Ubi please, Ubi no. Mam duży problem z Ubisoftem. Z jednej strony wypuszczają ciągle Asasyna, na którego już dawno machnąłem ręką i pogrążają się z marketingiem Watch_Dogsów. A z drugiej stworzyli dwie ostatnie, piękne części Raymana, wypuścili Child of Light czy podjęli się stworzenia opisywanego Valiant Hearts. I tu mam jedyne zastrzeżenie odnośnie doboru studia - wolałbym, by ekipa z Montpellier była odpowiedzialna za Dziecię Światła, a Kanadyjczycy z Montrealu zajęli się Walecznymi Sercami. Nie z powodów personalnych, ale przez kwestię zaangażowania w opowiadaną historię, bo ta, którą dostajemy, została ukazana z bardzo profrancuskiego punktu widzenia. Tyle Ubisoft, czas wziąć się za bary z historią.

 

 

Dla przeciętnego Polaka I Wojna Światowa kojarzy się tylko z datą 11 listopada 1918, czyli wprowadzeniem stanu wojennego. Mimo, że walczyliśmy w trzech różnych, wrogich armiach, to wydarzenia samej wojny są praktycznie nie znane. I nie ma co liczyć, że akurat Valiant Hearts coś zmieni w tej materii, ponieważ gra skupia się na działaniach na froncie zachodnim. Nie poczytuję tego za wadę, bo jest to usprawiedliwione z punktu prowadzenia fabuły, ale przez całą grę ma się wrażenie, że konflikt ten był wyłącznie starciem wojsk Cesarstwa Niemieckiego z połączonymi siłami III Republiki Francuskiej i Imperium Brytyjskiego.

 

To jest właśnie dość duża wada gry, która rzuca się w oczy już w pierwszych minutach. Żeby zrozumieć tło polityczne wydarzeń, a więc również fabuły gry, trzeba zaczerpnąć te informacje z innych źródeł. Brakuje choćby mapy Europy z krótkim filmikiem obrazującym kolejne deklaracje wojny między poszczególnymi państwami. Możemy co prawda o tym przeczytać w jednej z krótkich notek w samej grze, ale nie ma to aż takiej siły rażenia. Nie pogardziłbym również jakimś widokiem globalnym, pokazującym układ sił poszczególnych sojuszy. Nie bez powodu chwilę wcześniej użyłem paru bardzo oficjalnych nazw - rozkład sił w Europie i na świecie 100 lat temu był diametralnie różny od dzisiejszego czy nawet tego sprzed II WŚ. Z jednej strony imperia kolonialne, kontrolujące dużą część ówczesnego świata, z drugiej sojusz dwóch cesarzy germańskich, gnębiących biednych Słowian. Do tego na drugim planie tak wiekowe i sypiące się monarchie jak carska Rosja czy Imperium Osmańskie.

 

Ale nie czepiam się tylko dlatego, że mam fioła na punkcie historii, a szaleństwo 1914 wciąż mnie zdumiewa. Valiant Hearts o miejscach i czasach, gdzie dzieje się fabuła, dostarcza nam dużo wiadomości i robi to świetnie (listy!). Krótkie definicje/fakty, opatrzone zdjęciami są łatwe do przeczytania i znajdują odzwierciedlenie w aktualnie pokonywanym poziomie, ułatwiając przyswojenie. Więcej informacji można odblokować, znajdując porozrzucane po poziomach przedmioty. Jesteśmy wtedy raczeni faktami z codziennego życia w okopach i sposobów wykorzystania danego znaleziska. Ale jeśli chodzi o historię, to zawsze chciałoby się więcej...

 

 

Wielka polityka jest jednak tylko tłem dla właściwej fabuły, która skupia się losach kilku postaci, wciągniętych w bezsens wojny. I tutaj ostatnia dygresja historyczna: szkoda, że poza jednym slajdem nie pokazano nam reakcji społeczeństw europejskich na wieść o wojnie, czyli entuzjazmu i radości, że "w końcu". Zamiast tego poznajemy Karla, Niemca mieszkającego we Francji, który w wyniku decyzji Ważnych Ludzi zostaje deportowany z kraju (podobnie jak 32 tys. innych cywilów). Na miejscu pozostawia swą żonę, Marie wraz z niedawno urodzonym synem, Victorem. W Niemczech od razu zostaje wcielony do armii, dostaje swą pikelhaubę i trafia na front. We Francji podobny los spotyka jego teścia, Emila, który mimo niemłodego już wieku zostaje powołany, by bronić "Wolności, Równości i Braterstwa". A że wartości te najlepiej komponują się z bagnetami, ląduje on po przeciwnej stronie tego samego frontu co Karl.

 

Z czasem los postawi na ich drodze jeszcze amerykańskiego ochotnika, Freddiego, belgijską studentkę z wyboru i pielęgniarkę z przypadku Annę oraz Walta, owczarka niemieckiego. Ich losy na przestrzeni trzech lat wojny będą się często przeplatać, a kolejnym postaciom będzie wiernie towarzyszył czworonóg. To właśnie on stał się najbardziej rozpoznawalnym elementem gry jeszcze przed jej premierą, a w trakcie rozgrywki przyjdzie mu wielokrotnie podkreślać swą wartość, co i rusz pomagając graczowi w rozwiązywaniu zagadek. Do tego jest na tyle dobrze "napisany", że nie odnosi się wrażenia, by był on wyłącznie narzędziem, a nie pełnoprawnym towarzyszem. Również ludzie, którymi przyjdzie nam kierować, mają w większości jasne motywy i jakąś przeszłość za sobą.

I choć np. historię Freddiego i powody, dla których wstąpił na ochotnika do armii, poznajemy stosunkowo późno i są one dla mnie dość naciągane (czy raczej niewytłumaczone do końca), to w większości wątki tego typu są dobrze zaprezentowane i trudno mieć do nich zarzuty. Mi osobiście brakowało tylko jakichś migawek czy krótkiego etapu pokazującego, co nasi bohaterowie robili u schyłku La Belle Époque. Zamiast tego zaczynamy ich poznawać, gdy wojna już została ogłoszona, a we Francji i Niemczech panuje mobilizacja.

 

Fabuła jest główną składową Valiant Hearts, więc na tym wypada zakończyć jej omawianie, by nie wpaść w spoilery. I tylko ostatnim słowem ostrzeżenia: przy jej pisaniu twórcy dość mocno inspirowali się wspomnieniami żołnierzy i literaturą kalibru "Na Zachodzie bez zmian". Oznacza to, że klimat przez całą produkcję jest dość ciężki, a radosne uniesienie pierwszych miesięcy wojny szybko się ulatnia. Jeśli ktoś miał nadzieję na bardziej szwejkowski komediodramat, to raczej się zawiedzie - choć znajdą się również lżejsze momenty.

 

 

Ale by popychać fabułę do przodu, w grach zwykle potrzebna jest jakaś rozgrywka. Niestety, gameplay w Walecznych Sercach mocno kuleje i często przyszło mi zmuszać się, by ciągnąć fabułę do przodu. Można je pogrupować na: "rzuć, by coś podnieść", "dogrzeb się do czegoś i to przynieś" oraz "poprzestawiaj dźwignie, wajchy i pokrętła". Gra zrealizowana jest jako platformówka 2D i tutaj pojawia się główny problem. O ile przyjęcie takiej formuły w przypadku wojny a'la Contra ma sens, to pokazanie w ten sposób wszelkich innych działań okołofrontowych nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nie mamy tu platformera na wzór Raymana, ani nawet Child of Light. Zamiast tego dostajemy głupawą staroszkolną przygodówkę, gdzie wciąż musimy coś przynosić, a prawie każde pomieszczenie zmusi nas do zmarnowania minuty - dwóch na przynoszenie, przenoszenie i rzucanie różnymi przedmiotami. Zagadki są dość głupoodporne i powtarzalne, więc przez pierwsze kilka poziomów zdążymy zobaczyć wszystko, co gra ma do zaoferowania.

 

Urozmaiceń jest niewiele: od czasu do czasu dostajemy sekwencje skradankowe (choć moje zabawy w chowanego z dzieciństwa miały w sobie więcej stealthu), pojeździmy czołgiem (również rozczarowuje) czy dostaniemy sekwencje samochodowe. I to właśnie te ostatnie wspominam najlepiej. Dostajemy widok sprzed maski samochodu i naszym zadaniem jest unikanie wszystkiego na drodze. O zbliżających się zagrożeniach informują nas "dymki" z rysunkami, pozostawiając kilka sekund na reakcję. Jeśli kilka razy skiepścimy, nasz automobil rozsypuje się i całą zabawę trzeba zaczynać od ostatniego checkpointu. Na późniejszych etapach zagrożenie pojawiać będzie się również za nami, jak i po bokach. I choć ten cały przydługi opis w żadnym momencie nie brzmi zachęcająco, to oprawa muzyczna wynosi całość w kosmos. Kankan, Taniec węgierski no.5, Noc na Łysej Górze, Lot Trzmiela - to tylko niektóre utwory, które udało mi się, pomimo płytkiej wiedzy, zidentyfikować. Zostały one świetnie wkomponowane w same sekwencje i nawet komuś, kto słucha tego gatunku rzadziej niż powinien (vide piszący te słowa), powinny sprawić przyjemność.

 

 

Do omówienia pozostały chyba tylko sprawy techniczne. Od razu zaznaczę, że produkcję ogrywałem na komputerze (stało się, PPE upadło!) - w przeciwieństwie do Child of Light nie dostaliśmy żadnej edycji specjalnej, która skłoniłaby mnie do wyboru wersji konsolowej, no i było ździebko taniej. Tu też muszę powiedzieć, że przez 97% czasu gra chodziła płynnie na moim kilkuletnim laptopie w wyższej rozdzielczości niż na PS3 (które w moim przypadku jest jedyną alternatywą). W grze nie występują też żadne ustawienia dot. detali, więc zakładam, że moja wersja od poszczególnych wydań z konsol różni się tylko wspomnianą rozdziałką. Tyle herezji o maszynach do pisania,

 

Za samą grafikę odpowiada znany już silnik UbiArt, na którym śmigały ostatnie Raymany czy Child of Light i niestety w tym gronie Valiant Hearts prezentuje się najsłabiej - co wcale nie oznacza, że prezentuje się źle. Projekty postaci są świetne, wszelkie działa i pojazdy są świetne, nawet okopy w niektórych miejscach są świetne. Niestety często przyjdzie przedzierać nam się przez miejsca nijakie. Znakomicie zdaję sobie sprawę, że np. krajobraz Verdun po miesiącach walk był dość księżycowy, jednak nie mogę pozbyć się uczucia, że czegoś tu zabrakło. Podczas gdy w Child of Light tła często były równie ciekawe co pierwszy plan, to tutaj ma się wrażenie, że pustka na drugim planie nie została zaprojektowana, a jest właśnie "brakiem pomysłu". Wszelkie walki poza pierwszym planie również potraktowano po macoszemu - ot, trzech żołnierzy biegnie na bunkier, czasem przeleci samolot, ето всё. Dopiero pod sam koniec sytuacja się poprawia, ale jest zbyt mało czasu, by w pełni to docenić.

 

Podobny problem mam ze ścieżką dźwiękową. Kilkakrotnie zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wyciszyłem jej w ustawieniach. Za każdym razem okazywało się, że nie i po prostu praktycznie jej nie słychać w samej grze. Poza wspomnianymi już utworami klasycznymi, przez większość czasu muzyka zagłuszana jest przez różne wybuchy i wystrzały. Biorąc pod uwagę tematykę gry, trzeba było się z tym liczyć i w tym kontekście nie rozumiem decyzji kompozytora, który postawił na muzyczny minimalizm. Takie rozwiązanie sprawdziło się w spokojnym Child of Light, ale tutaj nie wypada dobrze. Nie oznacza to oczywiście, że same utwory są złe. Przesłuchałem całą ścieżkę dźwiękową, pisząc tą recenzję i jest ona naprawdę nastrojowa - cóż jednak z tego, gdy tak rzadko ją słychać w samej grze?

 

 

Podsumowania i takie tam

 

Na pewno nie jestem tak entuzjastycznie nastawiony do tego tytułu po przejściu go, jak byłem przed premierą. Nie oznacza to jednak, że Valiant Hearts okazał się słabą grą. Za samą fabułę oceniłbym go na mocne 9 i tym przede wszystkim powinni kierować się wszyscy zainteresowani tytułem. Niestety, sama rozgrywka ciągle daje o sobie znać, kulejąc przez większość czasu i tego również nie mogłem pominąć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam pomysłu, jak można byłoby ją lepiej wykonać. Skakanie Niemcom po pikelhaubach i zbieranie powiększających grzybków? Wywalanie im z piąchy? Mam nadzieję, że twórcy wpadną na to przed produkcją następnej części.

Mimo mojej niezbyt entuzjastycznej recenzji, jest to tytuł warty zainteresowania każdego, kto choć trochę interesuje się historią i/lub tym, co niesie ze sobą wojna dla cywili i psychiki przeciętnego żołnierza. A póki co pozostaje czekać na Valiant Hearts: Osudy dobrého vojáka Švejka, które przeniesie nas na front wschodni, gdzie odśpiewamy "W Ołomuńcu na Fiszplacu".