Na wstępie wyjaśnijmy z czym mamy tutaj do czynienia. Q.U.B.E. to inspirowany serią Portal projekt trójki studentów z Newport, natomiast Q.U.B.E. Director’s Cut to wydana kilka lat później oszlifowana wersja tej gry wzbogacona o fabułę ze scenariuszem machniętym przez Roba Yescombe (mającego na koncie m.in. Crysis 2 oraz Obcy: Izolacja) i parę innych atrakcji.

Gra nie traci czasu na wyjaśnianie sytuacji, w której znalazł się nasz podopieczny. Jest to bezimienny facet, który w wyniku jakiegoś nieokreślonego incydentu znalazł się w środku dziwnego, kosmicznego obiektu zbudowanego z niepoliczalnej liczby sześcianów. Dający wkrótce o sobie znać głos kobiety twierdzi, że los świata zależy od niego, czyli od nas, lecz problem polega na tym, że doskwierający brak pamięci uniemożliwia skonfrontowanie tych słów z rzeczywistością. Rzecz o tyle ważna, że jest jeszcze drugi głos. Głos tajemniczego mężczyzny, który przekonuje, że całe to zamieszenie jest jedną wielką ściemą a my robimy za królika doświadczalnego. Kto w tej sytuacji mówi prawdę? A może prawda leży gdzieś pośrodku?

Bohater tych zmagań ‘uzbrojony’ jest w specjalne rękawice umożliwiające mu manipulowanie pewnymi elementami otoczenia - kolorowymi sześcianami/klockami, które znaleźć można na ścianach, podłodze i suficie. Każdy ich typ ma jakieś unikalne zastosowanie. Czerwone da się ‘rozciągać’, z żółtych budować konstrukcje przypominające schody, niebieskie służą jako trampolina, fioletowe pozwalają przestawiać otoczenie, natomiast zielone to zwyczajne pojedyncze bloki. Z pomocą tego wszystkiego stawiamy tu czoło kolejnym wyzwaniom. Wątek fabularny trwa jakieś pięć godzin, podczas których natkniemy się na różne wariacje powyżej opisanych zasad. Twórcy starają się nas nie zanudzać zbytnio tymi samymi patentami, bo choć klocki stanowią tutejszy fundament, to jednak wraz z postępami wprowadzane są regularnie nowe myki urozmaicające rozgrywkę (ciemne pomieszczenia, magnesy, ‘piłki’, lasery itd.). Pewne rzeczy mogłyby wprawdzie działać lepiej (o czym zaraz), ale zróżnicowanie atrakcji jest na tyle duże, że monotonia nie powinna dawać się we znaki.

Podczas rozgrywki używamy przede wszystkim dwóch przycisków - ZL i ZR (zaznaczmy, że recenzowana jest wersja na Wii U). Można by powiedzieć, że ZL służy za aktywację klocków, zaś ZR za ich deaktywację/reset. Tu objawia się też chyba najpoważniejsza wada Q.U.B.E. - otóż gra nie została stworzona z myślą o padach. Przez większą część czasu mały celowniczek i nie do końca precyzyjne rozglądanie się gałką nie stanowi problemu, lecz od czasu do czasu natrafiamy na łamigłówki o bardziej zręcznościowym charakterze i wówczas możemy się zirytować niemożnością trafienia w jakiś cel, zwłaszcza jeśli poprzedziliśmy to budową bardziej wydumanych konstrukcji. Domyślam się, że na PC, gdzie mamy mysz i klawiaturę, tak nie jest, lecz używając pada nie raz, nie dwa może nam skoczyć ciśnienie.

Drugim tematem zasługującym na wzmiankę są kwestie techniczne. Oprawa graficzna nie powala, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się czemuś z bliska, ale trudno robić niezależnym twórcom wyrzut z tego powodu. Skrytykować ich jednak należy z powodu paru bugów, na jakie miałem okazję się natknąć. Raz skiepścił mi się dźwięk, i przy tej okazji nie zapisał się też progres (na szczęście straciłem tylko kilka minut), a przy ostatniej zagadce, która w teorii powinna wysoko podnieść poprzeczkę, babol spowodował, że przeszedłem ją w niecałe dwie minuty. Wprawdzie dochodziła wtedy pierwsza w nocy i niespecjalnie się tym faktem przejąłem, lecz z Wami, zakładając iż coś takiego by się Wam przydarzyło, może być inaczej.

Punkt trzeci - narracja. Ta ma w moim odczuciu dwa problemy. Dwa głosy walczą o duszę głównego bohatera, jednak nie reagujący na żadne bodźce podopieczny sprawia, że plan scenarzysty trochę się rozjeżdża i traci na dramaturgii. W ostatnich latach popularny bywa gdzieniegdzie trend pozbawiania bohaterów gier cech osobowości, bo niewłaściwa osobowość odrzuci niektórych graczy, bo z bohaterem bez właściwości łatwiej się utożsamić i pustkę wypełnić własną wyobraźnią. Ale z tymi tezami bym polemizował. Kim innym jest w końcu Nick Carraway z “Wielkiego Gatsby’ego”, a kim innym warzywo. Problem drugi to natomiast zakończenie. Yescombe stara się nas zaskoczyć ostatnim dużym twistem, ale zamiast tego sprowadza on budowaną przez siebie historię (do tego momentu absolutnie spełniająca swoje zadanie) do czegoś tak naciąganego, że aż absurdalnego. Nie chcę odbierać chleba autorowi i go strofować, jednak wydaje mi się, że coś bardziej subtelnego pasowałoby lepiej. Wrzucenie twista po to, żeby był twist, to nie zawsze najlepszy pomysł.

Innymi słowy...

Rozpisałem się trochę o mankamentach Q.U.B.E., lecz niech Was to labidzenie nie zmyli - to mimo wszystko naprawdę solidna produkcja w przystępnej cenie, którą polecić można zwłaszcza tym osobom, które interesują się indie gamingem, ale już trochę bokiem wychodzą im platformery oraz tzw. symulatory chodzenia. Główny wątek fabularny nie należy może do najdłuższych pod słońcem, jednak oprócz niego znajdziemy tu również speedrunowe wyzwania dodatkowo wydłużające żywotność zabawy. 40 zł, które życzą sobie panowie z Wysp, to żadne zdzierstwo.