HOW DOES IT FEEL?

 

Lubię NBA. Nie żebym bym jakimś tam wielkim fanem, ale lubię. Lubiłem ją w latach 90., lubię i teraz - głównie za sprawą serii NBA 2K. Seria niezmiennie się rozwija, wprowadza, czasem bardzo ryzykownie, nowe pomysły, które niekoniecznie przypadną graczom do gustu, ale których implementacja jest konieczna do sprawdzenia "w praniu" pewnych karkołomnych rozwiązań jak na przykład operowanie zwodem, ruchem i rzutami zawodnika jedynie za pomocą dwóch gałek analogowych (2K11). Przy NBA 2K14 dotarliśmy do miejsca, w którym, również dzięki iście next-genowemu wykonaniu, gra była wypucowana na błysk. Przy 2K15 udało się ten szlif poprawić, ale nie ustrzegając się przy tym delikatnych smug.

 

 

Gameplay w dalszym ciągu jest bardzo solidny i niesamowicie intuicyjny. Intuicyjny do tego stopnia, że nieraz grając ze znajomymi, którzy pytają, jak na przykład wykonałem alley-up, nie jestem w stanie im odpowiedzieć. Najzwyczajniej w świecie nie wiem, które guziki wciskam. Muszę skonstruować jeszcze raz taką samą akcję i przypatrzeć się co dokładnie naciskam żeby odpowiedzieć na pytanie. Tak jak mówiłem - lubię NBA głównie za sprawą koszykówki od 2K dlatego, że w kwestii rozgrywki nie ma się do czego przyczepić, nie można stwierdzić, że "a to można było zrobić lepiej". Gra się bez żadnych zgrzytów, nieprawidłowości i przekłamań. Kierowanie zawodnikami to idealny balans między umiejętnościami i statystykami wirtualnego koszykarza a zdolnościami operowania padem i znajomością sposobów rozgrywania przez kierującego jego poczynaniami gracza. Tych ostatnich jest całkiem spoko i wypada je sobie przypomnieć, z czym z pomocą przychodzą filmiki demonstracyjne z komentarzem all-starów - m.in. Kevina Duranta.

 

Największą zmianą jest wprowadzenie shot metera. Długość paska okalającego stopy zawodnika pokazuje jego zdolność do wykonywania celnych rzutów z pozycji, na której się obecnie znajdujemy. Przy rzucaniu, co wykonujemy identycznie jak w poprzednich wersjach, pasek się zapełnia, przec co po wykonaniu rzutu, jeśli nie trafimy, wiemy co zrobiliśmy źle. pasek czerwony - wypuściliśmy piłkę dużo za późno lub dużo za wcześnie, zółty - troszeczkę się pomyliliśmy, ale nie jest to jednoznaczne z nietrafieniem i w końcu pasek zielony - piłka wypuszczona idealnie i bankowy, celny rzut. Shot meter to wspaniały dodatek pozwalający grać drużyną, w której nie znamy graczy i nie wiemy, który np. dobrze rzuca "trójki". Odpada frustracja, która miała miejsce w poprzednich edycjach gry, wydawało się nieraz, że wypuściliśmy piłkę w idealnym momencie, a mimo wszystko nie trafialiśmy. Teraz nie dość, że wiemy kim i z jakiej pozycji rzucać, to jeszcze wiemy jak nam ów rzut wyszedł.

 

Gra również położyła nacisk na grę w obronie, a to przez większą dokładność wykonywania bloków i zbiórek. W poprzednich częściach wydaje się, że ten element opierał się głównie tylko na statystykach zawodników, teraz timing ma równie duże znaczenie. Sprawia to, że w obronie gra się teraz równie technicznie, jak i w ataku.

 

 

DROP IT LIKE IT'S HOT!

 

Pomniejsze zmiany dotknęły w zasadzie wszystkich trybów rozgrywki. W MyCareer rozgrywamy "życie" zawodnika, poczynając od bycia żółtodziobem, przez dochrapanie się gry w pierwszej piątce, aż do zostania członkiem Hall of Fame. Przed wejściem do gry z ławki, obserwujemy ostatnią akcję wykonywaną przez drużyny na parkiecie, przez co nasze wejście do gry nie jest sztucznie wymuszone, a naturalnie koresponduje z akcją na boisku. Dodatkowo przy wchodzeniu do gry otrzymujemy informację, o zawodniku którego mamy kryć, jakie są jego statystyki i informację o ewentualnych osobistych celach narzuconych nam przez trenera. Podnosząc umiejętności grajka nie skupiamy się na micro managemencie w postaci kupowania za zarobione punkty pojedynczych umiejętności, a kupujemy ich całe zestawy podzielone na grupy. Na przykład "defense" zawiera ulepszenia do zbiórek obronie i w ataku, a "playmaking" podwyższa celność podań, ich rozsądność i kontrolę piłki. Wyzbyto się draftu, dzięki czemu nie ślęczymy w Rookie Showcase, tylko od razu zaczynamy grę "z grubej rury". W dalszym ciągu jest to mój ulubiony tryb pokazujący, że nie osiągniemy indywidualnych, wysoko zawieszonych celów, bez skupiania się na dobrze drużyny. Do tego dochodzi w miarę ciekawa historyjka typu "od zera do bohatera", w którym dostępne usprawnienia odblokowywane są wraz z progresem historii dzięki czemu nawet kupując za prawdziwe pieniądze punkty VC nie zbudujemy od razu Michaela Jordana.

 

Wyrzucono The Association, a na jego miejscu pojawiło się MyLeague. Tryb, w którym prowadzimy przez rozgrywki wybraną przez nas drużynę, a który pomniejszony jest o wszystkie niuanse MyGM - nie musimy się obawiać o zatrudnianie pomocy, reklamy, zadawalnie właściciela. Jest za to całkowita kustomizacja ligi - między innymi długości trwania sezonu, składów poszczególnych drużyn czy przynależności do regionu (no bo niby czemu Nowy Jork nie miałby grać na zachodzie?). Ot, swoisty sandbox. Możesz grać tak jak Ci się podoba, w sposób w jaki Ci się podoba, w stylu jaki Ci się podoba, w tempie jaki Ci się podoba.

 

 

Powraca MyTeam, w którym kompletujemy drużynę z kupowanych paczek kart, ale różnica polega na tym, że tym razem możemy kupować i sprzedawać zawodników na aukcjach. Łatwiej dzięki temu zmontować drużynę taką, jaką chcemy zamiast polegania na "przypadkowo" pozyskanych zawodnikach. No i możemy zobaczyć jak dobrzy jesteśmy w układaniu drużyny od podstaw, można nawet kombinować z różnymi składami na wszelakie okazje. Możliwości jest sporo, a i ciągoty kolekcjonerskie przykują "zbieraczy" do ekranu na długie godziny.

 

Jest w co grać, każdy znajdzie coś dla siebie. W MyPark możemy nawet sprawdzić naszego ziomka stworzonego w MyCareer na tle "tworów" innych graczy. Okazjonalnie szwankuje nieraz online, który potrafi bezczelnie wywalić z gry podczas meczu, a czasem w ogóle do niego nie dołączyć. Zdecydowana jednak większość meczów rozgrywa się bez wyraźnych lagów, także nawet i w ten sposób można umilać sobie rozgrywkę jakby tak mnoga liczba trybów w gry pozostawiała u kogoś niedosyt. Serwery 2K przyzwyczaiły nas do tego. Bardzo dobrze, że twórcy zdają sobie z tego sprawę, bo naprawiają na bieżąco pojawiające się problemy, na przykład poprawnie działające już aukcje w MyTeam.

 

 

PERSONAL JESUS

 

Rysą na tym diamencie okazują się być glitche w postacie przeniknięć postaci, blokowania kąta widzenia i innych nieciekawych dla oka zjawisk. Są to tylko i wyłącznie wizualne sprawy, które zdarzają się częściej niż w poprzednich częściach, dlatego je wytykam. Pomimo iż nie wpływają one na sam gameplay, tak denerwującym jest, gdy w MyCareer oglądamy mecz z ławki, ale z wnętrza głowy kolegi siedzącego obok albo gdy zawodnik podczas meczu wpada i znika wewnątrz słupa podtrzymującego tablicę. Z drugiej strony dzięki tym wpadkom ciągle wiemy, że jest to gra, bo przy płynnych 60 wyświetlanych klatkach na sekundę, natywnym 1080p i fotorealistycznej grafice ciężko postronnej osobie odróżnić świat rzeczywisty od realnego.

 

Muzyka przygrywająca w menusach i przerwach jest lepsza od najlepszych do tej pory motywów muzycznych z NBA 2K13, nie wspominając już o przeciętnym misz-maszu z ubiegłego roku. Pharrell Williams okazał się strzałem w "dziesiątkę" i pomimo dużej rozbieżności gatunkowej utworów wszystko zacnie się spaja i tworzy elegancki klimat. Jeżeli jesteśmy już przy dźwiękach. Trio komentatorów ponownie wychodzi z siebie i niejednokrotnie zdarzało mi się zapominać rozgrywać piłkę wsłuchując się w ich dogłębne, konkretne analizy, okraszone okazjonalnie inteligentnym humorem. Przedmeczowe analizy Shaqa również często wrzucą banana na waszą twarz.

 

 

Kupno gry NBA 2K15 dla posiadaczy 2K14 jest naturalnym następstwem, ale jeżeli jesteś nowicjuszem w temacie - ostrzegam. Ta gra to symulator, w którym szybko poznasz podstawy i będziesz się świetnie bawił, ale czeka Cię długa droga do zostania prawdziwym mistrzem. Już na trzecim z pięciu poziomów trudności gra nie wybacza błędów, ale nauka grania w NBA 2K15 przynosi bardzo dużo satysfakcji, dlatego że poszczególne zagrania są świetnie wytłumaczone, ich wykorzystanie konkretnie umiejscowione, a skuteczność zazwyczaj duża.

 

W czasach odgrzewanych kotletów, gier indie wynoszonych niejednokrotnie na piedestał game-devu, kalek kopii, utartych schematów, DLC-ków obecnych na płycie z grą i robienia graczy w konia - NBA 2K15 to majstersztyk, wzór do naśladowania i jezusek, który powinien wisieć nad drzwiami wyjściowymi z każdego studia deweloperskiego. Przed wyjściem, po pracy, należy na niego popatrzeć, zrobić rachunek sumienia i zastanowić się, czy aby na pewno podążamy ścieżką jednego z nielicznych mających szacunek do gracza studiów. Gdyby wszyscy tworzyli gry na modłę modelu 2K - nasz growy świat byłby znacznie piękniejszy.

 

*w grze znajdziecie po raz pierwszy polski zespół - Stelmet Zielona Góra.

 

Tytuł testowany w wersji na PlayStation 4.