Grim Fandango to dowód na to, że borykające branżę problemy powracają niczym bumerang. Dawno temu tytułem nieistniejącego już growego LucasArts zachwycili się recenzenci wychwalający rozgrywkę i design. Graczy to nie przekonało, nie pomógł też fakt iż był to zmierzch złotej ery przygodówek i gatunek ustępował miejsca grom akcji. Grim Fandango poległo na poletku komercyjnym. Remaster raczej tego stanu rzeczy nie zmieni może jedynie sprawić, że jedno z kultowych dzieł Tima Schafera pokocha więcej osób. Co jest tak oryginalnego w klimacie? Wcielamy się w rolę Manny'ego Calavery - agenta Departamentu Śmierci żyjącego w krainie umarłych. Jego zadaniem jest zabieranie z ziemskiego łez padołu zmarłych i sprzedawanie im... pakietów podróżnych. Jeśli delikwent był za życia aniołem pomagającym potrzebującym, może liczyć na top topów - bilet na mityczny pociąg Numer Dziewięć. Wówczas droga do wiecznego spoczynku zajmie 4 minuty zamiast 4 lat. Bo tyle muszą odpokutować ci, którzy nie wsławili się dobrymi uczynkami, a co za tym idzie - skazani na pokonanie ostatniej drogi na piechotę. Wielu ginie bądź rezygnuje, zostając na stałe w krainie umarłych, w której ani myśli zostawać nasz bohater. Manny nie jest jednak dobrym sprzedawcą, a tylko dobre wyniki pozwolą jemu na wyrwanie się z kościstego „ciała”. Sprawy partolą się jednak koncertowo, gdy chłop podkrada idealną klientkę rywalowi i przez pomyłkę wysyła ją w podróż pieszo zamiast wręczyć bilet na pociąg. Calavera z hukiem wylatuje z pracy, ale sensem jego istnienia staje się odnalezienie tajemniczej niewiasty.
 
Schafer czteroletnią wędrówkę duszy zaczerpnął z wierzeń Azteków. Większość występujących w grze postaci to szkielety przypominające meksykańskie figurki calaca, zresztą Manny i inni bohaterowie co rusz wrzucają do dialogów hiszpańskojęzyczne wtręty. Stylu budowli w Grim Fandango to głównie Art Deco, gra czerpie też garściami z kina noir czyli takiej klasyki jak "Sokół maltański" i "Casablanca". Mamy więc kilka postaci inspirowanych tym drugim filmem, a do tego kościste femme fatale, czarne i szemrane charaktery, często nagminnie palące papierosy tak jak robili to bohaterowie w kinie tegoż nurtu. Wszystko to zebrane w całość daje klimat jedyny w swoim rodzaju. On się nie zestarzał, nie zestarzała się też rozgrywka. Grim Fandango to klasyczna gra adventure czyli bez główkowania, kojarzenia faktów, spostrzegawczości, umiejętności używania przedmiotów nie zawsze zgodnie z ich przeznaczeniem i uważnego słuchania dialogów, z których można wyłapać strzępy niezbędnych później informacji, ani rusz. Zresztą i wtedy nie obejdzie się bez klasycznych zacięć, które lata temu spędzały mi sen z powiek gdyż podpowiedzi do gier nie były wówczas tak powszechnie dostępne jak dziś. Samodzielnie jej wtedy nie skończyłem.
 
Gra czasem wymaga myślenia nieco wykraczającego poza ramy rozsądku, czasem – zgodnego z logiką. Bo gdy reprezentująca uciśnioną klasę robotniczą pszczoła chce wzburzyć bunt, ale nie potrafi porwać braci płomienną mową, należy jej podrzucić książkę z rewolucyjnymi hasłami, a gdy widzimy, że po dodaniu do drinków pewnego specyfiku padają goście w lokalu, to tego samegoż specyfiku należy użyć jeśli chcemy położyć spać pewnego marynarza. Na drodze stanie nam oczywiście plejada wykręconych postaci, na której czoło wysuwa się pomarańczowy demon Glottis – nasz wierny kompan, który potrafi sobie wyrwać... serce z klatki piersiowej i jest uzależnionym od hazardu mechanikiem. Nie tylko z nim bywa wesoło, bo cała historia pełna jest błyskotliwych dialogów i udanych gagów, zresztą tak jak każda produkcja spod szyldu LucasArts w tamtych latach. Daje radę również klimatyczna, momentami mocno jazzowa nuta.

 
 
Nowa firma Schafera – Double Fine – nie wysiliła się odnawiając przygody Manny'ego. Tła pozostały bez zmian tak samo jak scenki przerywnikowe, grzebano jedynie przy postaciach – wygładzono rozpikselowane „rysy twarzy”, dodano lepsze oświetlenie. Przez to bohaterowie czasem wyraźnie odznaczają się na statecznych lokacjach, podobnie jak niektóre ważne obiekty, które chociaż dzięki temu łatwiej namierzyć. Oryginalne Grim Fandango korzystało z klawiatury, a nie jak inne przygodówki myszki, zatem sterowanie pasuje jak ulał do pada. Z kolei posiadacze PS Vity (kupując grę otrzymujemy wersję przenośną i stacjonarną, a możliwość zapisywania stanu gry w chmurze ułatwia „przeskakiwanie” z jednej na drugą) mogą grać dotykowo. Gdy stukniemy ekran postać rusza w tamtym kierunku, a jeśli natrafiamy na przedmiot pojawi się menu z opcjami typu obejrzyj, podnieś, rozmawiaj itp. Ostatni dodatek to komentarz twórców – sprawa idealna dla fanów, dlatego ja zaraz po pierwszym, „normalnym” zaliczeniu gry, zabrałem się za nią po raz drugi włączając właśnie tę opcję.
 

 
Grim Fandango Remastered nie ma żadnego systemu podpowiedzi, popularnego w przygodówkach nowej ery takich jak piąty Broken Sword. I to chyba najlepiej świadczy o tym do kogo pozycja jest głównie skierowana. Do wspominających ją z sentymentem i do weteranów gier adventure. Tych starych, nieprzyjaznych graczowi i momentami absurdalnie trudnych. Nowicjusz oczywiście też może złapać bakcyla, ale - przynajmniej na początku – może to być znajomość szorstka, co należy mieć na uwadze. Jeśli zdecydujesz się na samodzielne główkowanie, lekką ręką strzeli ci w towarzystwie kościstego Calavery nawet 10 godzin. Ja sporo z zagadek jak przez mgłę, ale pamiętałem z oryginału, i przede wszystkim przywołanie tych wspomnień sprawiło iż na dole widnieje taka a nie inna ocena.