SKLEP
Piotr Rozbicki Piotr Rozbicki 07.07.2018
Hyde Park. W jakim wieku po raz pierwszy zetknąłeś się z grami?
411V

Hyde Park. W jakim wieku po raz pierwszy zetknąłeś się z grami?

Po burzliwych pogodowo dniach słońce piecze na całego, a my zastanawialiśmy się, w jakim wieku po raz pierwszy poznaliście gry? Czy jesteście tak starzy, że zobaczyliście je dopiero w ogólniaku, czy też tak młodzi, że graliście na tablecie jeszcze przed przedszkolem? Dajcie znać w komentarzach, zaś my tradycyjnie życzymy Wam udanego weekendu.

Rozbo: No i po urlopie. 8 wspaniałych dni nad Morzem Czarnym w pięknej Bułgarii. Przyznam szczerze, że przed podróżą nie miałem kompletnego pojęcia o tym kraju, ani nie miałem żadnych wymagań. Tymczasem okazało się, że nie tylko sama Bułgaria, ale i jej mieszkańcy są bardzo fajni. Wciąż widać w tym kraju ślady kryzysu z 2008 roku (pustostany są na każdym kroku), wciąż gonią zachód, co widać w wielu sferach życia, ale jednocześnie mają sprawną infrastrukturę turystyczną, piękne zakątki i ciepłe, ładne morze.

Hitem wyjazdu było Trabant Safari. Wskoczyliśmy do jednego z 10 trabantów cabrio i ruszyliśmy w trasę po malowniczym wybrzeżu, zapuszczając się też nieco w głąb, pomiędzy ciągnące się kilometrami pola słoneczników. To auto to prawdziwe cudo. 4 biegi przełączane w ekwilibrystyczny sposób i umiejscowione przy kierownicy. Lusterek nie dało się ustawić, a górnego nie było, więc przy zmianie pasa rodzina mi relacjonowała, co się za mną dzieje. Cholerstwo pruło przez drogę nawet i 70 km/h na godzinę, ale najlepszy był off-road. Gdy wiechaliśmy na wertepy, dodatkowo ubłocone i pełne kałuż po ulewie poprzedniego dnia, byłem przekonany, że mój żółty trabancik zdechnie na najbliższej muldzie. Tymczasem cała nasza osobliwa kolumna przebrnęła przez tę trasę bez szwanku. W dridze powrotnej mijaliśmy inne safari - zwykłe terenówki - jednak ludzie uśmiechali się oraz machali właśnie na nasz widok. Fajna przygoda i dowód na to, że zbyt łatwo przyzwyczajamy się do udogodnień nowoczesnej technologii, tymczasem prawdziwy fun kryje się w najprostszych rozwiązaniach. Dodam, że trabanty - pomijając wymienione lusterka, które nijak nie dało się ustawić - nie były przerabiane, a mimo to dały radę z wybojami, błockiem i kałużami. Szacun!

Pytanie tygodnia: Czasami się zastanawiam, czemu wymyślam pytania, na które sam nie znam odpowiedzi? To jak strzelanie sobie w stopę. Pamiętam tylko, że to było wspaniałe Atari kupione przez tatę, więc strzelam, że miałem wtedy 7-8 lat. Przebijcie to ;-)


Rayos: Miałem już Was więcej nie zadręczać wpisami o przeprowadzce ale co zrobić, ten jeden ostatni raz trzeba. Zdecydowanie nie polecam przeprowadzek. Wszystkie dotychczasowe moje przenosiny odbywały się szybko, łatwo, bezproblemowo. Teraz? Tragedia. wielki wóz transportowy wypchany rzeczami. Kot robiący dwukrotnie w pół godziny prison breaki ze swojego transportera (najpierw był postawiony na stole, to tak walił w klatkę, że ta w końcu spadłą ze stołu i się drzwiczki otworzyły, drugi raz po podczas podnoszenia go z ziemi wypadł z dnem transportera). Masa czasu przeznaczona na przenoszenie rzeczy z punktu a do punktu b. Niekończące się układanie rzeczy na nowym mieszkaniu. A że nie wspomnę jeszcze o paru innych drobiazgach jak kupno rolet i ich zakładanie, tę historię zostawię na inny wpis. Ogólnie - nigdy się tak zmęczony nie czułem, a każdy dzień jest coraz gorszy. Czuję jak czasami jadę na autopilocie, coś robię, wyłączam się, patrzę w monitor i nawet nie wiem skąd się wziął skrawek napisanego kodu. Królestwo za parę godzin snu, proszę :( I parę dodatkowych godzin na odpoczynek. I jeszcze garść na sprawy z PPE... Pomocy.

Testowałem sobie Enchanters Overlords parę dni temu i co powiedzieć? Już podstawowa wersja naszych Zaklinaczy mi się podobała, a Enchanters dodaje tyle nowości, tyle mechanik, tyle rzeczy, że podstawka teraz mi się wydaje... nudna? Nie mogę się doczekać aż przyjdzie do mnie piękny wydrukowany egzemplarz Enchanters Overlords z Kickstartera. Kto nie grał - polecam, bo bardzo przystępna i bardzo fajna gra karciana :) 

Pytanie tygodnia: Bo ja wiem? 3, 4 lata, jak wujek starszy o lat 8 grał na podróbce Pegasusa. Jakoś tak. Już wtedy wsiąknąłem w gierki i trudno mnie było sprzed TV odciągnąć. Kochałem Nintendo już wtedy i jakoś mi tak do dziś zostało :)


drunkparis: Mundial pozamiatał naszą kadrą na dobre. Tak swoją drogą nie tylko nasi dali ciała, ale to i tak marne pocieszenie. Stawiałem grube pieniądze, że tym razem powalczymy i może będziemy taki czarnym koniem na tych mistrzostwach i w sumie tak było, ale w odwrotnym znaczeniu. Nastroje po pierwszych dwóch meczach w kolorach mocno czarnych. Jeśli wierzyć plotkom, to ta reprezentacja chyba nie miała żadnych ambicji, albo Peszko zabrał ze sobą za mało procentowych „energików” dla pozostałych, hehe.

A życie? Wariuje jak zawsze. Jest co robić, a czasu jak zwykle mało. Piszę to praktycznie w każdym Hyde Parku. Wiem, robię się nudny. W końcu wystartował mój miesiąc, choć odrobinę w dziurawych butach, to jednak powoli zaczyna przypominać wakacje. A te trzeba będzie fajnie zaplanować i spędzić jakby nie było jutra. Podobno raz się żyje, a odrobina szaleństwa nikogo jeszcze nie zatruła także czas zacząć zbierać myśli i je realizować. Pomysłów jest kilka, a miejsc do zwiedzenia multum, więc jestem pozytywnie nastawiony.

Ostatnio mam chyba taki pozytywny okres, bo za bardzo nawet nie mam na co narzekać. Słabe to, co? A tak poważnie lada moment kolejny roczek na krzyżu i zasadniczo jakoś tak bardzo go nie czuję, ale to akurat nie powód do narzekania, hehe. Kolejny plus jest taki, że może dożyję czasów latających samochodów, teleportów i eliksiru młodości - ponoć są na wyciągnięcie ręki.

Ponownie chodzi za mną Fallout i pewnie ponownie do tego tytułu wrócę, choć początek znam już na pamięć, to prawdopodobnie zacznę od nowa nową przygodę. Przynajmniej taki mam plan w głowie, bo wiadomo, że rzeczywistość mocno te plany zmodyfikuje :) Zobaczymy, ale ta seria ma coś w sobie, że z przyjemnością się do niej wraca. 

Pytanie tygodnia: Rozbo, jak zawsze zadajesz trudne pytania :D, Fakt jest taki, że akurat ten dzień pamiętam idealnie. Będzie mało oryginalnie, ale w wieku ośmiu lat przy pierwszej Komunii Świętej. Pierwsza konsola typu Pegasus i cartridge z 168 (in 1) grami dawał frajdę. Dostałem również pistolet, który idealnie sprawdzał się na kaczki (nie pamiętam już nazwy gry, ale z ojcem ostro je tłukliśmy). Fun był ogromny i godziny spędzone przed TV trudno teraz zliczyć. Tak się to wszystko zaczęło, by później strzelać w Amigę, PSXa i pierwszy prawdziwy komputer. Życie.


Alexy: Wakacje „pod nosem” to jednak piękna sprawa. Nawiązuję do sytuacji, w której obecnie mam rodzinę 50 km od domu, nad rzeczką, w górkach. Wynajmują sobie pokoik, mają 3 domowe posiłki dziennie i masę wolnego czasu. Pogoda przeciętna - dziś akurat piękna, ale przez parę dni jednak chłodno było i nawet coś kropiło. W każdym razie dzieci mają niesamowitą radochę z samej zmiany otoczenia, innego miejsca do spania, nieograniczonych lodów i dostępności mamy tylko dla nich przez 24h na dobę. Podobno mnie też by tam chciały widzieć, a ja bym chętnie dołączył, ale moją rolą jest zapracować, by tam mogli być i na mnie już nie starczyło, a na poważnie - praca mi na wakacje teraz nie pozwala. Zmierzam do tego, że człowiek szuka wczasów często bardzo daleko, do ciepłych krajów, na inny kontynent, bo to, bo tamto. A tak naprawdę niewiele potrzeba, by o codzienności zapomnieć i zaznać relaksu. Podstawą jest zmiana otoczenia i myśli, które skupiają się na przyjemnościach. Ktoś powie - a ja zawsze do tej pory mówiłem - że pogoda musi być zagwarantowana, a „u nas to nigdy nie wiadomo”. Owszem - ale już wiem, że i bez upałów po 30 stopni, a i okazjonalnym deszczu wypoczynek może być bardzo udany. Ba - biorąc pod uwagę mój wiek - nuda wydaje mi się czymś wspaniałym, a dzieci - dzieci są szczęśliwe, że jest się z nimi i pogra się w „człowiecze nie irytuj się” zbuduje statki/samoloty z papieru i coś się razem namaluje. Jest to na swój sposób dla mnie odkrycie, o którym pomyślałem, że się tutaj podzielę. O zaletach finansowych takiego rozwiązania wspominać nie muszę - choć naturalnie nie wszędzie jest korzystnie, ale raczej nie ma trudu okazjonalne miejsca znaleźć.  

Pytanie tygodnia: Tak, już się koledzy w moderacji ze mnie śmiali, że stary jestem - owszem, młody nie - ale stary? Bezczelni, chyba rzucę tą robotę i pojadę na wczasy nad wspomnianą wcześniej rzeczkę. Obiektem śmiechu był naturalnie podany przeze mnie przykład pierwszego kontaktu z grami komputerowymi. Musiałem podumać, ale jak sobie przypomniałem, to sam się zdziwiłem i kawałek wczesnego dzieciństwa mi się przypomniał. Otóż zabrał mnie naturalnie tata, jak miałem lat 4-5, do pewnego miejsca, które polecił mu znajomy. Szanowny Ojciec nigdy graczem nie był, lecz była to nowość dla niego i chciał sprawdzić - zabrał więc mnie i siostrę do Spodka w Katowicach, gdzie jedno pomieszczenie przeznaczono - a jakże by inaczej - na automaty do gier. Tak - w roku 1982-83 - max 1984 - zagrałem pierwszy raz na cyfrowym urządzeniu w tytuł zwane Asteroids. Mając 5 lat, naturalnie mało kumałem, o co chodzi, ale pamiętam wielu ludzi, bieganie po żetony, przyciemnione pomieszczenie i próbowanie sił przy patrzeniu w mijające elementy na ekranie. Była jeszcze jakaś strzelanka pokroju Space Invaders, ale nie jestem pewien, czy to była dokładnie ta pozycja.Były też flippery i „inne takie”. Czy połknąłem bakcyla? Oczywiście, choć późniejsze gry na Atari (nie moim, kolegi) dopiero zaszczepiły we mnie hobby na dobre.


drPain: Kończący się właśnie tydzień obfitował u mnie w mniej, bądź bardziej ciekawe wydarzenia. Zaczął się on od wypłaty, z której tym razem zostało mi coś więcej niż tylko marne grosze. Udało mi się ogarnąć pewną nieciekawą sytuację, dzięki czemu w końcu mogę spokojnie odetchnąć. Chwilę później dowiedziałem się, iż mój obecny zmiennik planuje zmianę pracy i już z początkiem przyszłego miesiąca mnie opuści. I to niestety jest coś co zasmuca me serduszko. Zdążyłem się do nowego kolegi przyzwyczaić. No trudno. Przede mną szkolenie kolejnego pracownika. Przynajmniej aktualny miesiąc zapowiada mi się mega luźno. 

A wracając do rzeczy przyjemnych. Zostałem ostatnio potężnie zaskoczony przez pewnych ludzi. Podeszli oni do stoiska, w którym pracuję i opowiedzieli o problemie z jedną grą. Okazało się, że ich płytka ma jakieś pęknięcie, które może się powiększyć. W związku z tym, iż byli całkiem sympatyczni, zaproponowałem zaklejenie uszkodzenia specjalną naklejką. Dzień później przyszli i zmiennik (z moim telefonicznym wsparciem) uszczęśliwił miłą parkę. Po 15 minutach wrócili oni z podziękowaniem i jedną z moich ulubionych czekolad. Wiara w ludzkość odzyskana! 

Ostatnio na nowo srogo się wkręciłem w przechodzenie gier. Kończę jedną i niemal od razu zaczynam drugą. Delikatnie ucierpiało na tym pisanie, ale staram się to łączyć. Po ostatnich motywacyjnych zastrzykach (paczucha od Adikona, kilka pozytywnych komentarzy) wiem, że nie mogę odpuścić. Zaczętych materiałów mam sporo i w wolnych chwilach staram się nad nimi siedzieć. Sprawia mi to ogromną przyjemność, więc z chęcią zarywam kolejne nocki przy Wordzie. Fajnie się to wszystko u mnie przeplata. Granie w gry, pisanie i praca w sklepie z nimi. Do tego oczywiście dochodzi ciągłe powiększanie kolekcji. Na liczniku już 834 tytuły konsolowe. Mój cel, czyli tysiąc, na spokojnie zostanie w tym roku osiągnięty. Z pewnością pomoże w tym wyjazd znajomego do UK. ‘’Kilka’’ gierek on ze sobą przywiezie. Czekam także na paczuszkę od braciszka. Z tego co mi pisał, wypełniona jest ona dobrem wszelakim. 

Pytanie tygodnia: Ciężko mi dokładnie powiedzieć. Bardzo mało z tamtego okresu pamiętam. Pierwszy kontakt z grami zawdzięczam bratu i jego Pegasusowi. Battle City, Excitebike, Contra czy Power Rangers. Nie było to granie świadome, lecz od tego się u mnie wszystko zaczęło. Ile wtedy miałem lat? Dobre pytanie. Może z cztery.


LadyDiesel: I gdzie ten mój wolny czas ja się pytam?! Pierwszy tydzień lipca już za mną a ja jeszcze nie zdążyłam zrobić niczego, co sobie zaplanowałam. Najtrudniej jest mi siąść do papierologii związanej z moim awansem zawodowym. Pół tony dokumentów i hektolitry tuszu do drukarki. Nie mówiąc już o wycince drzew na poczet potrzebnego papieru, który trzeba będzie zapełnić laniem wody. Nie wiem kto to wymyślił ale to nie był jego/jej najlepszy pomysł w życiu. Wolałabym już chyba codziennie pisać recenzje gier takich jak Minecraft czy My name is Mayo.
 
Z powodu braku czasu nie zaczynam gier, które zatrzymają mnie przy konsoli na dłuższy czas. No… może oprócz mojego kochanego Wiedźmina, ale to już jest inna bajka. Przy drugim podejściu jest już inaczej. Nigdzie się nie śpieszę, nic mnie raczej nie zaskoczy, więc jeśli tylko poczuję senność lecę do łóżka nie przedłużając rozgrywki metodą „jeszcze tylko jeden queścik”. Destiny poszło na razie w odstawkę aż do września. 300h w drugą część to i tak jest dobrze. Zobaczymy, co przyniesie nowy dodatek.

Wielkim zaskoczeniem natomiast było dla mnie Detroit. Pozytywnym oczywiście. Początkowo mój hype na tą grę był ogromny. Beyond, czy Heavy Rain były cudownie przedstawionymi opowieściami, które łapały za serce. Później, po obejrzeniu trailera i ograniu dema stwierdziłam, że nie podszedł mi ani dubbing ani przemoc domowa nie jest tym, czego szukam w grach. Jak bardzo się myliłam… Naprawdę wczułam się w rolę swoich postaci. Momentami było mi przykro, w trakcie „gorętszych” momentów przechodziły mnie ciarki ze strachu, nie mówiąc już o łzach… Nie jestem osobą, która rozkleja się przy reklamach karmy dla małych szczeniaczków (No dobra… czasem jestem. Ale to tylko jeden dzień w miesiącu.) a tutaj zdarzało mi się często uronić łzę. I to nie jedną. 

Pytanie tygodnia: Mój pierwszy raz przytrafił mi się dosyć późno, bo miałam wtedy około 8 – 10 lat. Chodziłam wtedy do sąsiada potrzymać za drążek jego dziwnej, czarnej konsoli. Była to chyba podróbka Atari, a hitem była gra, w której wcielaliśmy się w żabkę siedzącą na źdźble trawy, której zadaniem było oczywiście złapanie jak największej liczby much. Później miałam krótką przygodę z konsolą Pegasus, która należała do kuzyna i z takimi tytułami jak Mario czy Contra. Po jakimś czasie przeszłam jednak na ciemną stronę mocy i na moment zostałam PC master race, gdzie przy oprogramowaniu Windows 98 można było robić cuda w grach takie jak np. głodzenie Simów, wyciąganie ich z łóżka podczas igraszek czy „pożar party” przy sproszonych na imprezę gościach (tak, drzwi musiałam sprzedać, żeby kupić jedzenie). Zaraz po ślubie kupiłam PS2, gdzie już tych biednych Simów męczyć nie mogłam. Konsola służyła głównie jako rozrywka przy zakrapianych imprezach a płytka z Gran Turismo nie odpoczywała. Dokładnie za trzy tygodnie minie druga rocznica zakupu PS4 a ja już nie mogę się doczekać PS5. Ot i moja cała historia :-)

 

Tagi: hyde park

Miesięcznik PSX Extreme