W fantastycznym świecie ludzie toczą nieustanne wojny z innymi rasami, broniąc swojego największego miasta, Feste. Okazuje się, że szalę zwycięstwa może przechylić na korzyść ludzi odkrycie niezwykle cennego surowca - Plutonu. Szybko powstają kopalnie, w których jest on wydobywany. Oczywiście interesują się nim również przedstawiciele innych ras, więc niezbędna jest ochrona złóż. W tym miejscu pojawiasz się ty, jako dowódca drużyny eskortującej górników. Sprawy szybko przyjmują niespodziewany obrót, ale szczegółów zdradzał nie będę, aby nie psuć ci zabawy.

Taktyka to podstawa

To zdanie mówi właściwie wszystko, co musisz wiedzieć, aby przetrwać w brutalnym świecie Natural Doctrine. Twórcy postawili w tej grze na dokładne zaplanowanie w walce każdego posunięcia, począwszy od zajęcia możliwe najlepszej pozycji, przez odpowiedni dobór ekwipunku i umiejętności, a na łączeniu ataków w skomplikowane łańcuchy kończąc. Starcia z przeciwnikami są głównym motorem napędowym produkcji Kadokawa Games, więc musisz być gotowy na solidne główkowanie, jeśli chcesz zobaczyć napisy końcowe. Muszę przyznać, że początkowo gra mnie nieco odrzuciła bardzo skomplikowaną i rozbudowaną mechaniką. Szczególnie, że samouczek mający za zadanie wyjaśnić wszelkie tajniki umiejętnego prowadzenia starć nie do końca wywiązuje się ze swojej roli, co owocuje przechodzeniem pierwszych etapów "na pałę", aby samemu załapać co i jak.

 
 

Natural Doctrine nie wybacza błędów. Spotkanie z niepozornie wyglądającą bandą goblinów może skończyć się dla twojej drużyny fatalnie, jeśli nie rozplanujesz swoich działań odpowiednio. Nie ma absolutnie żadnej taryfy ulgowej. Jeżeli jesteś graczem, który nie znosi kilkukrotnego podchodzenia do jednego starcia, lepiej omijaj tę produkcję szerokim łukiem. Nawet po dokładnym zapoznaniu się z tajnikami taktyki i wieloma wygranymi potyczkami na koncie niejednokrotnie musiałem zaliczać jeden etap nawet kilkanaście razy. Na normalnym poziomie trudności. Najwyższego, przyznam się bez bicia, nawet nie wypróbowałem...

Gdzie to było? O, jest! A nie, to jednak nie to...

Jak już wspomniałem, mnogość dostępnych opcji ataku i konfiguracji ekwipunku oraz unikalnych dla każdej postaci skilli może przeciętnego Kowalskiego przyprawić o ból głowy. Choć nie uważam się za przeciętniaka, momentami miałem wrażenie, że łeb mi dosłownie pęknie. Początkowo trudno mi w ogóle było ogarnąć rozbudowane menu. Jednak gdy się już do niego przyzwyczaiłem, dostrzegłem potencjał, jaki oferuje. Możliwości są właściwie nieograniczone. Odkrywanie najlepszych taktyk na pokonanie wroga daje ogromną satysfakcję. Problem w tym, że twórcy założyli plan działania wrogów na właściwie każdą potyczkę i w pewnym momencie odkrywanie klucza do pokonania wrogów sprowadza się do działania metodą prób i błędów.

 
 

Jest to o tyle kłopotliwe, że śmierć jednego członka drużyny od razu kończy zabawę i musisz zaczynać wszystko od początku. nie ma tu żadnych zaklęć czy potionów umożliwiających zmartwychwstanie kompanów. Do pieca dokładają checkpointy, których jest niewiele, a starcia potrafią trwać bardzo długo. Moja najdłuższa walka, która oczywiście skończyła się porażką trwała ponad 40 minut. Pokonał mnie przedostatni wróg. Możesz sobie wyobrazić, co wtedy czułem. Joypad też to poczuł…

Frustrująca przygoda, czy ambitne wyzwanie?

Wszystko zależy, czego oczekujesz od gry wideo. Myślę, że ten tytuł trafi w gust niezwykle wąskiego grona odbiorców. Wszystko przez to, że to, co początkowo można traktować jako wyzwanie, w pewnym momencie może przerodzić się w nerwowe poszukiwanie właściwej taktyki, aby pchnąć fabułę dalej. Każdy pojedynek to walka o przetrwanie, a nawet najmniejszy błąd może okazać się katastrofalny w skutkach.

 

 

Wydanie Natural Doctrine na PlayStation 4 traktuję jako niesmaczny żart twórców. Granie na Vicie i PS3 (cross-buy) jest znośne, ale na najnowszej maszynie Sony  produkcja Kadokawa powoduje odruchy wymiotne. Rozumiem, że grafa to nie wszystko, ale bez przesady.

Przygody Geoffa i spółki mogę polecić tylko najbardziej wytrwałym graczom. Jeśli kręcą cię półgodzinne, wymagające pojedynki i jednocześnie nie odstrasza częste oglądanie napisu „Game Over”, śmiało chwytaj za ten tytuł. Jeżeli jednak traktujesz gry wideo tylko i wyłącznie jako rozrywkę, lepiej omijaj twierdzę Feste z daleka.