SKLEP
2094V

Recenzja: Spider-Man Homecoming

Oczekiwania względem Spider-Man: Homecoming rosły z każdym publikowanym materiałem. Oryginalna i przemyślana akcja marketingowa przedstawiała Toma Hollanda w samym centrum zainteresowania, ale zapowiadała też tonę humoru. Kilka miesięcy później pojawiły się pierwsze recenzje, roznosząc po mediach liczne zachwyty. Pytanie tylko, czy film Jona Wattsa sprostał wymaganiom fanów…

Całość rozpoczyna się vlogiem, który mieliśmy okazję obejrzeć na kilka tygodni przed premierą. Peter Parker postanowił nagrywać telefonem swoje przygody z Tonym Starkiem. W ten oto sposób poznajemy fragment Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów z perspektywy Spider-Mana. Przepełnione entuzjastycznym podejściem piętnastolatka wideo daje nam do zrozumienia, czego możemy spodziewać się po kolejnych dwóch godzinach.

Spider-Man po raz kolejny wraca do czasów szkolnych. Będąc na „stażu” u Tony’ego Starka oraz dbając o bezpieczeństwo swoich sąsiadów, myślami jest pomiędzy swoją pierwszą miłością a sprawdzianem z hiszpańskiego. Fabuła zgrabnie kręci się więc pomiędzy szkolnymi rozterkami Parkera oraz tropieniem Vulture’a (Michael Keaton), na którego ślad trafia już na początku, kiedy zaczyna testować swój nowy kostium.

Homecoming ma w sobie odrobinę z klasycznego origin story, ale ostatecznie nim nie jest. Scenariusz wrzuca młodego Petera Parkera prosto w świat filmowego uniwersum Marvela. Ludzie kojarzą Spider-Mana z YouTube’a, nikogo nie dziwi już widok zamaskowanego superbohatera, a Kapitan Ameryka jest częścią materiałów wideo, które mają trzymać uczniów z dala od kłopotów. Zostajemy więc pozbawieni charakterystycznych dla początków superbohaterów fragmentów, krytykowanych przez wiele osób przy okazji Wonder Woman. Wszyscy już wiedzą, kim jest Spider-Man, więc omijamy ugryzienie pająka, żeby wreszcie pokazać coś nowego. Jon Watts wyraźnie łamie przyzwyczajenia Marvela i postanawia zaserwować nam nieco świeżości.

Z drugiej jednak strony Homecoming to film przede wszystkim o Spider-Manie. Kapitan Ameryka pojawia się w krótkich, komediowych scenach, a kluczową rolę drugoplanową dostał Tony Stark. Reszta superbohaterskiej ekipy zostaje wspominana jedynie przy okazji rozmów uczniów na przerwach między zajęciami. Iron Man pełni w filmie Wattsa rolę mentora, postaci praktycznie nierozłącznej dla większości historii o Spider-Manie. To on wręcza Parkerowi kostium, on stara się chronić piętnastolatka na swój własny sposób i próbuje utrzymać go w cieniu z dala od wielkich konfliktów, którymi zajmują się Avengers.

Praktyka wygląda oczywiście zupełnie inaczej. Peter stara się sprawiać dobre wrażenie w szkolnej codzienności, a nocą wymyka się z domu cioci May, żeby udowodnić Starkowi swoją wartość. Chce pokazać, że nadaje się do czegoś więcej niż pomagania staruszkom i szukania właścicieli skradzionych rowerów, co od początku sugeruje mu Tony Stark. Wśród uczniów Parker uchodzi za nerda. Jest to klasyczna historia młodego dzieciaka, który ponad futbolem amerykańskim czy koszykówką woli rozmowy o Gwiezdnych Wojnach ze swoim najlepszym przyjacielem Nedem. Niczym w młodzieżowych serialach, nieustannie wzrok Spider-Mana przyciąga kolejna Mary Jane Watson, Michelle.

Druga, bardziej niebezpieczna strona życia młodego Petera Parkera to głównie popis szóstki scenarzystów oraz Michaela Keatona. Zmotywowany działaniami Starka, Spider-Man szybko trafia na ślad Vulture’a, jednego z najlepszych czarnych charakterów Marvela. Nareszcie dostaliśmy prawdziwą, wiarygodną postać, której motywacje są proste, zrozumiałe i potrafią przemówić do widzów. Keaton faktycznie odnalazł nową interpretację swojej postaci, a twórcy pozbawili jego bohatera przerysowanych cech, jakie kojarzą się z większością superbohaterskiego kina. Adrian Toomes to prosty mężczyzna, który zbacza na niewłaściwą ścieżkę, kiedy nadarza się ku temu okazja i nie ma innego wyboru.

Gdyby tego było mało, Jon Watts regularnie doprawia swój film konkretną dawką trafnego humoru. Praktycznie każda scena znajduje sposób, żeby rzucić subtelnym żartem. Bez wątpienia jedną z osób odpowiedzialnych za ten sukces jest nowy Spider-Man, Tom Holland. Aktor wielokrotnie pojawiał się w zapowiedziach Homecoming, wygłupiał się w kolejnych materiałach promocyjnych i zapowiadał historię z przymrużeniem oka. Udało mu się stworzyć Petera Parkera, jakiego większość powinna pokochać od pierwszych scen. Może czasami brakuje mu powagi, a ciągłe żarty mogą zniechęcić niektórych żądnych dramatycznego kina, ale w filmie Wattsa zupełnie nie o to chodzi. Parkerowi udaje się nie tylko utrzymać swoje motywacje na właściwych torach, ale również ekscytować się każdym najmniejszym aspektem życia Spider-Mana niczym małe dziecko. Tom Holland zrobił kawał dobrej roboty.

Po wyjściu z kina ciężko wymienić coś, co mogłoby zostać zrobione lepiej. Momentami zawodzi fakt, że role kobiece mają w Homecoming tak niewielką wagę. Michelle głównie chodzi i się uśmiecha, okazjonalnie zagadując głównego bohatera, a dla May Parker chyba po prostu nie starczyło czasu. Najmocniejszym elementem, obok popisów Toma Hollanda wciąż pozostaje konsekwencja, z jaką Watts realizuje swój pomysł. Nowy Spider-Man od samego początku pokazuje swój specyficzny charakter, zapowiada widzom świeżą przygodę i ani na chwilę nie zbacza z obranej ścieżki. Reżyserowi udało się przy okazji uniknąć banałów, które czasem sprawiają wrażenie połączonych z Marvelem na zawsze, i zasługuje to na dodatkową pochwałę.

Spider-Man: Homecoming to zaskakująco dobry film. Nagle stało się jasne, dlaczego w oczach Kevina Feige’a, prezesa Marvel Studios, pomysł Jona Wattsa odgrywa tak dużą rolę w całym uniwersum. Homecoming wygląda dobrze, Tom Holland wyrasta na nową gwiazdę, a o obawach odnośnie drugiej części nie ma mowy. Marvel dostarczył świetny czarny charakter, intrygującą fabułę i tonę rozrywki.

Ocena: 8/10

Tagi: marvel recenzja recenzja filmowa spider-man homecoming

Miesięcznik PSX Extreme