Zdrada w zdecydowanie większym wymiarze

 

Assassin's Creed: Rogue pozwala nam poznać historię niejakiego Shay’a Patricka Cormaca, który na początku nie wydaje się szczególnie ciekawym bohaterem, ale jego charakter zostaje zarysowany dosłownie na naszych oczach. Jest posłuszny niczym reszta swoich Braci. Wysłuchuje poleceń, biega na posyłki, morduje wyznaczone cele, ale w pewnym momencie odkrywa straszną prawdę, która sprawia, że zmienia się całe jego życie. Odrzuca kaptur Asasynów na rzecz czarnych szat zmarłego syna swoich wybawicieli. Los tak chciał, że nieżyjący młodzieniec należał do Templariuszy, a nowy strój leży na Irlandczyku równie dobrze jak pasują mu ideały byłych wrogów. Dość szybko orientuje się, że przez lata żył w kłamstwie i teraz rozpoczyna swoją vendettę, która ma na celu wytępić Asasynów z tego świata.

 

 

Tak, macie rację, to kolejna opowieść o zemście, ale akurat w przypadku Rogue opowieść jest zarysowana w tak dobry sposób, że naprawdę nie trzeba się specjalnie starać, aby „uwierzyć”. To nie jest przygoda o człowieku, któremu zamordowano dwóch krewnych i on teraz zabija połowę Paryża i ciągle „nie jest spełniony w swojej walce”. Shay robi to dla dobra ogółu, bezbronnych, których podobno bronili Asasyni? Ubisoft dzięki tej produkcji w ciekawy sposób pokazuje nam drugie oblicze Bractwa oraz Zakonu. Nie wszystko jest czarne i białe, a wiele postaci – nawet Achilles Davenport, swoją drogą mentor Shay’a – pokazują swoją drugą twarz.

 

Gra w pewien sposób jest kontynuacją Assassin's Creed: Black Flag, dlatego w trakcie rozgrywki spotkamy poznanych wcześniej bohaterów i całość łączy się ze wcześniejszymi wydarzenia w naprawdę przystępny sposób. Nowi gracze mogą czuć się w tym wszystkim zagubieni, ale należy mieć świadomość, że twórcy grają w otwarte karty i chcą w pewien sposób rozwinąć lub też zakończyć wcześniej rozpoczęte wątki... Niech tylko zachętą do tytułu będzie fakt, że w pewnej chwili Shay trafia do Paryża i jak możecie się domyśleć autorzy nie zmarnowali okazji, moim zdaniem w iście złowieszczo-genialny sposób, połączyli tegoroczne pozycje. Brawa Ubi, pod tym względem nie zawiedliście.

 

Ponownie fabuła koncentruje się wokół wielkiego wydarzenia – tym razem wojny siedmioletniej – ale ten element został przysłonięty przez historię Asasynów, Templariuszy i połączenie trzech odsłon Assassin’s Creed. Jest to ciekawe rozwiązanie, bo skupiamy się na najważniejszym mięsku. Niestety, twórcy nie zapomnieli o wątku współczesnym i ponownie pozwalają nam pobiegać po biurze Abstergo – ponownie jak w przypadku głównej opowieści otrzymujemy tutaj kontynuację wcześniejszej pozycji, ale jest to dla mnie tylko i wyłącznie sztuczne wydłużenie czasu gry. A właśnie pod względem długości głównego wątku Rogue nie zachwyca, ponieważ główną oś fabularną możemy ukończyć w około 10 godzin. Tym samym opowieść Asasyna-Templariusza jest najkrótszą przygodą w serii Ubisoftu – nie licząc epizodu Aveline. Szkoda.

 

 

 

Ahoj przygodo! Flaga na maszt i zwiedzamy!

 

Dzieło Ubisoftu nie tylko pod względem historii nawiązuje do Karaibów, ale również – a może nawet przede wszystkim – pod względem rozgrywki. Produkcja działa na silniku Black Flag, który w obliczu francuskiej opowieści w wielu miejscach niedomaga. Ponownie otrzymujemy topornie poruszającego się, a w dodatku nie potrafiącego się skradać łowcę, dlatego w trakcie wykonywania zadań korzystamy głównie z bujnie rosnących krzaków, czy też rozstawionego w dość nietypowych miejscach siana. To kiedyś nie przeszkadzało, ale po zapoznaniu się z Unity, czy też Shadow of Mordor trudno przełknąć, że Asasyn, uczeń  Achillesa, zachodzi rywali bez odpowiedniego przygotowania.

 

Podobne uwagi można mieć do systemu walki, który nie jest tak rozbudowany jak u Arno, ale Shay otrzymał od twórców nową zabawkę. Strzelba pozwala Templariuszowi między innymi usypiać oraz rozwścieczać  rywali, czy też wystrzeliwać granaty. To ciekawa innowacja, która urozmaica rozgrywkę i pozwala na nowe planowanie zadań – wspomnę tylko, że w pewnej misji wykorzystałem strażników pewnego jegomościa do wyeliminowania celu.

 

Shay będąc jeszcze Asasynem przywłaszcza sobie łajbę – Morrigan – którą podobnie jak w poprzednich odsłonach możemy ulepszać, rozbudowywać, czy też przygotowywać do starć na morzu. Rogue korzysta ze znanego miłośnikom uniwersum schematu i do dyspozycji korsarza oddano trzy przyzwoitej wielkości lokacje, po których pływamy,  by następnie odwiedzać okoliczne wysepki i wykonywać najróżniejsze zadania. Podczas poznawania uroków morza wymieniamy się kulami z innymi statkami, wskakujemy na łajby przeciwników, mordujemy i zdobywamy jeńców oraz inne potrzebne surowce. Te następnie inwestujemy w rozwój naszej ogromnej ślicznotki, a gdy znudzi nam się zabawa na wodzie, wchodzimy na ląd, gdzie dla przykładu polujemy na zwierzynę. Zdobyte smakołyki przeznaczamy na rozwój ekwipunku bohatera i dzięki temu między innymi nosimy więcej kul, strzałek, czy po prostu zwiększamy wydajność broni.

 

 

Trudno jednak ukryć, że te wszystkie elementy już były i są wyłącznie nadbudowane lub przebudowane. Na szczęście deweloperzy nie zapomnieli o nowym mięsku i gdzieś od połowy historii rozpoczynamy krucjatę na Asasynów i otrzymujemy niezwykłą możliwość eliminowania członków Bractwa. To zupełnie nowa zabawa, ponieważ Asasyni są wtopieni w tłum, polują na nas, wchodzą do znanych nam kryjówek (siano), biegają po dachach, siadają na ławce, wtapiają się w tłum i próbują pokonać swojego ex-brata. Jako były Asasyn wyczuwamy atak, a specjalny radar pomaga namierzać cele i zabawa sprawia sporo frajdy. Po pokonaniu grupy przeciwników, eliminujemy szefa, zdzieramy flagę i w konsekwencji opanowujemy fort.

 

Jedyny dość wyraźny zarzut w tym miejscu to poziom trudności i głupota przeciwników. Asasyni chociaż potrafią na nas zapolować, to ich ataki są dość mizerne, a w dodatku dość łatwo przewidzieć cios i wyprowadzić skuteczną kontrę. W zasadzie cała produkcja nie jest większym wyzwaniem i przez to trudniej znaleźć tutaj motywację do biegania za zwierzakami i rozwijania głównego bohatera.

 

Ponownie w trakcie rozgrywki mamy przyjemność zbierania różnorodnych skarbów, więc odwiedzamy wyspy, szukamy fragmentów Animusa, listów z wojny, malowideł na ścianach, czy po prostu kosztowności. Pod tym względem seria nigdy nie zawiodła.

 

 

Asasyn 3,5 Flag?

 

Assassin's Creed: Rogue to połączenie trójki z Black Flag, ale twórcy nie odcinają kuponów, a w ciekawie wykorzystują najlepsze elementy dwóch odsłon i wrzucają je w nowy świat i pozwalając poznać ciekawą opowieść.

 

Trudno jednak ukryć, że tytuł ten wygląda dość blado na tle konkurencyjnego Unity. Wyspy są puste, w osadach brakuje życia, a modele budynków oraz postaci nie zachwycają. To produkcja, która przypomina, że poprzednia generacja ma swoje najlepsze lata za sobą. Wielokrotnie w tekście przywołuję Black Flag, ale Rogue dla niektórych z Was może prezentować gorszą grafikę od Karaibów – bo przecież mogliście poznać ten tytuł na samym starcie ósmej generacji, a nawet w tym przypadku różnica jest znacząca. Cieszy na pewno mniejsza ilość błędów względem paryskich rozkoszy – tytuł działa dość płynnie, ale jak na sandbox przystało gra musi radzić sobie z kilkoma mniejszymi pomyłkami, które na szczęście nie przeszkadzają w odbiorze projektu.

 

 

 

Templariusz nie zawiódł, czekam na więcej

 

Pomimo wtórności, archaizmów (względem Unity) oraz słabej grafiki w Assassin's Creed: Rogue bawiłem się dobrze. Miejscami nawet lepiej niż w Paryżu. To zaskakujące, że ten „gorszy” był momentami zdecydowanie ciekawszy niż szeroko reklamowana opowieść Arno. 

 

Patrząc na dwie tegoroczne gry z tej serii chciałbym otrzymać opowieść i umiejscowienie akcji z Rogue z mechaniką i żyjącym światem Unity. Wtedy moglibyśmy mówić o tej oczekiwanej przez miłośników uniwersum rewolucji.

 

Shay naprawdę nie zawodzi. Pozwala poznać oblicze wojny z drugiej strony i… Mam nadzieje, że w przyszłym roku ten tytuł trafi na aktualną generację. Zapytacie, po co nam kolejny kotlet? Bo w Rogue naprawdę warto zagrać, a pewnie wielu z Was już dawno pozbyła się siódmej generacji. Ja na szczęście zostawiłem na biurku swoją czarnulkę i kolejny raz spędziłem z tą konsolą świetny czas. Aż się łezka w oku kręci, bo to prawdopodobnie ostatnia, duża i naprawdę ciekawa produkcja, która debiutuje wyłącznie na wysłużonych sprzętach.

 

Jeśli podobała się Wam trójka, a w Karaibach czuliście się jak w domu, to bierzcie i poznawajcie tę opowieść. Dzięki przygodzie Shay’a zobaczycie, że nie wszystko jest czarne i białe, a żadne miasto nie upadało w tak piękny sposób jak Lizbona.