Mateusz Greloch Mateusz Greloch 10.08.2014
Recenzja: Strażnicy Galaktyki
1993V

Recenzja: Strażnicy Galaktyki

Przyznam bez bicia – o Strażnikach Galaktyki nie wiedziałem nic, do momentu kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun nowej produkcji Marvela. Później dowiedziałem się, że postacie pochodzą ze starych komiksów tego wydawcy, jednak mimo wszystko nie wróżyłem sukcesu temu przedsięwzięciu. Nigdy nie myliłem się bardziej.

Zanim wydam werdykt odnośnie tego filmu, muszę Was ostrzec, że w tle przygrywa mi playlista, w którą wsłuchiwał się główny bohater filmu i Wam też radzę ją włączyć zanim zabierzecie się za czytanie - odpowiedni plik znajdziecie pod tym akapitem. Utwory, które na pierwszy rzut oka nie pasują do filmu sci-fi, a jednak idealnie dobrane i dopełniające obraz. Jestem gotowy na ocenę: Strażnicy Galaktyki to świetne połączenie Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa, więc ludzie wychowani na tych dwóch seriach powinni czuć się jak ryba w wodzie. Peter Quill to dzisiejsze wcielenie postaci wykreowanej przez Harrisona Forda w obu powyższych filmach – świetny miks młodzieńczego narwania, ciętego języka i uwodzicielskiej mocy. Stawiam piwo, że każdy uśmiechnie się pod nosem widząc scenę tańczącego wśród obcych bohatera, który przy okazji niszczy okoliczny eko-system. To właśnie tak oderwane od rzeczywistości sceny świadczą o sile tej produkcji, która w żadnym wypadku nie zawodzi. Owszem, pełno tutaj scen wybuchów, bitew, walki wręcz i nowoczesnej technologii, jednak nie da się wyzbyć uczucia hołdu dla filmów przygodowych z lat 80-tych i 90-tych. Hołd bardzo udany, należy dodać.

Nawet jeśli nigdy przedtem nie słyszeliście o bohaterach tego filmu, to nic straconego. Tok scenariusza zakłada dokładne przedstawienie każdego ze Strażników, więc nawet osoby niezaznajomione z komiksami Marvela nie będą czuły się wyobcowane. Główny bohater – Peter Quill, który sam siebie nazywa Star Lordem jest buntownikiem, 30-letnim poszukiwaczem skarbów i najemnikiem, który nie zastanawia się długo, zanim przyjmie zlecenie na znalezienie starożytnego artefaktu lub szeregu innych, mniej lub bardziej legalnych zadań. W wyniku dziwnego splotu zdarzeń, trafia on w sam środek międzyplanetarnej intrygi, która zadecyduje na o losie jednej z planet naszej galaktyki. Nie mija dużo czasu, kiedy do Petera dołącza reszta ekipy. Pierwszym opisanym niech będzie napakowany i narwany Drax, który pragnie zemsty za mord na swojej rodzinie. Później jest Gamora – wychowywana przez potężnego Thanosa, wyszkolona w sztuce odbierania życia zabójczyni, która skrywa więcej niż nam się wydaje. Na koniec zostawiłem sobie niezwykle charyzmatyczną parkę – Rocket i Groot kradną dosłownie każdą scenę w której występują – czy to razem, czy to osobno. Cyniczny szop, który lubuje się w majsterkowaniu i tworzeniu coraz to nowych rodzajów broni oraz drzewiec, który jest jego ochroniarzem to para na dobre i na złe. Nie chcę psuć zabawy tym, którzy będą oglądać film, więc napiszę tylko tyle, żeby podczas wielu scen bacznie obserwować nie tylko pierwszy, ale też drugi plan.

Guardians of the Galaxy to najlepszy film rozrywkowy jaki widziałem w ciągu ostatnich paru lat. Świetne kino letnie, idealne pod popcorn i colę. Można się spokojnie wyłączyć i zapomnieć o problemach codzienności – zatopić się w świetnie wykreowany świat Marvela, chłonąć kolejne żarty Star Lorda, delektować się gracją Gamory, bać się Draxa, śmiać z cynizmu Rocketa i cieszyć z obecności Groota. Pomimo aż pięciu głównych bohaterów, każdy z nich otrzymał stosowną ilość czasu przed kamerą, dzięki czemu nie można powiedzieć, że któryś z nich został potraktowany po macoszemu. Nie jestem w stanie powiedzieć, który z elementów filmu zachwycił mnie bardziej – świetna kreacja bohaterów, genialna ścieżka dźwiękowa, animacja Rocketa i Groota, lekka fabuła pozwalająca skupić się na widowiskowości i rozmachu niektórych lokacji, a może błyskotliwe dialogi i cięte riposty bohaterów. Po wyjściu z kina chciałem od razu wejść do niego ponownie i jeszcze raz zatopić się w ten świat, który oczarował mnie od pierwszych scen z dorosłym Quillem. Wprawdzie do premiery na blurayu jeszcze daleko, to już wiem, że będzie to mój obowiązkowy zakup, który na stałe zagości do regularnie oglądanych Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa.

Okazuje się, że w tym roku to nie Transformersy, które choć zarabiają krocie, to są wyjątkowo nudnym i bezpłciowym popcorniakiem, a właśnie Strażnicy Galaktyki zdobyli serca widzów na całym świecie. Na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć opinie ludzi, którzy wyszli z Guardians of the Galaxy niezadowoleni. W czym więc tkwi sekret? O tym wie tylko reżyser, który już podpisał kontrakt na kolejne dwie części. Teraz wiem co czuli moi rodzice, kiedy do kin weszła pierwsza odsłona Gwiezdnych Wojen – chcę kontynuacji jak najszybciej. Wspomnicie moje słowa za 10-15 lat – Strażnicy Galaktyki staną się Gwiezdnymi Wojnami dzisiejszego pokolenia, które z wielkim zainteresowaniem będą rozmawiać o Rockecie i Groocie, co my o Hanie Solo i Chewbacce.

Nie traktujcie tego zlepku znaków jak typowej recenzji, bo ta byłaby zdecydowanie dłuższa i bardziej szczegółowa. To najzwyklejsza w świecie zachęta do zobaczenia tego dzieła na ekranie kin, bo naprawdę warto przeżyć to w warunkach, do jakich film został wyprodukowany. Siedząc na kanapie, nawet przed ogromnym telewizorem i wokół wypasionego zestawu kina domowego, traci się część rytuału, który warto zastosować w przypadku tak udanych filmów. Jeśli jesteście spragnieni lekkiego, pełnego humoru i gracji filmu, to uderzajcie jak w dym. Nie spodziewajcie się jednak ambitnego i przepełnionego patosem kina – od tego są filmy Michaela Baya, które w tym roku zawiodły. Tutaj śmiało możecie zabrać ze sobą dziecko i żonę, która na co dzień nie trawi sci-fi, wyposażyć się w tonę popcornu oraz hektolitry napojów gazowanych i po nieco ponad dwóch godzinach wyjść z kina z uśmiechem od ucha do ucha. A teraz wybaczcie, ale zaczynam przeglądać okoliczne kina w celu rezerwacji drugiego seansu.

Tagi: film guardians of the galaxy Kino Marvel recenzja kinowa Strażnicy Galaktyki