Każdy pierwszy raz zapada w pamięć - najbardziej te bolesne. Moim kolejnym rozdziewiczeniem była wizyta na wypełnionej parą platformie od Valve. Przez dwadzieścia lat przygody z grami, ukończyłem około pięciu tytułów siedząc przed komputerem. Bynajmniej nie jest to przejaw platformowego rasizmu. Po prostu zawsze dysponowałem słabym sprzętem. Los chciał, że pierwszą od lat partyjkę spędziłem nie z padliną, a domowej roboty sałatką warzywną.

Byli pracownicy studia Grin (Ghost Recon Advanced Warfighter, Bionic Commando Rearmed) powołali do życia nowy „twór”. A jest nim, skromnie nazwane, Might and Delight. Do tej pory, pod tym szyldem, elektroniczny świat ujrzały Pid oraz Shelter (dwie części). Czas na kolejne dzieło, hołdujące takim legendom jak na 1942 czy Ikaruga oraz wszelkim pochodnym, które opierają się na zasadzie – leć w górę ekranu i strzelaj do wszystkiego co leci w dół. Jak twierdzą twórcy to „mała i prosta gra”. Żadnych ukrytych informacji drobnym drukiem, które odczyta co najwyżej Ant-Man.

Śmierć z przestworzy

Po uruchomieniu gry, wita nas menu w postaci hangaru, który tętni życiem. Wstępne wrażenie - atmosfera przypomina strojenie instrumentów przed koncertem. Na pierwszym planie, z dumą, swoje iście rubensowskie kształty prezentuje tytułowy Blue Flamingo. Wygląda uroczo i nie zapowiada jaką maszyną zniszczenia jest w istocie. Może się wydawać, że sterowanie polegające na sześciu przyciskach – cztery kierunki plus karabin (zintegrowany z rakietami) oraz bomba – to niewiele. Po kilku minutach nadal odnosiłem takie wrażenie, ale już na trzecim etapie dostałem łupnia. Poziom trudności rośnie w szybkim tempie. Zachodzę więc w głowę jak najlepszy obecnie (światowy) wynik - 168 266 punktów - został uzyskany. Mój przemilczę, bo nie jest godzien widnieć na PPE. Główna trudność polega też na tym, że życie macie jedno. Żadnych, apteczek, serduszek czy wyciągów z szyszynki umarlaka. Wskaźnik zejdzie do zera? Koniec gry... i lecimy od początku. Uzbieranie w pocie palców fundusze można wydać na usprawnienia uzbrojenia albo zaoszczędzić, by po kolejnej wyprawie zebrać bonus w postaci odsetek (10%). Na początku polecam drugą opcję, ale z czasem, gdy zacznie Wam brakować zdrowia, warto inwestować w uzbrojenie. Oczywiście, w przypadku zgonu – Flamingo w chmurze dymu opuszcza ekran – tracicie wszystkie postępy. A to boli, możecie mi wierzyć.

 

 

Ręczna robota

Największy atut? Oprawa. Bynajmniej nie dlatego, że składa się z miliardatryliardabiliarda polygonów. Jej wyróżnik to ręcznie robione modele, które potem sfilmowano i przeniesiono do komputera. Modele czego spytacie? Wszystkiego. Poczynając od lokacji, przez jednostki wrogów, na naszym dzielnym Blue Flamingo kończąc. W akcji wygląda to świetnie. Tym bardziej, że nie uświadczycie najmniejszych spadków animacji i tym podobnych bolączek. Etap nad którym będziecie latać, w rzeczywistości miał długość (prawie) 10 m i trafił do gry w wersji dziennej oraz nocnej (tylko lekko oświetlonej). Esencję destrukcji, czyli wybuchy zapewniły petardy, a samochody/pociąg przemieszczano przy pomocy magnesów. Dodatkowym urozmaiceniem jest ulokowanie kadru w poziomie, a nie w pionie, jak w większości przedstawicieli gatunku.

Muzyka również zasługuje na pochwałę. Stanowi oryginalne połączenie rytmów z lat pięćdziesiątych oraz hawajskich wpływów. Co najważniejsze, przy dłuższym posiedzeniu, nie nuży. Tego samego nie można powiedzieć o rozgrywce. Mniej niż dziesięć poziomów wystarczy, by zapragnąć czegoś innego. Stąd też mój główny wniosek – byłaby to świetna produkcja na konsolę przenośną lub tablet. Do grania na komputerze? W małych dawkach i za niższą cenę.

Flamingiem jestem

Aktualna cena na platformie Steam to 4,99 euro, czyli około 20 złotych. Z jednej strony to sporo za grę, która mogłaby funkcjonować wyłącznie na mniejszym sprzęcie. Z drugiej, trud jaki włożyli w produkt końcowy twórcy wart jest docenienia i uwagi. Jeśli gustujecie w tego typu produkcjach – nie czekajcie. A jeżeli moje argumenty Was przekonały – poczekajcie aż cena znajdzie się poniżej pułapu rodzimego 9,99. O objawieniu nie sposób pisać, ale o solidnym kawałku kodu już tak.