Dosyć sporym nadużyciem z mojej strony było użycie słowa „nowa” albowiem One Piece Unlimited World Red Deluxe Edition jest niczym innym jak remasterem remastera gry wydanej pierwotnie na Nintendo 3DS w 2013 roku, a następnie w 2014 na PS3, Vitę i Wii U.

Unlimited World Red opowiada nam historię świeżych dla uniwersum postaci Patricka Redfielda oraz jego sługusa Pato. Pierwszy z nich zaczął rozrabiać na morzu niszcząc jednostki Marine tworząc do tego posłuszne mu klony Smokera oraz Kuzana. Po tym tajemniczym wprowadzeniu przenosimy się do Luffy'ego i towarzyszącego mu szopa Pato i dowiadujemy się, że cała ekipa piratów Straw Hat została gdzieś porwana, więc ruszamy im na ratunek.

Po szybkim odnalezieniu wszystkich członków załogi okazuje się, ze cała sprawa jest grubszymi nićmi szyta i stawka wzrasta do walki o zaprzestanie złowieszczego klonowania, a nawet czegoś więcej. O kampanii dużo powiedzieć się nie da, gdyż jest bardzo schematyczna. Wszystkie 8 rozdziałów polega na tym, że musimy wywalczyć sobie drogę dalej, spotykamy barierę, wracamy się, znajdujemy potrzebne słowo, burzymy ścianę, idziemy do bossa i łoimy mu dupsko. Jeśli jeszcze nie graliście w ten tytuł, a lubicie serię One Piece, historia z pewnością was zaciekawi i ukaże kilka bardzo fajnych smaczków, choć szkoda, że starcza tylko na maksymalnie 10 godzin i jest tak powtarzalna. Rozgrywka zaś podzielona została na dwa główne aspekty, które wzajemnie całkiem fajnie się uzupełniają.

Rdzeniem UWR jest oczywiście walka, która to stanowi największy miód tej produkcji, przerywany od czasu do czasu chwilami wytchnienia na zarządzanie miastem Transtown. System bitewny został tu oparty na dosyć klasycznym schemacie tworzenia prostych kombinacji atakami podstawowymi, kończonymi super ciosami o trzech stopniach mocy. Mechanika działa na zasadzie ładowania mocy, gdzie każde zadane przez nas uderzenie ładuje dwukomorowy pasek danej postaci, z której korzystamy. Gdy choć jeden z nich się wypełni, pod przyciskiem R2 otwieramy stosowne menu, gdzie możemy wybrać super atak poziomu 1 bądź 2 lub uderzenie całym zespołem.

Bardzo cieszy to, że drużyna jaka wybiera się na misję złożona może być z maksymalnie trzech osób, między którymi możemy przełączać się w ułamku sekundy pod touchpadem, a jest to często bardzo przydatne. Dlaczego? Albowiem każda postać ma własny pasek mocy, i zestaw specjalnych haseł z mocą, która aktywowane działają jak magiczne umiejętności – podnoszą atak, obronę, dodają życia i tym podobne. Gdy walka jest zatem dosyć ciężka, możemy układać dzięki temu fajną strategię działania. Plusem jest też to, że niekontrolowane przez nas postacie nie odnoszą obrażeń, a starcie kończy się tylko wtedy gdy padnie cała załoga.

Do dyspozycji mamy oczywiście wszystkich członków Straw Hat oraz kilka tajnych postaci bonusowych, przejmiecie więc kontrolę nad Luffy'm, Nami, Zoro, Sanji czy też pokręconym Brookiem. Deweloperzy postarali się także o odwzorowanie charakterystycznych dla bohaterów ruchów, więc jeśli dobrze znacie uniwersum, będziecie czerpać sporo radości z gumowych uderzeń głównego bohatera, z zabawnych uników (ucieczek) Usoppa, czy też magicznych wywijasów Robin.

Same mapy są zaś bardzo korytarzowe, często liniowe i nie dają zbyt dużego pola do eksploracji, ale to oczywiście wynika z pierwotnej 3DS-owej premiery gry. Świetne są za to ich klimaty, albowiem w swojej podróży po głowę „Reda” przemierzymy lasy, pustynie, krainy pełne lawy, lodowiec, wyspę stylizowaną na świat podwodny pełen rafy koralowej, a nawet wyskoczymy ponad chmury.

Wspomniałem już o zarządzaniu rozwojem naszego miasta Transtown, które to będzie bazą wypadową do każdej misji zawartej w trybie kampanii. Tutaj w gospodzie mamy specjalny panel do rozbudowy jego struktury o kolejne lokacje jak na przykład sklep, apteka, warsztat, restauracja oraz remont drugiej, zawalonej części znajdującej się za mostem. To daje trochę frajdy, bo z czasem odkrywamy coraz więcej sekretów tego świata i mamy wszystkie aktywności dodatkowe pod ręką.

Fabuła jest bowiem jedynie wstępem do zabawy, która rozwija skrzydła w tak zwanym "end-gamie", czyli po jej pierwszym ukończeniu. System nowej gry plus podnosi wyzwanie i otwiera mnóstwo nowych questów w tawernie, a te zajmą wam dobre kilkadziesiąt (platyna pęka w 70) godzin - będziecie bić, zbierać, bić, ratować i znowu bić.

Smuci nieco zaś brak mini-mapy w rogu ekranu, bo do tej dostaniemy się tylko włączając menu główne, a to bywa upierdliwe i zmusza do nauki całego miasta, czy też każdej innej lokacji na pamięć – jest to niby bardzo fajne, bo wzmaga integrację z Transtown, ale męczy gdy odblokowujemy jego drugą, znacznie większą, część.

W niej zaś deweloperzy ukryli kilka fajnych mini-gierek pokroju zbierania balonów na czas, łapania jedzenia, czy też chodzenia na ślepo po maszcie z żaglami. Dzięki nim możemy nieco zarobić i oderwać się od naparzania facjat wilków, piratów, duchów, smoków i innego plugastwa. Inną aktywnością poboczną jest także lekki crafting, lecz ten wymaga mega żmudnego szukania surowców do tworzenia kolejnych leków, ulepszeń narzędzi oraz miasta. Znacznie milszym bajerem jest zaś łapanie robaczków i łowienie ryb. Te dwie zabawy mają dedykowane mini-gierki i za zebranie wszystkich gatunków czeka na was ciekawa nagroda! No i trofeum.

W One Piece Unlimited World Red Deluxe Edition dostępny jest również tryb Koloseum, czyli arenowy system oparty na pseudoligach. Startujemy tu od najniższego poziomu C i powoli dochodzimy do szczytu piramidki w sekcji A. Punkty postępu nabijamy pojedynkami 1 vs 1, 2 vs 2 oraz bitwami z mobkami. Im dalej zajdziemy tym jest oczywiście trudniej, a na końcu „ligi” czeka nas starcie o awans. Dzięki przechodzeniu Koloseum, odblokowujemy dodatkowe misje w trybie kampanii podstawowej.

Dla fanów kanapowej kooperacji twórcy zaimplementowali nieco upośledzony split-screen, który otwiera dwa malutkie ekraniki w formie okienek zostawiając sporo pustej przestrzeni po bokach. Niestety widać tu, że gra po pierwsze pochodzi pierwotnie z bardzo ograniczonego sprzętowo systemu, a do tego jej budżet był na tyle niski, że na moje oko jakieś 40% poszło w samo zakończenie. 

To zaś zostało naprawdę bardzo fajnie zrealizowane, ale jest wielkim przeskokiem jakościowym z 10 sekundowych scenek z pierwszych 6 epizodów gry, na 5-10 minutowe pełnoprawne sceny na końcu. Recykling lokacji także jest tu bardzo widoczny, albowiem wszystkie areny to wycięte pokoje z kampanii, a unikalna jest tylko scena Koloseum.

Mimo wszystko fani serii będą z zabawy bardzo zadowoleni, gdyż tytuł karmić ich będzie licznymi smaczkami, niezbyt uciążliwym grindowaniem i wiernie zachowanym klimatem serialowej wersji. Wszyscy inni raczej odbiją się od przedpotopowej grafiki otoczenia i tych wszystkich „uproszczeń”.