SKLEP
2368V

Recenzja: Bright

Cóż to był za świetny rok dla Netfliksa – filmy nominowane do prestiżowych nagród, głośne seriale podbijające serca milionów widzów i oferta platformy z tygodnia na tydzień robiąca coraz większe wrażenie. Dobrą passę miała przypieczętować najgłośniejsza i najdroższa produkcja o tytule Bright…

Netflix na nowy film z Willem Smithem i Joelem Edgertonem wyłożyło aż 90 milionów dolarów. Oprócz jednej gwiazdy Hollywoodu do współpracy udało się też namówić Davida Ayera. Reżyser Legionu Samobójców, Furii oraz Bogów ulicy postanowił swoich sił spróbować w Internecie. Niestety, na znanych nazwiskach kończą się aspekty, które mogłyby zachęcić użytkowników do ewentualnego seansu.

Bright wrzuca nas w rzeczywistość fantasy, której mieszkańcy dzielą się na trzy rasy – ludzi, orków i elfy. Wszystkich łączy wspólna historia. Ludzie wypominają orkom wojnę sprzed dwóch tysięcy lat, a z góry, ze swoich wysokich wieżowców, na szarą rzeczywistość patrzą elfy. Ayer w tym nieudolnie namalowanym świecie tworzy film policyjny. Daryl (Will Smith), znany na posterunku policjant, wraca do służby po brutalnym wypadku, gdzie czeka na niego Nick (Joel Edgerton), czyli pierwszy ork z błyszczącą złotą odznaką.

Panowie na jednej ze swoich rutynowych kontroli trafiają na magię. W ich ręce wpada różdżka, potężny przedmiot pożądany przez cały świat, który jest w stanie spełnić każde życzenie jej posiadacza. Świadomie różdżek używać mogą jednak tylko Bright – osoby zdolne okiełznać drzemiącą w nich moc. Obok magicznego przedmiotu duet policjantów znajduje też mamrocząca w języku elfów blondynkę. Na miejscu zbrodni robi się wielki bałagan i wszyscy postanawiają wycofać się tego zamieszania, rozpoczynając tym samym główny wątek filmu, którym jest chaotyczna pogoń za uciekającą różdżką.

Bright udało się zepsuć praktycznie każdy aspekt typowego akcyjniaka. Problemów jest tutaj naprawdę mnóstwo i większość po równo składa się na ten dziwny seans. Wśród licznych mankamentów wyraźnie widać jeden, który przeszkadza najbardziej. David Ayer chyba nie do końca wiedział, jaki film chce zrobić. Całość zaczyna się niczym policyjna komedia, gdzie Will Smith, ku uciesze wiwatujących sąsiadów, kijem od szczotki zabija hałasującą mu pod domem wróżkę. Chwilę później pod jego dom podjeżdża partner głównego bohatera, ork. Miny czarnoskórych sąsiadów rzedną, a na pierwszym planie przez chwilę poruszane są kwestie rasowe.

Klimat Bright paradoksalnie zaczyna być coraz bardziej mroczny, gdy całość kieruje się w stronę policyjnego dramatu dwójki zwykłych funkcjonariuszy walczących o przetrwanie. Przez dwie godziny lawirujemy pomiędzy kilkoma różnymi gatunkami i żaden z nich zdaje się nie przynosić żadnych pozytywnych efektów. Jedna z nielicznych prób nadania jakiegoś charakteru przedstawionemu światu poprzez krótkie tłumaczenia Nicka zostaje skwitowana głupim, jednozdaniowym dowcipem Daryla. Większość poważnych, patetycznych fragmentów zostaje przerwana ironicznym komentarzem w kierunku orka.

Padają głupie dowcipy, ale żaden fragment filmu nie sygnalizuje, że faktycznie powinniśmy się śmiać. W rezultacie siedzimy w tym chaosie, obserwujemy kolejne strzelaniny i zastanawiamy się, w jakim kierunku zmierza reżyser. Możemy spodziewać się zarówno wzruszającej sceny śmierci jednego z głównych bohaterów, jak i orka opowiadającego żenujący kawał w środku samochodowego pościgu. Ten paradoks niestety nie wychodzi filmowi na dobre. Brakuje gatunkowej konsekwencji, trzymania się jednej konwencji albo wyraźniejszego zaznaczenia, z czym właściwie mamy do czynienia.

Brakuje również porządnego scenariusza, który cierpi przede wszystkim na brak wiarygodnych dialogów, oraz miejsca, żeby któryś z bohaterów przybliżył widzom charakter stworzonego przez Ayera świata. Kiedy do akcji wkraczają „magiczni federalni”, pozostaje tylko załamać ręce. Cała ta magia, różdżki i fabuła nabierająca odrobiny sensu po półtorej godziny seansu nie pozwalają traktować się poważnie. Czasami słowa wypowiadane przez bohaterów przyprawiają o rozbawienie, podczas gdy charakter samej sceny sugeruje coś zupełnie odwrotnego.

Ostatecznie aktorzy nie wypadają wcale tak źle. Joel Edgerton w swojej roli wzbudza sporo sympatii. Znalazło się również w tym bałaganie miejsce na kilka atrakcyjnych wizualnie scen oraz miejsc, gdzie można wykorzystać te 90 milionów wpompowane w produkcję Bright. Kwestie rasizmu, podziału społeczeństwa na klasy oraz sięgającej tysięcy lat historii mogłyby stanowić fundament pod interesującą rzeczywistość, tyle że żaden aspekt nie wypada dobrze na tyle, żeby móc zachęcić kogokolwiek do seansu. Za dużo czasu policjanci spędzają na bezmyślnym strzelaniu, żeby znalazło się jeszcze miejsce na rozwinięcie tematów rozpoczętych na samym początku.

Zagubieni będą zarówno fani fantasy, jak i filmów akcji. Brakuje w tym wszystkim charakteru, odrobiny logiki oraz scenariusza, który utrzymywałby wszystko w należytym porządku. Jeżeli faktycznie dojdzie do zapowiadanego jeszcze przed premierą sequela, twórcy mają przed sobą kawał ciężkiej roboty.

Ocena: 3

Tagi: bright netflix recenzja recenzje filmowe

Miesięcznik PSX Extreme