Za co kochamy Naughty Dog? Bo to jeden z tych developerów na mapie świata, którego tytuły bierzemy w ciemno. Niezależnie od tego czy to sequel znanej już marki czy zupełnie nowa opowieść. Crash Bandicoot wypełniał nam dzieciństwo i czasy szkolne i z pewnością nie ma wśród pokolenia pierwszego PlayStation osoby, która nie zetknęłaby się z legendarnym jamrajem. Oczywiście potem mieliśmy wspaniały duet Jaka i Daxtera ale to właśnie Crash stał się prawdziwą legendą i maskotką pierwszego Playstation, której w mojej opinii nie przebije już nic - tylko jej ewentualny powrót w chwale. Nie wspominam o nim przypadkowo, ponieważ w swojej najnowszej grze magicy z Naughty Dog niejednokrotnie odwołują się do swojego dziedzictwa - dziedzictwa, które wychowało miliony graczy i stworzyło podwaliny dziejszej społeczności graczy wokół marki PlayStation. Właśnie tym jest wydane teraz Uncharted 4: Kres Złodzieja. To swoiste ukoronowanie dotychczasowego dorobku studia będącego jednym z najmocniejszych filarów dzisiejszego Sony.

Uncharted towarzyszy nam nieprzerwanie od 2007 roku i wraz z ukazaniem się Drake's Fortune otrzymaliśmy prawdziwy hit. Wprawdzie pierwsze przygody Nathana Drake'a nie zdobywały jeszcze prestiżowych nagród i wyróżnień ale fani i krytycy doskonale zdawali sobie sprawę, że na naszych oczach rodziły się podwaliny mocnej marki. Podczas prac nad Uncharted 2: Among Thieves wirtuozi z Naughty Dog byli zgodni co do faktu, że prace nad pierwszą odsłoną serii były jak eksperyment. Studio dzięki temu doskonale zaznajomiło się z egzotyczną architekturą PlayStation 3 i w 2009 roku wypuścili tytuł, który po prostu znokautował konkurencję. Takiego poziomu oprawy audiowizualnej i sposobu prowadzenia narracji z naciskiem na spektakularne sekwencje, podczas których gracz nie tylko podziwiał ale także mógł pokierować bohaterem jeszcze nie było. Od tamtej pory twórcy postawili poprzeczkę bardzo wysoko i oczekiwania co do kolejnych odsłon pozostawały astronomicznie wysokie. Wprawdzie Oszustwo Drake'a nie wywołało już takiego aplauzu wśród graczy ale okazało się godnym kontynuatorem tego co rozpoczęto w poprzedniej odsłonie - czyli wykorzystania sprawdzonych rozwiązań we właściwym kierunku. Potem było już tylko The Last of Us - prawdziwa perła w koronie Psiaków. Ale to temat na zupełnie innym poziomie. 

Tyle słowem wstępu, ponieważ teraz czas skupić się na ostatnim już rodziale historii Nathana Drake'a. Bardzo osobistej, dodajmy. Od wydarzeń przedstawionych w trzeciej części minęły już ponad trzy lata. Nathan zakończył już swoje życie jako poszukiwacz skarbów i skupił się na bardziej statecznych zajęciach takich jak zwykła praca przy wydobywaniu wraków oraz spędzaniu wieczorów w towarzystwie swojej żony, doskonale znanej z poprzednich odsłon dziennikarki Elleny. Jednak jak można się domyślać, sprawy nabierają niespodziewanego obrotu zdarzeń. Wkrótce naszego bohatera odwiedza uznany za zmarłego starszy brat, Sam Drake. Okazuje się, że starszy z braci popadł w kłopoty i postanowił czym prędzej odnaleźć młodszego braciszka aby ten pomógł mu rozwiązać całkiem poważny problem. W tle oczywiście chodzi o legendarny, piracki skarb Henry'ego Avery'ego - jednego z najpotężniejszych i najbardziej wpływowych piratów. To oczywiście ledwie zalążek całej historii, ponieważ im dalej brniemy w kolejne rodziały opowieści, tym większe intrygi i zawirowania będziemy odkrywać. Muszę przyznać w tym miejscu scenarzystom, że naprawdę się postarali. Cała ta otoczka związana z przeszłością braci i motywem nieustannej chęci odnalezienia bogactw legendarnej Libertarii wypada według mnie najlepiej z całej serii. Tym razem jest odrobinę poważniej niż dotychczas ale mimo tego zabiegu całość zachowuje poniekąd swój groteskowy charakter. Czy mogło być lepiej? Ja po ukończeniu gry byłem w pełni usatysfakcjonowany. To wspaniałe uhonorowanie serii i jej głównych bohaterów. Znawcy tematu z miejsca wychwycą zawarte w grze nawiązania do porzedniczek a już strzałem w dziesiątkę jest pewien easter egg związany z postacią, o której wspomniałem celowo we wstępie.

Tak naprawdę wystarczy spojrzeć na nazwiska dwóch głównych projektantów gry aby wiedzieć czemu ostatnie Uncharted nabrało więcej dojrzałego charakteru. Bruce Strailey i Neil Druckmann to ci sami goście, którzy bezpośrednio odpowiadali za dotychczas największe arcydzieło Naughty Dog - The Last of Us. Podobieństwa są oczywiście widoczne nie tylko w sferze prowadzenia narracji ale także w samej rozgrywce. Opcjonalne dialogi, dzienniki do znalezienia, dłuższe przerywniki filmowe, częste przesuwanie rozmaitych elementów otoczenia czy wreszcie dużo większy nacisk na eksplorację. W tej materii Kres Złodzieja czerpie sporo z niezwykłej wyprawy Joela i Ellie. Nawet sam Troy Baker (Joel) udzielił głosu jako Sam. A skoro już mowa o rozgrywce to zacznijmy od elementu, który od lat budził mieszane emocje wśród zwolenników i przeciwnikóm marki. Mowa oczywiście o wymianie ognia. Dawniej zarzucano serii, że walka potraktowana została bardzo surowo. To znaczy, że nie czuliśmy ciężaru i siły ognia dzierżonej przez bohatera broni a samo strzelanie niektórzy złośliwi porównywali (zresztą do dziś to robią) do "kapiszonów". Czy tak było w istocie? Cóż, ja ograłem całą trylogię po kilka razy i zawsze wyśmienicie się bawiłem a nie były to jedyne strzelanki TPP, z którymi miałem do czynienia. Jestem skłonny zgodzić się co do znaczenia ciężkości i siły broni. Ten element nieco schodził na drugi plan jednak nigdy nie wpłynęło to u mnie na jakiś bardziej negatywny odbiór Uncharted. Na przeciw temu wychodzi właśnie Kres Złodzieja i choć samej walki przy użyciu gnatów jest w najnowszej części nieco mniej to jest bardziej intensywnie, jest lepiej i po prostu czuć, że naprawdę strzelamy. Teraz takie AK-47 ma całkiem spory odrzut a pocisk wystrzelony z wyrzutni rakiet zwyczajnie ma moc. W tej kwestii mocnej poprawie uległa oprawa dźwiękowa. Odgłosy strzałów są donośne jak nigdy. Zmiana na duży plus i teraz hejterzy będą mieli twardy orzech do zgryzienia próbując cokolwiek zarzucić w tym zakresie twórcom. Kolejną nowością jest możliwość cichej eliminacji przeciwników. Wprawdzie już w Among Thieves pojawiły się sekcje ze skradaniem lecz były one wymuszone z góry przez programistów. Tym razem jest to w stu procentach opcjonalne, więc miłośnicy ciągłej wymiany ognia mogą odetchnąć a i sympatycy załatwiania spraw po cichu także nie będą narzekać. Ja sam postanowiłem korzystać na przemian z obydwu stylów gry i taki zabieg okazuje się być tym chyba najbardziej trafionym. Na szczęście każdy sam decyduje jak chce prowadzić rozgrywkę także i pod tym względem widać kolejne podobieństwo do The Last of Us. Oczywiście nie była to pierwsza gra opierająca się o tego typu założenia rozgrywki ale pierwsza taka od Psiaków. Nie mogę jeszcze zapomnieć o nowości w postaci linki, dzięki której Drake bez większych problemów pokona większe odległości podczas wspinaczki na skalnych klifach i nie tylko. Będziemy się dużo wspinać i zsuwać się w dół. Czeka nas także jazda jeepem i motorówką. Co najlepsze, całość zdaje egzamin. 

Zespół postanowił zwiększyć także samą eksplorację. Nie podejmujemy co kilka pomieszczeń kolejnych starć ale właśnie często zwiedzamy nowe lokacje, pokonujemy kolejne zagadki (niektóre naprawdę fajnie przemyślane choć poziomiem nie odbiegające od starszych części) i poznajemy historię legendarnego skarbu Avery'ego za sprawą porozmieszczanych wpisów starych dziennikach. To kolejny zapożyczony element z TLoU i kolejny, który tylko wyszedł grze na dobre. Kres Złodzieja ma bardzo ciekawy sposób prowadzenia gracza do samego końca. Jest spokojnie po czym zaczyna się odkrywać kolejne kartki historii by stawiać czoła przeciwnościom rzucanym nam pod nogi. Co najlepsze, to jedyna taka część, w której maksymalnie potrafiłem zżyć się z bohaterem. Jak już wcześniej wspomniałem, to bardzo osobista wyprawa Nathana Drake'a podsumowująca jego całe życie i pokazująca nam jak wiele znaczy dla niego to co mu najbliższe. Fabularnych zawirowań w trakcie przygody zdaje się nie mieć końca. Pewnie jesteście ciekawi jak tym razem wypadają antagoniści? Cóż, według mnie Rafe czy jego czarnoskóra partnerka, Nadline są pod tym względem najbardziej naturalni i nie stanowią aż tak utartych stereotypowych złoczyńców jak poprzednicy. Ale o tym trzeba przekonać się na własne oczy, ponieważ każdy ma inny punkt widzenia. Patrząc na ich portrety psychologiczne przez pryzmat całej sagi jestem skłonny stwierdzić, że wypadli najlepiej. Oczywiście, nie są może jakoś specjalnie skomplikowani pod względem charakteru ale też niczego im nie brakuje. Ocenicie sami. Wracając już do kwestii samej gry to jeśli ktoś sądził, że Kres Złodzieja zostanie pozbawiony epickich, oskryptowanych sekwencji to rzecz jasna grubo się pomylił. Oprócz sławnego fragmentu pościgu z ubiegłoroczych pokazów na targach E3 pojawiają się sekwencję, które pod względem widowiskowości po prostu nokautują zmysły. Nie mam oczywiście zamiaru niczego Wam spojlować bo to po prostu trzeba zobaczyć. Tak samo zresztą jak całą grę - bo to jeden wielki graficzny spektakl.

Grając przez pierwsze kilka godzin zastanawiałem się czemu Naughty Dog tak mocno skupiło się w Uncharted 4 na swobodnym zwiedzaniu nowych obszarów. Odpowiedź jest oczywista: takiego poziomu przywiązania do detali i projektu poziomów nie widziałem jeszcze w żadnej innej podobnej grze. Wszystko jest wykonane tak jakby miało być na swoim miejscu. Absolutnie nie mógłbym się do niczego doczepić, nawet na siłę. Od prologu po sam epilog towarzyszyło mi uczucie "WoW, jak to wygląda". Po ND można było się tego spodziewać, bo po raz kolejny przebili samych siebie. Tutaj po prostu jest co zwiedzać i podziwiać. Majestatyczne widoki, krajobrazy, pięknie renderowane dżungle czy ostre jak żyleta ruiny i podziemne przejścia. W nowym Uncharted zawarto wszystko. Do tego gra nie jest pod żadnym pozorem korytarzem jak wydane w ubiegłym roku The Order 1886. Poziomy takie jak Madagaskar czy tropikalne wyspy w środku Oceanu to rzeczywiście spore obszary, które swoim wykonaniem aż proszą się o ich odkrywanie. Niesamowite, że przy tak zaawansowanej grafice udało się tyle osiągnąć w kwestii wielkości lokacji. Do tego jeszcze animacja to niemal betonowe 30 klatek na sekundę. W trakcie całej przygody zauważyłem tylko jedno (w dodatku niewielkie) chrupnięcie. Spadków klatek praktycznie tutaj nie ma. Wygląd postaci to w sumie temat na osobny artykuł bo tak wykonanych modeli na konsolach też nie było. To jak prezentuje się Nathan Drake w różnych sytuacjach zasługuje na największe wyrazy uznania i szacunku dla zespołu. Czy to pod wodą, czy w świetle płomienia, w błocie czy we krwi - po prosu fenomen na skalę światową. Oczywiście nie tylko młodszy Drake zachwyca bo modele reszty obsady w niczym nie ustępują. Słowa w żadnym stopniu nie oddają tego co zobaczymy w grze. Więc powtórzę to raz jeszcze - Uncharted 4 jest najlepiej wykonaną konsolową produkcją w dziejach. To prawdziwy pokaz siły developera i dowód, że PlayStation 4 nie jest tylko przereklamowanym gadżetem. Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o muzyce, ponieważ niektórzy zarzucają, że stanowi jeden ze słabszych aspektów Drake'a 4. Nic podobnego, w trakcie przygody niejeden kawałek zapadł mi w pamięć (świetnie zaaranżowana nowa wersja klasycznego motywu serii) i gorąco polecam odsłuchanie ścieżki dźwiękowej, między innymi świetnie wypada kawałek pt. "A normal Life".

Przejście gry za pierwszym razem zajęło mi ok. 14 godzin. Nie jest to może wynik przebijający Uncharted 2 ale nie żałowałem ani minuty spędzonej przy konsoli. To wspaniale poprowadzona przygoda, pełna zwrotów akcji i do tego miażdżąca nas swoim wyglądem. Lepszego zakończenia i uhonorowania wielkiej i ostatniej przygody Nathana Drake'a nie mógłbym sobie wyobrazić. Studio tym samym po raz kolejny udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych i tym samym potwierdza swoje niezwykłe  koderskie umiejętności oraz zdobywane przez te 20 lat doświadczenie w szeregach PlayStation. Dziękujemy, Nathania Drake'u - to była świetna przygoda. Dziękujemy Wam, Naughty Dog za najlepszą odsłonę serii i najmocniejszy tytuł na wyłączność dla aktualnej konsoli Sony. Brać i grać!