Igor Chrzanowski Igor Chrzanowski 20.09.2020
10 rzeczy, które najbardziej hejtują gracze na obecnej generacji konsol
2682V

10 rzeczy, które najbardziej hejtują gracze na obecnej generacji konsol

Skraj obecnej generacji konsol jest dobrym momentem na jej podsumowanie nieco bardziej krytycznym okiem i wytknięcie zarówno konsolom, twórcom oraz całej branży, najbardziej wkurzające problemy. 

Nie ma co ukrywać, że branża gier ciągle się rozwija i jako całe medium po prostu dojrzewa do swojej ostatecznej formy, z jaką będziemy żyli przez następne wiele lat. Co rusz pojawiają się nowe trendy, kolejne metody na zarabianie oraz coraz bardziej dziwaczne pomysły na urozmaicanie naszych wrażeń z zabawy. Dziś postanowiliśmy przyjrzeć się 10 najbardziej wkurzającym cechom branży, które pojawiły się w niej na przestrzeni ostatnich siedmiu lat.

Rozmiary plików gier

W czasach, w których dyski HDD osiągają pojemność 20 terabajtów, a dyski SSD coraz śmielej depczą im po piętach, nie powinno być jakimś dużym problemem zmieszczenie swoich wszystkich ulubionych gier na jednym nośniku. Okazuje się jednak, że gdy na takim PS3 czy Xbox 360 mogliśmy wcisnąć nawet i 100 produkcji (tak, mi się udało 120 na 500GB dysku), tak na PS4 czy Xbox One ledwo upchniemy 10 większych pozycji. Problem wynika ostatnio głównie z lenistwa twórców, którzy nie potrafią zmusić się do skompresowania danych w taki sposób, abyśmy mogli zainstalować więcej gier na raz. Ostatnio wielką aferą było to, że Call of Duty: Modern Warfare zbliża się do 200GB, a sam się mega zdziwiłem jak relatywnie małe i brzydkie Sword Art Online ważyło więcej niż Wiedźmin 3.

Mikropłatności

Powiedzmy sobie to uczciwie - nie wszystkie mikropłatności są złe. Jeśli mamy do czynienia z grą w modelu free-to-play, która pozwala nam zakupić wyłącznie przedmioty kosmetyczne, to jest jak najbardziej w porządku i nie mamy się o co czepiać. Gorzej robi się jak tytuły single-playerowe dostają opcje zakupu różnych ulepszeń i "ułatwiaczy" rozgrywki. Skandaliczne dodawanie takich opcji do Assassin's Creed czy kariery NBA 2K pokazało, że wydawcy czasem nie mają zahamowań, ale nasz głośny sprzeciw, wyznacza w końcu wyraźną granicę.

Opóźnianie premier

Nasza gra wychodzi za miesiąc. A nie, jednak za 3 miesiące. Nie no wiecie co, poczekajmy do końca roku. Albo może do drugiego kwartału? Wytrzymacie to, przecież nas kochacie. Z takimi sytuacjami jako gracze spotkaliśmy się nie raz, nie dwa. O ile serio opóźnienie daty premiery gry, na którą bardzo czekamy nie zmieni naszego życia i nie ma co z tego powodu robić jakiejś dramy, tak jest to po prostu irytujące i nieco zaburza na przykład plany domowego budżetu i wprowadza roszady w brane pod takie sytuacje dni wolne.

Wycinanie zawartości pod DLC

Też kochacie tę chwilę, w której już na wstępie słyszycie o tym, że tuż po premierze danej produkcji deweloperzy rozpoczną długotrwały festiwal rzucania w nas płatnymi dodatkami, jakie jakimś cudem trafią do sklepów po 2 tygodniach? Takie działanie to ewidentny brak szacunku dla graczy ze strony twórców, którzy perfidnie wycinają ze swojego dzieła poszczególne elementy, aby sobie na nich potem dorobić. Co innego, jak są to z góry zaplanowane DLC pokroju tych do Wiedźmina 3, bo wtedy wiadomo, że przy takim projekcie ktoś musiał się sporo napracować.

Pokazywanie wszystkich tajemnic przed premierą

Tęsknię często za czasami, w których wszystkie informacje dotyczące nadchodzącej produkcji ograniczały się jedynie do paru screenów, drobnych zwiastunów i dziennikarskich opisów. Pobudzało to nie tylko hype na taki tytuł, ale dawało nam też możliwość jego samodzielnego odkrywania, bez tysięcy materiałów z rozgrywki, opisów fabuły, wyzwań, czy też długości kampanii. Fajnie było tak po prostu nie wiedzieć, czy skończymy nową przygodę w 10 czy 15 godzin.

Zapowiedzi zapowiedzi

Dzisiejszy medialny szum jest tak wielki, że aby zyskać naszą uwagę specjaliści od marketingu uciekają się do wabienia nas zapowiedziami niczym łowcy wabią swoją zwierzynę smakowitymi wabikami. Otóż to już jutro dowiemy się tego, kiedy w końcu będziemy mogli zobaczyć teaser zapowiadający premierę dłuższego zwiastuna, który z kolei zostanie rozwinięty na kolejnym wydarzeniu już za kilka dni. A w sumie to jeszcze wczoraj był "wyciek", gdzie pewien informator tak "przypadkowo" napisał, że twórcy szykują zapowiedź zapowiedzi.

Online wpychane na siłę

Gracze dzielą się na tych, którzy kochają singla, tych uwielbiających czyste multi, a także i tych, którzy lubią mieszać te dwa światy w unikalnych doświadczeniach, pokroju serii Souls. Niestety wpychanie trybów wieloosobowych do gier typowo nastawionych na fabułę, aby tylko przedłużyć jej żywotność jest zmorą naszej branży od wielu lat. Zamiast dopieścić główny wątek, włożyć więcej pracy w optymalizację, animacje czy też kolejne sekrety, marnuje się spore zasoby na to, aby dorzucić do tytułu multika, który autentycznie zdechnie po 3 dniach od premiery. W swojej długiej karierze recenzenta gier opartych na anime, widziałem już zbyt wiele martwych lobby, aby wciąż wierzyć w to, że takie coś ma jakikolwiek sens.

Battle Royale jest wszędzie

Battle Royale jest całkiem przyjemnym gatunkiem, w którym można się zakochać bez liku i spędzić w nim setki, jeśli nie tysiące godzin. Ale wszystko powinno mieć swoje miejsce, a twórcy powinni nauczyć się tego, że nie każdy trend da się wepchnąć absolutnie wszędzie. O ile taki Fortnite, PUBG, czy też Call of Duty świetnie się do tego nadają, tak Wormsy, wyścigi, bijatyki, strategie czy platformówki już niekoniecznie.

Dziurawe wersje premierowe

Czasem mam wrażenie, że deweloperzy mają nas za takich totalnych naiwniaków i wcisną nam absolutnie wszystko. Bethesda mocno przejechała się na tym, że wypuściła skopanego Fallouta 76, ślepo wierząc w bezwarunkową miłość swoich fanów, którzy latami wybaczali im niechlujstwo i brak innowacji. To samo tyczy się wielu innych dużych premiery z ostatnich siedmiu lat, gdzie "wersja 1.0" nadawała się co najwyżej do kręcenia śmiesznych filmików z bugami.

Robienie czegoś "pod publiczkę"

Ostatni punkt na naszej liście jest dość drażliwy. Wszyscy doskonale wiemy, że w ostatnim czasie kwestia "poprawności" politycznej sięga wręcz absurdalnych pułapów, kwestionując nawet doskonale znane wszystkim fakty i zasady społeczne. O ile czepianie się o umieszczanie w grze postaci LGBT to głupota, bo każdy ma prawo kochać kogo chce i jak chce, tak wycinanie z Tekkena postaci Rogera, bo jakiś debil pobił się z kangurem i nagrano to na telefonie, jest skandaliczne. Bo wiecie, trzepnąć kangura w dziąsło to zbrodnia, ale zasadzenie kopniaka pandzie i niedźwiedziowi to już jest spoko, bo przecież misiek się obroni, co nie?

Tagi: hejt ps4 publicystyka top 10 xbox one