O The Order 1886 było głośno na długo przed premierą. Tytuł na wyłączność PlayStation 4, nastawiony na single player od pierwszych zwiastunów zachwycał oprawą i klimatem wiktoriańskiego Londynu zakrapianego nutką fantasy. Grze wróżono świetlaną przyszłość jako system sellera dla konsoli, która pomimo już ponad rocznej obecności na rynku takiego nie dostała.  Nie było o nim jednak tak głośno jak zaraz po premierze, kiedy recenzenci i gracze, a w głównej mierze ci pierwsi, dostali kubłem zimnej wody w twarz i w przypływie nagłego szoku zmieszali produkcję z błotem. Oceny na poziomie 65% nie kusiły, a pojawiające się zewsząd nieskończone pokłady pretensji i niespełnionych obietnic wręcz odstraszały od zakupu. Mimo to w dniu premiery nadwyrężyłem portfel sięgając po produkcję, która zachwyciła i wciągnęła, lecz pozostawiła naprawdę ciężki do strawienia niedosyt.

W grze wcielamy się w Sir Galahada, członka Zakonu Rycerzy Okrągłego Stołu. Główny bohater wraz z kompanami zajmuje się obroną niewinnych ludzi narażonych na ataki ze strony bestii, które kilkaset lat wcześniej za sprawą nieznanej mutacji wyewoluowały z form ludzkich w krwiożercze monstra z aparycji dążące do à la wilkołaków. Genialnie zakrojoną atmosferę podgrzewa postać Nikoli Tesla, który dostarcza naszemu protagoniście broń oraz wyszukane zabawki tworzone na modłę steampunkowych gadżetów zakorzenionych w stylistyce technologicznej rewolucji wieku pary. Stworzony przez Ready at Down świat jest wiarygodny i posiada diabelską zdolność przykuwania uwagi.

Wraz z pojawieniem się na rynku nowej generacji konsol pojawiło się wielu malkontentów narzekających na ich słabą konfigurację wróżąc krótki żywot. To co stworzyło studio odpowiedzialne za grę daje im wszystkim wielkiego pstryczka w nos. Gra jest przepiękna stawiając innym deweloperom niezwykle wysoką poprzeczkę. Nieziemski design lokacji, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, oryginalne i zachęcające do penetracji miejscówki, najbardziej rzeczywiste efekty cząsteczkowe jakie przyszło mi oglądać w wirtualnym świecie sprawiają, że tytuł ten stanął na szczycie dotychczasowych dokonań programistów obecnej generacji konsol. Oglądając to wszystko chce się rzucić wątek główny i zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać. Niestety to jest właśnie pierwszy element, który nie zagrał. Miejscówki są zbyt klaustrofobiczne, a poukrywane w nich rzeczy do odkrycia, choć interesujące, a momentami nawet zabawne (vide Sackboy), da się znaleźć przy pierwszym podejściu do gry.   

Cała mechanika opiera się na biegu od jednej scenki QTE do następnej z kilkoma, dosłownie kilkoma momentami bezpośredniej wymiany ognia z wrogimi oddziałami. Patrząc na przedpremierowe zapowiedzi nie powinno to szczególnie dziwić, gdyż twórcy od początku mówili o filmowym doświadczeniu płynącym z rozgrywki, ale chyba nikt nie spodziewał się tak dużej przewagi pierwszego nad drugim. Po takich tytułach jak Heavy Rain (2010) i Beyond: Two Souls (2013) jestem fanem tego typu rozrywki jeśli potrafi ona stuprocentowo przyciągnąć uwagę i stawiać tyle intrygujących pytań byśmy chcieli dążyć dalej wprost ku rozwiązaniu zagadki. Niestety The Order: 1886 nie ma fabuły zapierającej dech w piersiach lub wytyczającej nowe standardy w rozgrywce, ale wciąż nie ma katastrofy, po prostu jest znośnie, znośnie do momentu zakończenia, kiedy dostajemy obuchem prosto w twarz. I to nie dlatego, że nagle wyjaśnia się wielka tajemnica, a antagonistą okazuje się ktoś komu do tej pory bezgranicznie ufaliśmy, nie ma też wyciskającej łzy śmierci ani niewyjaśnionych zjawisk. A właściwie jest jedno. Mianowicie niewyjaśnionym zjawiskiem jest praktycznie cała fabuła gry, gdyż urywa się w momencie, gdy większość gier rozwija skrzydła pokazując kunszt scenarzystów. To ogromny minus właściwie niezrozumiałego pochodzenia (brak pomysłów, a może możliwości przedłużenia czasu developingu?), bo jeśli miał to być umyślny cliffhanger to zdecydowanie zbyt wczesny, przynajmniej o jakieś dwie, trzy godziny rozrywki. Całość filmowej otoczki gry miała zostać dodatkowo wzbogacona przez dodanie czarnych pasów na dole i górze ekranu tak bardzo kojarzonych z kinem. Czy to zabieg udany? Bynajmniej, a już na pewno dla mnie. Podczas gry czarne pasy dziwnie przyciągały moją uwagę odciągając od środka ekranu. Dziwne i być może odczuwalne tylko przeze mnie.

Czas skupić się na aspekcie, który chyba najbardziej podzielił graczy, a mianowicie czasie gry. Czy od produktu kosztującego w zależności od sklepu plus minus 250 złotych mamy obowiązek wymagać konkretnej liczby godzin rozrywki, czy każda godzina powinna być odpowiednio wyceniona i wpływać na ostateczną wartość? Szczerze, nie mam pojęcia. Po skończeniu gry w około siedem godzin czułem się lekko okradziony, ale z drugiej strony frustrację łagodził cudowny klimat wykreowanego świata, który wręcz wylewał się z ekranu podczas biegania po wiktoriańskim Londynie. Ostatecznie jestem w stanie wybaczyć twórcom cenę niewspółmierną do czasu rozgrywki, ale tylko dlatego, że gra zapewniła mi rozrywkę na dość, lecz tylko dość wysokim poziomie. Jednak przy ewentualnej kontynuacji na pewno wstrzymam się przed kupnem gry w dniu premiery i uważnie prześledzę pojawiającej się w internecie recenzje.

Na The Order: 1886 byłem nieziemsko napalony po tym, jak usłyszałem o opóźnieniu premiery Wiedźmina 3: Dziki Gon. To tę grę miałem ogrywać podczas wolnego posesyjnego tygodnia. W zamian znalazłem grę pełną skrajności, która starczyła mi na zaledwie trzy około dwugodzinne, ale ciekawe wieczorne przygody w Londynie wieku pary. Byłbym w wniebowzięty, gdyby rozgrywka była ciut dłuższa i nieco bardziej rozbudowana, a tak jestem tylko zadowolony z produktu dostarczonego przez Ready at Down i cichutko liczę na kontynuację, która naprawi wszystkie błędy pierwowzoru serwując domową rozrywkę na najwyższym poziomie.