Ja chyba zwariowałem! Ja i strzelanki? No bez jaj! Jedyną typową strzelaniną FPP był dawno temu Alien Trilogy i to wszystko! No dobra…BioShock’a miałem na celowniku już od jakiegoś czasu, bo tak naprawdę od rąbanek z pierwszej osoby odpychają mnie przede wszystkim…elementy militarno-wojenno-zbrojne. Po prostu typowa wojna źle mi się zawsze kojarzyła i nie widzę w tym większej frajdy rozwalając w hełmie nazistów. No ale klimaty horrorowo-sci-fi to co innego! Wiem, gadam jak hipokryta, ale skoro mowa tu o przełomowej pozycji ze świetną fabułą i idealnie wykreowanym, podwodnym światem to pomyślałem, że to może jednak coś dla mnie. ;) W sumie gdy grą się zainteresowałem, była dostępna tylko na Xboxa, zatem ulżyło mi, że „przecież i tak sobie w nią nie pogram, więc z głowy”. I jaki to pech, że gra przeszła na PS3 i jednak „powinienem liznąć”. Dobra głupoty gadam…do sedna!

 

Rapture….to słowo to główny motyw przewodni, bo tak nazywa się jedyna lokacja jaką przyjdzie nam zwiedzać. Podwodne, opuszczone miasto pamiętające czasy drugiej wojny światowej faktycznie urzeka stylistyką i podejściem do tematu. Fabuła w grze opowiada o losach pewnego faceta, który jako jedyny żyjący rozbitek (jego samolot spadł do oceanu) trafia przypadkiem do tajemniczego wejścia, które zabiera go w tajemnicze czeluście podwodnego świata. Nie wiemy za bardzo co się dzieję, lecz szybko kontaktuje się z nami przez radio tajemniczy Atlas, który od tej chwili będzie naszym przewodnikiem na odległość. Wyjaśnia nam on wszystkie zagadnienia, opowiada o złym władcy całego miasta Andrew Ryan'ie oraz prosi nas abyśmy uratowali jego (Atlasa) rodzinę...na tym wątek urwę, i powiem, że fabuła z początku wcale mnie nie przekonała. Jakieś monologi różnych osób przez radio, zero wstawek, innych (widocznych gołym okiem) postaci...takie zabiegi nie do końca do mnie przemawiają i wszystko wydawało mi się mało czytelne. O Rapture możemy także sporo poczytać w naszych aktach, oraz wysłuchiwać znalezione nagrania nieznanych nam bohaterów, ale przesadna doza tajemnicy nie porwała mnie do końca. Wszystko ratują (trochę) konkretne momenty, choć totalnych twistów fabularnych jak na lekarstwo, (choć potrafią zachwycić i zaskoczyć). Mimo wszystko wg mnie fabuły w takich grach powinny być opowiadane w nieco bardziej przystępny sposób, bo jak tu się skupić na odsłuchiwaniu kolejnej taśmy, albo kiedy kontaktuje się z nami sam Andrew Ryan, kiedy jesteśmy w samym środku zadymy i napierdzielamy z gnata gdzie popadnie? No ja takiej podzielności uwagi to nie mam. Oczywiście pomijam fakt naszego nie wiadomo jak wyglądającego niemowy Jacka, z którym nie idzie się utożsamić czy go polubić...Czemu w grach FPP olewa się tak ważne elementy?

 

 

Podwodna mieścina stworzona została w stylu typowo „korytarzowym”, znaczy się brak tu większej przestrzeni do eksploracji, zatem mamy tu swego rodzaju powrót do korzeni gatunku. Sam typowo steampunk’owy design budzi spore zainteresowanie i faktycznie robi to wszystko wrażenie. Specyficzny klimat da się odczuć już od nieco przydługawej instalacji gry, kiedy to oglądamy jakieś stare banery i plakaty stylizowane na lata ’40. No i ta staroświecka muza, która wzbudza dość dziwne odczucia. Podobne motywy dźwiękowe towarzyszą nam zresztą przez całą grę, powodując odczucie cofnięcia się w czasie o kilka dekad. I to już świadczy o pewnej dozie horroru zawartej w produkcji. Także wszelkiego rodzaju wspomagające nas stacjonarne maszyny wydają dość dziwaczne dźwięki niczym z jakiegoś upiornego wesołego miasteczka, do którego na pewno nie chciałbyś trafić. ;) Jest zatem bardzo sugestywnie i niepokojąco, a jeszcze nic nie było o naszych tutejszych „przeszkadzajkach”! ;)

 

Jako że miasto jest jednym wielkim antyutopijnym muzeum nie tak dawnej cywilizacji, to mieszkańców owego także tu napotkamy. I są to w sumie nasi główni oponenci w grze. Dzicy, agresywni i genetycznie zmodyfikowani mieszkańcy potrafią nas bić, strzelać do nas czy rzucać w nas granatami lub innym ustrojstwem. Często także coś do nas zagadają, gdzie czujemy, że to przecież nadal są ludzie rozumni. Mimo wszystko faszeruje się ich ołowiem bez żadnych dylematów moralnych. Co innego główny motyw gry, czyli spotykane co jakiś czas małe dziewczynki zwane Little Sisters, które posiadają bardzo cenną dla nas substancję o nazwie Adam. O niej za chwilkę, bo motyw wyboru moralnego w stylu „wchłonąć bądź uratować” jest tu dość interesujący, choć nie do końca dobrze wykorzystany. Różnica zatem polega głównie na zdobyciu mniejszej ilości punktów Adam, oraz sympatii pewnej tajemniczej kobiety o imieniu Tenenbaum w przypadku uratowania dziewczynki o świecących oczach. Idąc dalej w bestiariusz nie da się przejść obojętnie obok Big Daddy’ch, czyli sporych gabarytów obrońców sióstr, zakutych w niczego sobie skafandry głębinowe. Stanowią oni takich jakby mini bossów (niby nieobowiązkowych;) i są na serio wymagający. Szczególnie dla mnie! Budzą respekt i to bardzo! ;)

 

 

Kolejnym głównym tematem Bioshocka są dwie substancje Adam i Eve modyfikujące i wspomagające całe Rapture, a nawet nas! Wraz z paskiem energii mamy bowiem także pasek Eve odpowiadający za nasze nadprzyrodzone zdolności. Adam z kolei pozwala nam na upgrade umiejętności we wskazanych miejscach o nazwie Gatherer's Garden. Zatem cenne to środki często decydujące o naszym „być albo nie być”. Sam motyw wykorzystywania super mocy został tu bardzo wygodnie rozwiązany. Otóż pod R-kami mamy do dyspozycji cały typowy dla gatunku arsenał, z rewolwerami, Shot-Gunami i innymi pomysłowymi broniami, natomiast lewa strona to już nasza zmodyfikowana ręka, którą możemy oddziaływać na otoczenie oraz oczywiście na oponentów! Zdolności same w sobie potrafią zadziwić. Możemy tu np. razić prądem stunując ludków, rzucać ogniem, czy zamrażać (chyba najbardziej przydatny tu żywioł). Jest też np. telekineza dająca nam możliwość rzucania czym tylko się da, a nawet możemy czynić takie tricki jak zatrzymywać lecące w naszym kierunku granaty i odrzucać je z powrotem. Bardzo przydatne. Zdolności te nie służą jednak tylko do walki. Możemy tu zatem również wchodzić w interakcję ze światem np. zamrażając złośliwe kamery włączające typowo MGS-owy alarm, bądź też topić lód oraz wpływać na wodę za pomocą prądu. Daje to spore pole do popisu dla gracza, i samo rozbudowanie tego elementu zasługuję na wyróżnienie. Plasmidy (bo tak zwą się owe mutacje) zdobywamy kupując je w odpowiednim momencie i mogą one ulec drobnym upgrade'om. Podobnie z orężem, gdzie w określonych miejscach możemy jednorazowo ulepszyć którąś z broni. Dylemat jest tu spory, trzeba przyznać, bo owe miejscówki występują tu bardzo rzadko. ;)

 

Na tym nie kończą się rozbudowania, bo miejscami gra przypomina tu wręcz jakiegoś dobrze skonstruowanego RPG-a. Mamy tu bowiem kilka innych segmentów odpowiadających za dodatkowe zdolności takie jak wspomaganie danego Plasmidu, zwiększenie poziomu Eve, oddziaływanie na alarmy czy skrócenie czasu hackowania. No właśnie, bo gra daje nam możliwość ingerencji w prawie wszystkie mechaniczne rzeczy jakie spotkamy w grze. Wszystko opiera się na typowej minigierce w „rury”, które musimy szybko poodkrywać i odpowiednio dopasować, przecierając szlak ciągle przelewającej się cieczy. Gra bywa łatwiutka, ale z czasem staje się coraz bardziej upierdliwa, zatem wspomagacze bardzo się tu przydają. Podobnie przydają się na frustrujące kamery i alarmy. O dziwo możemy tu także shakować latającego robocika, aby nas przez jakiś czas chronił. Możemy taki numer zrobić nawet z Big Daddym, ale to już za pomocą odpowiedniego Plasmidu. ;) Za pomocą naszych zdolności hakerskich sprawimy że ceny w sklepach będą niższe, a sejfy łatwiejsze do otwarcia. Jak widać możliwości jest tu od groma, i aż idzie się czasem od tego pogubić. Ważne jest oczywiście pamiętanie o wykupywaniu dodatkowych slotów do danej rodziny wspomagaczy. Jest co kombinować. ;)

 

 

Bioshock udowodnił mi, że jednak strzelaniny FPP to nie moja bajka. Głównie mówię tu o samym gameplayu i sposobie narracji, bo produkcja ta autentycznie rozwala dziwacznym klimatem i retro-steampunkowym designem lokacji. Doceniam oczywiście także sferę wykonania gry, bo grafika jest tu świetna, muzyka niepokojąca i staroświecka (ale nie w moich kategoriach „wow” co prawda), a odgłosy ryczących Big Daddy'ch straszne i sugerujące jedno wielkie „spier..alam stąd!”. ;) Świetna pozycja dająca mnóstwo frajdy (Plasmidy dały radę!), ale i tak ciężko mi ją ocenić, jako anty-fan gatunku. Niech będzie te na maksa subiektywne 8 (za mało przejrzystą fabułę i wkurzające momenty;) i takie zdanie musicie mi wybaczyć. ;) Poproszę Bioshocka z trzeciej osoby, a fani gatunku niech dodadzą sobie przynajmniej jedno oczko ;)

 

 

PIERWSZY KONTAKT:

Lipiec 2014

 

ULUBIONE POSTACIE:

Andrew Ryan - Pewny siebie projektant całego podwodnego miasta. Potrafi zainteresować swoją arogancją i dążeniem do celu.

Little Sisters - Małe dziewczynki dorzucają do gry sporo horrorowej konwencji. Są niczym te 2 niepokojące bliźniaczki z „Lśnienia”. Po za tym fajne, świecące oczy. ;) Uratujesz czy wchłoniesz? ;)

Big Daddy's - Ich wycie da się usłyszeć już z daleka. Budzą sporo grozy swoimi gabarytami i wytrzymałością. Ale ostatecznie i tak padają jak muchy. ;)

 

OCENY:

Muzyka : 6/10

Grafika : 8/10

Długość gry : 9/10

Grywalność (miód) : 8/10

Klimat : 9/10

Fabuła : 7/10

Filmiki/wstawki (ilość/jakość) : 5/8/10

Bajery (sekrety,mini gierki itp.) : 8/10

Rozbudowanie : 9/10

Poziom trudności : 8/10