Zacznijmy od początku - Życie Piksela to życie piksela. Produkcja opiera się na ciekawym, żeby nie powiedzieć błyskotliwym, pomyśle przeprowadzenia graczy przez różne epoki elektronicznej rozrywki. Jak przystało na szanującego się platformera, plansze, których przygotowano tutaj ponad sto, podzielono na kilkanaście światów, a światy te to z kolei konsole i komputery, które zapisały się w świadomości graczy. Zaczynamy od ZX81, a potem zahaczamy też między innymi o BBC Micro, NES-a, Game Boya, Amigę, SNES-a i Master System. Nie wszystkie są dostępne od razu - trzy z nich należy sobie najpierw odblokować spełniając pewne warunki.

Liczba poziomów jest duża, jednak skonstruowane są one tak, że ich przejście nie zajmuje zwykle więcej niż minutę, dwie (tzn. jeśli w końcu uda nam się je przejść). Podróż przez kolejne światy przy okazji pokazuje nam także, jak zmieniały się gry video, bowiem każdy z nich stara się ‘emulować’ cechy charakterystyczne dla danego sprzętu. Nie jest to tylko styl graficzny i efekty dźwiękowe, ale także techniki game designu. W końcu naiwnością byłoby spodziewać się scrollowanych poziomów na ZX81, prawda?

Kierując poczynaniami małego, zielonego piksela nasze zadania są dwa - zebrać pewną liczbę znajdziek (tych może być od kilku do kilkudziesięciu) i dobrnąć do wyjścia. Life of Pixel, powiedzmy sobie wprost, jest naprawdę trudne, a konkretnie - zaczyna nami wycierać podłogę tak po pięciu, sześciu światach. Gorzej, że nie jest to coś zachęcającego do zaciśnięcia zębów i dalszych prób. Przejście wyzwania przeważnie nie daje satysfakcji, ale bardziej nasuwa tę natrętną myśl, “ile będę się męczył teraz?”. Nasz podopieczny ginie często i gęsto przede wszystkim ze względu na kolce, lasery i kilka innych przeszkadzajek fundujących natychmiastowy zgon. A, niestety, stałym repertuarem zagrań game designerów z Super Icon są kolce pojawiające się nagle tam, gdzie się ich nie spodziewamy (np. przed samym wyjściem), albo próby wiary - skoki w nieznane. Zaimplementowana możliwość spoglądania w górę i dół życie trochę w tej sytuacji ułatwia, lecz de facto zmienia niewiele.



Pierwsze naprawdę pozytywne wrażenie, które robi Life of Pixel, z czasem zaczyna dogasać, a sytuację pogarsza nie tylko pozostawiający do życzenia stopień trudności, ale też to dojmujące uczucie robienia tego samego - zmagania się z kolcami, wielkimi ilościami kolców. Oczywiście każda gra opiera się na schematach, jednak te lepsze potrafią to jakoś zakamuflować. Tutaj twórcy próbują od czasu do czasu urozmaicić nam rozgrywkę jakimiś mykami, np. przenoszeniem bomb by odblokować drogę, jetpackiem czy samochodzikiem, lecz często odbierałem to jako dodatkową komplikację, a nie atrakcję wprowadzającą więcej powiewu świeżości. Zwłaszcza, że np. przypadkowa utrata bomby każe nam rozpoczynać planszę od początku (swoją drogą podobnie jest ze spadającymi platformami - nie wracają one na swoje początkowe miejsce, więc w pewnych okolicznościach pokonanie przeszkody staje się niemożliwe). Po co takie prztyczki od deweloperów? Sam chciałbym wiedzieć.


Life of Pixel nie jest jednak grą bez dobrych stron. Ma ładną grafikę, budzący nostalgiczny feeling soundtrack (choć utworów mogłoby być nieco więcej) i może wciągnąć za sprawą sieciowych rankingów, bo wykręcanie coraz lepszych czasów świetnie pasuje do tutejszych niewielkich poziomów. Poza tym wiem, że są też gracze gustujący w takich masochistycznych wyzwaniach.

Mnie to wszystko do końca jednak nie przekonuje stąd taka a nie inna ocena. Gdyby twórcy chcieli zrobić sequel poradziłbym im, żeby odpuścili zbieractwo i skupili się na dobrym level designie. Na pewno jest gdzieś tutaj potencjał, więc wypada im życzyć, by się do niego dokopali i wyciągnęli go na wierzch.

PS Recenzowałem wersję na Wii U (można ją nabyć za 40 zł). Podobno wersja na PS Vita miała jakieś techniczne problemy, lecz na sprzęcie Nintendo żadnych nie uraczyłem.