redakcja PPE redakcja PPE 21.07.2012
Hardkor: Gdzie się podziały tamte wyzwania?
1471V

Hardkor: Gdzie się podziały tamte wyzwania?

Im wyżej zawiesimy sobie poprzeczkę, tym więcej jesteśmy w stanie osiągnąć. Zdaje się, że słowa te w ustach dzisiejszych graczy tracą na wartości. Producenci wraz z developerami co rusz serwują “samo przechodzące” się tytuły, by nie nastręczać nam zbytnich problemów z ich ukończeniem. Co nas czeka?

Deweloperzy nie tylko nie motywują graczy do pracy nad “wyskokiem”, ale skrupulatnie obniżają poziom stawianych przed nami celów. Jest to prosta droga do tego, by elektroniczna rozrywka przestała być tym co urzekło nas wiele lat temu-wyzwaniem.

W drugiej połowie lat 90’tych w moim domu jako pierwszy sprzęt grający zawitało Commodore 64. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy każdy zapisany na ponad 5 calowej dyskietce tytuł doprowadzał moją krew do ciągłej fermentacji. Nie ulega wątpliwości, że niespełna dziesięcioletni amator gier komputerowych w tamtym czasie swoimi umiejętnościami nie przewyższał średnio rozwiniętego szympansa, co bezlitośnie udowadniał mi starszy brat. Każdego wieczora, przed dobranocką zbierając tęgie lanie w Pro Tennis Tour rozwijałem się jako gracz, zyskując doświadczenie i poprawiając własne umiejętności niezbędne do osiągnięcia pierwszego zwycięstwa. Gdy takowe nadeszło, satysfakcja jaką odczuwałem nie była mniejsza od tej, która nawiedza młokosa widzącego stos prezentów pod choinką.

 

 

Kolejne lata mijały, przynosząc poza młodzieńczym wąsikiem i hordą wągrów na twarzy, błyskawiczny rozwój technologiczny i jak z początku mogło się wydawać, nową jakość gier. Układy scalone mieściły co raz to większą moc obliczeniową, umożliwiając tworzenie graficznych fajerwerków i usprawnienie przestarzałego gameplayu. Nie mogę zaprzeczyć, że były to zmiany, które również na mojej twarzy wywoływały solidnego rumieńca, uszczuplając przy okazji wielkość skrupulatnie odkładanego w skarpecie kieszonkowego. W sukurs postępowi poszła także moja świadomość nie tylko jako człowieka, ale także gracza. Przestałem bezkrytycznie obserwować rozwój branży, której owoce nazywać mogłem swoją pasją, dostrzegając trend skutecznie psujący świetną dotąd zabawę.

 



Gry dosłownie jak i w przenośni weszły na prowadzące ku zagładzie prawdziwego wyzwania tory. “Samoprzechadzajki” powoli opanowywały rynek, gładząc po głowie niedzielnych graczy, od początku do końca trzymając za rączkę, by frustracja zbyt często pojawiającym się na kineskopie “game over” nie psuła zabawy, jednocześnie poszerzając grono ewentualnych odbiorców produktu. Produktu przez duże “P” gdyż branżowa ewolucja właśnie w niego zmieniła to co do tej pory nazywać można było grą, niwecząc swój wieloletni dorobek. Gdy w czytniku mojej konsoli zaszumiała płyta z pierwszym Modern Warfare odniosłem wrażenie, że w markecie, którego nazwa nawiązuje do jednej z największych planet naszego Układu Słonecznego, pomyliłem półkę z grami na konsolę z tą, na której stoją hollywoodzkie filmy akcji. Pada z równym powodzeniem mogłem trzymać między stopami, a zapewne zamknięte oczy nie przeszkodziłyby mi w ukończeniu tego interaktywnego filmu. Na co mi bliska realizmowi grafika czy dźwięki żywcem wyjęte z pola bitwy, skoro do końcowych napisów nie byłem pewien czy większe zasługi za ukończenie gry należą się mi czy zespołowi developerskiemu? Odpowiedź jest niestety tak samo prosta jak i niecenzuralna.  


Nie od dziś wiadomo, że światem rządzi du…a i pieniądze, a przy zachowaniu umiaru w pogoni za nimi, uniknąć można i rzeżączki i zaprzedania duszy diabłu. O ile nic mi nie wiadomo by Bobby Kotick - prezes Infinity Ward, cierpiał na jakiekolwiek choroby weneryczne, o tyle daję sobie uciąć palce lewej stopy, że zarówno on jak i jego branżowi rywale za zwiększenie słupków sprzedaży gotowi są przekroczyć bramy Hadesu. Nie żeby martwił mnie ich pozagrobowy los, jednak nie jest mi obojętna przyszłość dziedziny przez, a raczej dzięki której zarwałem nie jedną młodzieńczą jak i dorosłą noc. Pozostaje mieć nadzieję, że podobne przemyślenia kołaczą się w głowach wielu graczy wychowujących się w czasach topornych joysticków, pikselowatej grafiki i świdrujących uszy dźwięków. Nie łudzę się, że istnieje szansa na przywrócenie dawnej “duszy” grom, choć jak nie raz historia pokazała prawdziwa władza tkwi w rękach ludu.


  Autor: Błażej Świętanowski
 

Tagi: czytelnicy hardkor publicystyka