Niektórzy z Was zapytają pewnie, kim do cholery jest ten Deadpool? No tak, każdy kojarzy X-Menów, czy lamusów pokroju Kapitana Ameryki i Petera "Nieszczęśliwie zakochanego człowieka-pająka" Parkera, ale już mało kto zidentyfikować potrafi najlepszego, najbystrzejszego i najlepiej wyglądającego antybohatera, jakiego w swojej historii wykreował Marvel. Dobra, trzaśniemy tutaj trochę biograficznych bzdetów, coby nabić ilość znaków. Za siedmioma górami i siedmioma lasami żył sobie chłopaczek o imieniu Wade Winston Wilson. Mama umarła mu na raka, stary pił i lubił od czasu do czasu sprzedać mu strzała pod żebra... Zresztą, co ja tu będę się rozpisywał - sprawdźcie sobie na Wikipedii albo zasypcie Rozba mailami, żeby przybliżył Wam w kolejnym "Comix Zone" sylwetkę Deadpoola. Najważniejsze jest to, że gość jest praktycznie nieśmiertelny, potrafi się teleportować, ma zdrowo nakopane pod kopułą i jara się cycatymi dziewojami niczym nastoletni bywalec stronek oferujących darmowy streaming terabajtów porno. Od razu się polubiliśmy.

Najemnik z niewyparzoną gębą

Z naszym nowym, ubranym w gustowną czerwień koleżką spotykamy się, gdy ten w zaciszu swojej nory leniwie raczy się wysublimowaną rozrywką, jaka jest telewizja i bezceremonialnie drapie się po jajach spluwą. Doskonale znana nam wszystkim sytuacja, no może nie każdy na chacie ma "dziewiątkę". W pewnym momencie dzwoni przedstawiciel High Moon Studios oznajmiając, iż studio nie jest za bardzo zainteresowane przeniesieniem przygód Deadpoola na pole interaktywnej rozrywki. Co za palant. Na szczęście wybuchowy prezent podłożony gdzieś w piwnicach siedziby dewelopera szybko zmusza go do zmiany decyzji i po chwili roznegliżowana laleczka dostarcza opasła cegłę zwaną scenariuszem. Oczywiście Wade jako prawilny przeciwnik czytelnictwa nic sobie z tego nie robi i leci prosto na akcję, nawet wbrew podszeptom jednej z dwóch jaźni żyjących w jego głowie. Wybuchy, dziesiątki trupów, masa niewybrednych tekstów i już mamy zgarnąć cel misji i zainkasować okrągłą sumkę. Nic z tego, na scenę wjeżdża Mr Sinsiter ze swoimi przydupasami, zabija nasz łup i odchodzi w siną dal. Smutna sprawa. Deadpool nie rezygnuje jednak z przygody i za namową Wolverine'a i seksownych kociaków z X-Men zamierza dorwać dziada i skopać mu dupę. Przy okazji wpieniając wszystkich, wraz z Cable'm, który standardowo przybywa z przyszłości z niesamowicie ważną misją. Straszny nudziarz.
 
Zanim przejdziemy do tego, jak zajebiście gra się w Deadpool The Game, warto wspomnieć o cudownej konstrukcji samej gry. Tu gorące brawa dla panów i pań z High Moon Studios. Szurnięty zabijaka od czasu do czasu odnosi się bezpośrednio do nas, głównie z pretensjami i chamskimi uwagami. Czwarta ściana wywalona z buta. Fabuła wręcz kipi od klozetowego humoru, co rusz wrzucając na ekran slapstickowe akcje. Ba, twórcy zabawili się nawet konwencją, wrzucając m.im. elementy żywcem wyrwane z ery 8-bitowców - tak to jest, gdy cały budżet zje pierwszy, napchany eksplozjami poziom. Kumaci od razu podchwycą tony nawiązań tak do komiksów Marvela, jak i szeroko rozumianej popkultury. No i bądźmy szczerzy - gra w której możemy sprzedać serię liści nieprzytomnemu Loganowi nie może być słaba.

Jedziemy z frajernią

Deadpool wręcz kocha ostre narzędzia i ogromne spluwy. Zadymę siejemy korzystając z jednego z trzech typów broni białej i czterech rodzajów palnej, wspomagając się takimi słodkościami jak granaty odłamkowe i pułapki na niedźwiedzie. W arsenale po stronie "kos" znajdziemy dwa miecze, komplet ostrzy sai i młoty, w skład pukawek wchodzi zaś para pistoletów, klasyczne shotguny, zestaw SMG i ciężka artyleria w postaci wyrywających dziury w klatach karabinów pulsacyjnych. Najogólniej to ujmując, rozgrywka polega na rozpętywaniu jak największej rozpierduchy i cieszeniu michy z kręcącego się w rogu ekranu licznika hitów przekładającego się na efektowność i efektywność aktualnie lepionego comba. Nie ma co doszukiwać się tu głębi znanej z japońskich slasherów - lista ciosów jest uboga jak większość absolwentów kierunków humanistycznych, ale kurza twarz, szaleńcze mashowanie przycisków sprawia naprawdę niemałą frajdę. Ot przebijamy się z pomieszczenia do pomieszczenia, zaliczając po drodze sekcje platformowe i w opętańczym wirze szlagów i wypluwanych namiętnie pocisków dosłownie masakrujemy kolejne zastępy pionków, którymi zalewa nas Mr Sinister. Są nawet specjalne zagrania, które po naładowaniu umożliwiają odpalenie ataku obszarowego.
 
Żeby nie było nudno, twórcy włożyli do Deadpool The Game system rozwoju postaci. Zbierając walające się po poziomach świecidełka i egzekwując wypasione comba zbieramy punkty DP (hehehe), za które kupujemy kolejne zabawki lub ulepszamy już posiadany sprzęt i właściwości naszego najemnika. Grową walutę przekuć możemy np. na nowe ciosy, zwiększenie obrażeń lub paska życia. Trochę tego jest. Oprócz trybu fabularnego w menu pręży się jeszcze sekcja wyzwań, która jest serią potyczek z falami oponentów, których musimy sprowadzić do parteru w określonym czasie. Taki tam dodatek.

Kac

Podsumowując, High Moon Studios dostarczyło naprawdę nieźle udźwiękowioną (Nolan North jako Deadpool rozwalił system) i przeciętnie wyglądającą, acz miodną rozpierduchę w gęstym sosie trywialnego, czasem wręcz niesmacznego humoru. No tak, ale są też skąpa ubrane panienki, co wydatnie utrudniło ocenienie Deadpool The Game. Z Rogerem prowadziliśmy długie rozmowy nad zasadnością przyznania dziesiątki z małym minusem, ale w końcu warszawiak wytrzeźwiał i powiedział: "Zwariowałeś, to ocena dla perełek typu The Last of Us i jakichś niszowych gier z Japonii, które kiedyś były kultowe, a teraz nikt w nie nie gra". Cały Roger. Cóż, wlepiam więc dorodną siódemkę i polecam Wam krótką, ale intensywną randkę z odzianym w czerwony lateks najemnikiem. Może nie za pełną cenę, ale zawsze.