Adam Grochocki Adam Grochocki 25.12.2016
Recenzja: Łotr 1: Gwiezdne Wojny: Historie
2278V

Recenzja: Łotr 1: Gwiezdne Wojny: Historie

Szaleństwo! Drugie Gwiezdne wojny w ciągu 12 miesięcy. Dotychczas poszczególne epizody „starej” i „nowej” trylogii pojawiały się w kilkuletnich odstępach. Czując ogromny potencjał w marce, Disney zdecydowało, że lata pomiędzy kolejnymi odsłonami sagi wypełnią nam spin-offy. Pierwszym z nich jest Łotr 1: Gwiezdne Wojny – historie. Czy pod tym pokracznie brzmiącym tytułem znajduje się coś więcej niż odcinacz kuponów?

Akcja Łotra 1 umiejscowiona jest długo po Zemście Sithów, a zaraz przez Nową Nadzieją. Rosnące w siłę Imperium korzysta z nieobecności wybitych bądź poukrywanych Rycerzy Jedi i podbija kolejne planety. W sianiu terroru ma pomóc potężna broń, potrafiąca niszczyć całe planety – Gwiazda Śmierci. Jej główny inżynier Galen Erso (Mads Mikkelsen) wycofał się, gdy zrozumiał, jakie jest prawdziwe przeznaczenie projektu, osiedlając się na spokojnej planecie, gdzie zajął się uprawą pola i życiem rodzinnym. Gdy prace przy Gwieździe Śmierci utknęły w martwym punkcie, Dyrektor Krennic przypomniał sobie o Galenie i postanowił „namówić” go do współpracy. Co było dalej – można sobie dopowiedzieć. Galen wpada w ręce Imperium, a jego córeczka Jyn jakimś cudem ucieka. I tak mija kilkanaście lat względnego spokojny rodziny Erso, aż ukrywająca się pod zmyślonym nazwiskiem Jyn wpada w ręce rebeliantów, chcących wykorzystać ją do własnych celów.

Fabuła jest wyjątkowo prosta. Scenarzyści prowadzą nas jak po sznurku po niezbyt oryginalnych wydarzeniach. W zasadzie każdy kinoman może odhaczać sobie w myślach kolejne klisze i standardy kina opierającego się na zbieraniu drużyny mogącej zmienić losy wojny. Najlepsze jest to, że takie podejście sprawdza się w wykreowanym przez George’a Lucasa uniwersum. Gwiezdnowojenny klimat czuć na każdym kroku. Śmiem nawet twierdzić, że duch Star Wars jest tutaj bardziej odczuwalny niż w zeszłorocznym Przebudzeniu Mocy.

Wielki szacunek dla twórców za wizualne zbliżenie filmów do klasycznej trylogii. Ubrania postaci, te wielkie hełmy, faszystowskie mundury i paździerzowi kosmici praktycznie nie różnią się od tych z filmu z 1977 roku. To samo tyczy się kosmicznych pojedynków, gdzie Niszczyciele Imperium wyglądają identycznie jak u Lucasa. Wraz z wrażeniem sztuczności i plastikowości. Ba, w kilku fragmentach wykorzystano nawet materiały nagrane na potrzeby Nowej Nadziei. Wielka finałowa walka na plażach planety Scarif to z kolei tysiące świstających blasterów, wielkie machiny kroczące AT-AT i robiący wrażenie rozmach. Łotr 1 pod tym względem prezentuje się wyśmienicie.

Gorzej wypadają postacie. Felicity Jones jako Jyn Erso drażni. Nie chce się jej słuchać i patrzeć na jej niezmiennie dziwną minę. Mimo to wydaje mi się, że wypada nieco lepiej niż Rey z Przebudzenia Mocy. Podobnie prezentuje się Diego Luna jako Cassian Andor. Postać będąca w zamierzeniach połączeniem Hana Solo z bezwzględnym najemnikiem okazuje się sierotą, której nie da się polubić.

Najlepszą postacią głównej obsady jest dubbingowany przez Alana Tudyka droid K2. To nie jest słodziaszny R2-D2 ani inne C3PO, BB8 czy znienawidzony Jar Jar Binks. K2 to szczery do bólu, lubiący dogryzać innym blaszak. Akceptuje jedynie polecenia Cassiana, ale i ich wykonywanie przychodzi mu z olbrzymim trudem. To właśnie K2 jest skarbnicą wszystkich zabawnych momentów tego dość poważnego filmu, a jeden z jego tekstów to prawdziwa perełka.

Nie mogę zapomnieć też o nierozłącznej dwójce strażników świątyni kryształu Kyber. Chirrut i Baze są fantastyczni, a już w szczególności pierwszy z nich – niewidomy mistrz sztuk walki. Uwielbiałem go w każdej scenie, w jakiej się pojawił, a do teraz chodzę i mruczę pod nosem jego mantrę: I’m with the Force and the Force is with me.

Grający drugoplanowe role Mads Mikkelsen i Forest Whitaker nie dostali od scenarzystów wystarczająco dużo czasu, by zaprezentować swoje umiejętności. Rola Mikkelsena jest bardzo prosta i trudno było cokolwiek wycisnąć z Galena, ale Whitaker mógł wcielić się w prawdziwego oryginała – ekstremistę po stronie Rebelii Sawa Gerrerę. Szkoda, że nie oglądamy ich zbyt często.

Łotr 1: Gwiezdne Wojny – historie przemyca też dziesiątki nawiązań do obu trylogii, serialu Star Wars Rebels i całego uniwersum. Pojawiają się znane postaci (Vader to nie jedyne wystąpienie gościnne), dzięki czemu film wygląda jak jedna z kanonicznych części, a nie spin-off. Jestem świadomy prostoty scenariusza oraz drewnianych głównych bohaterów, ale i tak bardzo mi się podobało. Łotr 1 jest lepszy niż zeszłoroczne Przebudzenie Mocy, jest lepszy niż Epizody I-III razem wzięte, a ustępuje jedynie kultowym klasykom. Warto!

OCENA: 8

Autor prowadzi bloga http://www.geeklife.pl/, gdzie recenzuje seriale, filmy i gry.

Tagi: film recenzja recenzja filmowa Łotr 1: Gwiezdne Wojny: Historie