje się do takiej zabawy – oczywiście musicie liczyć się z zabawą na jednym analogu, więc nie wykonacie wszystkich znanych akcji, a sam gameplay na małym kontrolerze nie jest najprzyjemniejszy, ale… Pewnie i tak nawet przez chwilkę nie będziecie narzekać kopiąc dupę znajomemu.

Mam jednak wrażenie, że EA Sports celuje ze swoją propozycją głównie w fanów Nintendo, którzy w ostatnich latach nie mieli okazji zagrać w kolejne części Fify. Tytuł został przygotowany na starym silniku, więc nie możemy liczyć na bardziej taktyczną rozgrywkę, nową mechanikę dryblingu, odwzorowania charakterystycznych ruchów znanych piłkarzy, odświeżonych dośrodkowań, taktyki znanych zespołów, a o szybkiej zmianie wprowadzonej w „Osiemnastce” możemy oczywiście zapomnieć. Produkcja pod względem mechaniki oferuje bardzo podstawowe wrażenia, które bawiły przed kilkoma sezonami… Nie zrozumcie mnie przy tym źle – gameplay jest „przyjemny”, jednak mając w domu tytuł ma dużą platformę i spędzając z serią wiele godzin, czuć po prostu, że deweloperzy specjalnie się nie napracowali.

Brakuje odpowiednich szlifów… I pracy

Podobne wrażenia pojawiają się w przypadku trybów. „Przełącznik” otrzymał świetną grę dwóch graczy przy jednej konsoli (każdy używa jednego Joy-Cona), turnieje (przykładowo Puchar Niemiec), gierki treningowe, Mistrzostwa Świata kobiet, lokalną zabawę na dwie konsole, karierę, FIFA Ultimate Team oraz sieciowe sezony. Produkcja jednak nie posiada Wirtualnych Klubów, czy też Drogi do Sławy – deweloperzy zapowiadali, że ten drugi tryb nie zostanie dodany jeszcze przed premierą, ale dlaczego nie zadbano o takie elementy jak sieciowa gra ze znajomym lub wspólne rozgrywanie sezonów przez sieć? Sytuacja w multiplayerze jest o tyle kuriozalna, że podczas meczów nie widzimy pseudonimu rywala, nie możemy wysłać do niego wiadomości, więc przeciwnik często strzelając jedną „szmatę”, ustawia pod bramką autobus i nie wyprowadza choćby najmniejszej akcji… W sumie nie musi, bo nawet nie ma opcji wysłania mu „miłej wiadomości”.

Podobne braki pojawiają się w karierze, która nie została odświeżona, więc nie posiada interaktywnych wstawek, nie możemy decydować o transferach, negocjować najlepszych umów, czyli w trzech słowach: zabrakło najprzyjemniejszych nowości… Elementów znacząco ulepszających tryb. W tej sytuacji najważniejszym trybem dla wielu będzie FIFA Ultimate Team – tutaj tworzymy skład z kart, kupujemy nowe, rozgrywamy mecze singlowe oraz sieciowe, a opcjach pojawia się Draft, czy też stworzymy wyznaczone składy… Problemem jednak okazuje się fakt, że nawet do starć single-player musicie mieć podłączenie do Sieci, więc nie możecie przykładowo w parku zbierać monet, które następnie zsynchronizujecie i po podłączeniu do Sieci, wydacie na nowe przyjemności. W taki sposób funkcja przenośnego grania traci swój największy atut. FUT nie zyskał również codziennych wyzwań, mistrzostw, czy też Squad Battles, czyli świetnego wariantu zabawy, w którym mamy okazję mierzyć się z formacjami stworzonymi między innymi przez profesjonalnych graczy.

Ze względu na brak istotnych nowości nie otrzymano cross-platformowej rozgrywki z jakimkolwiek innym sprzętem, a nawet rynek kart nie został połączony – w momencie pisania tekstu na Xboksie One można nabyć ponad 1800000 piłkarzy, a na Switchu dokładnie 36822. Aktualnie trudno wróżyć z fusów i przewidzieć losy produkcji, ale już teraz miałem małe problemy ze znalezieniem rywala do sieciowego pojedynku.

Na szczęście gra nie zawodzi pod względem płynności. 60 klatek we wszystkich trybach wynagradza słabszą grafikę… Choć i tak w przypadku rozgrywki na małym ekranie trudno w tym miejscu narzekać. Można jedynie odrobinę zapłakać nad polskim komentarzem, który nie został odświeżony, więc Szpaku nie sypie najnowszymi ciekawostkami dotyczącymi transferów.

A i tak trudno się oderwać…

Szczerze mówiąc jestem rozbity, bo istotnych nowości w FIFA 18 na Nintendo Switch brakuje, ale i tak trudno oderwać się od konsoli. Nawet pisanie tej recenzji przedłużyło się o kilka godzin, bo syndrom „jeszcze jednego meczu” jest w tym miejscu totalnie zaraźliwy. Gra się przyjemnie, zmagania są dynamiczniejsze niż w przypadku „dużej Osiemnastki”, a od kilku dni zawsze przed snem zagram przynajmniej jedno… No może dwa… Dobra, pięć spotkań. A chciałbym znacznie więcej.

Szkoda niewykorzystanej szansy, bo Nintendo Switch powinien otrzymać prawdziwą FIFA 18, ale może za rok będzie lepiej? Oby.